Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 1 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #61
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Led Zeppelin BABE I'M GONNA LEAVE YOU 1969 Led Zeppelin
w BTW od: 2010




(z koncertu dla duńskiego radia. Ogólnie to niemiłosiernie nie stroją, ale wybaczamy Icon_wink2 )
Żebym potem nie zapomniał, przy innych LedZepach - zawsze mi się wydawało, że Zwierzak z Muppetów był wzorowany na dwóch perkusistach. Jednym z nich był John Bonham Icon_wink2 .

O moim pojmowaniu i odbieraniu stylu LedZepów jeszcze pewnie przyjdzie mi napisać (a w zasadzie niemalże skopiować swą wypowiedź z lp3 z okazji ich topu tam organizowanego), ale na razie napiszę tylko, że Robert Plant, ten wokalista o wyglądzie herubinka, a głosie kompletnie do tego wyglądu nie pasującym, bardzo dużo myślał o tym co śpiewa. A w każdym razie słychać to tak, jakby rzeczywiście dokładnie wiedział, co chce przekazać Icon_wink2 . Ale widać to też w tym wideo - cały czas myśli o przekazie.

Utwór ten to jeszcze Led Zeppelin sięgający do korzeni, tym razem folkowych (były też rzecz jasna i bluesowe) - piosenki napisanej w latach 50-tych przez niejaką Anne Bredon, a spopularyzowanej w 1962 przez Joan Baez. Zespół nie miał zresztą nawet świadomości o tym, czyja to rzecz, na płycie jest to zapisane jako utwór tradycyjny, zaaranżowany przez Page'a. W latach 80-tych Bredon jednak upomniała się o swe prawa do niego (heh, coś późno Icon_wink2 ) i na płytach wznawianych od 1990 jest on opisany jako Anne Bredon/Jimmy Page & Robert Plant, dodatkowo zapłacili jej zaległe tantiemy za niego.

Mamy tu rzecz o falującej strukturze - balladę, ale "z wybuchami", dużej dawce narracyjności, osiąganej tutaj głównie nie przez tekst, ale właśnie przez sferę muzyczną. Taką formę będą potem doskonalić, dorzucając także większą wagę dla tekstu, przez kolejne płyty, aż w końcu dojdą do perfekcji. Spokojna gitara Page'a, melodyjnie grający bas Jonesa, wokal Planta, który cały czas panujący nad nastrojem utworu, kierujący go bądź ku ukojeniu, bądź wybuchom szału, wspomaganym przez włączające się wtedy bębny Bonhama. To jeszcze nie jest kwintesencja stylu zespołu, to zespół wciąż poszukujący własnego ja, wspomagający się tradycją, ale zespół już zwracający na siebie uwagę. I potrafiący wspaniale czarować słuchacza, zabierając go w niezwykłą podróż muzyczną. Szczególnie w wersji studyjnej tego nagrania, którą nagrano całkowicie "live", bez żadnych doróbek.

Ciekawostka: wokalista i gitarzysta byli fanami Baez, stąd pewnie tak się złożyło, że to właśnie ten numer Page zagrał Plantowi na ich pierwszym "spotkaniu w celach muzycznych", w lipcu 1968.

Ciekawostka2: podobno Plant nagrał też ten kawałek z innym gitarzystą, mianowicie Stevem Winwoodem (skoro dopiero co pisałem o BS&T - na tamtej płycie był współautorem jednego czy dwóch nagrań), również w 1968. Tamta wersja jednak nigdy nie ujrzała światła dziennego, więc nie wiadomo, czy to prawda.[/quote]

---------------------------------------------------------------------

Wchodzimy w zupełnie inny świat. Rock wkrótce stanie się sztuką. A zaczęło się chyba od tej płyty. Która zaczyna się bardzo mocnym uderzeniem:
King Crimson 21ST CENTURY SCHIZOID MAN including Mirrors 1969 In the Court of the Crimson King: An Observation by King Crimson
w BTW od: 2007




Nie jestem w stanie na 100% powiedzieć, że to pierwszy skład tu grał, ale chyba tak.

O płycie będę jeszcze pisał, jak będę pisał o płytach, tutaj zatem krótko o samym utworze: ciężki riff, zniekształcony agresywny wokal, wszystko wychodzi z wolnego, ciężkiego bluesa, ale w trakcie odchodzi w zupełnie dalekie od tego rejony, mieszajac jazz, rock i awangardę. Duże wrażenie robi też dobitnie podawany przez Grega Lake'a tekst (noszący w sobie m.in. odniesienia do wojny w Wietnamie), szalone wycia dęciaków i niezwykłe brzmienie perkusji, do którego długo nie mogłem się przyzwyczaić, strasznie suche, ale też ogromnie melodyjne (PS. Fripp uznawał Michaela Gilesa za najwybitniejszego muzyka pierwszego składu, prawdziwego artystę tworzącego wielką sztukę. Odejście jego i McDonalda z zespołu uznał za najsilniejszy cios jaki mógł spotkać ten zespół na początku działalności).

Ciekawostka: utwór jest na 4/4 i częściowo na 6/8, ale końcówka jest kompletnie bez metrum. Ale i tak jest to jeden z prostszych rytmicznie utworów grupy Icon_wink2 .
Ciekawostka 2: właśnie się dowiedziałem, że utwór w 2010 scoverował... Kanye West (sic!). Ale nie wiem, czy chciałbym to słyszeć... Icon_cool2[/quote]

---------------------------------------------------------
King Crimson I TALK TO THE WIND 1969 In the Court of the Crimson King: An Observation by King Crimson
w BTW od: 2007




tu akurat wersja 21st CEntury Schizoid Band. 4 z 5 członków zespołu grało kiedyś w KC. W tym kompozytor melodii - Ian McDonald. Jak dosłuchacie do końca, to się przedstawiają kto jest kto Icon_smile2

Utwór jest na skraju wypadnięcia z BTW, zastanawiam się mocno czy nie zastąpić go "Cat Food" z drugiej płyty. Będę jeszcze myślał pewnie.

Po szaleństwie końcówki nr 1 na płycie (i ogólnie ciężkości tego otwieracza), zespół nam serwuje niesamowity kontrast. Spokojniutka balladka, właściwie po prostu zwykła piosenka! Niezwykłe chciałoby się powiedzieć, wiedząc co zespół będzie serwował później. Podobny zabieg KC zastosował na drugiej płycie: po szalonym "Pictures of a city" następuje delikatne "Cadence and cascade".
Główną rolę ma tutaj głos Grega Lake'a i flet Iana McDonalda. Lekkość utworu, przy takiej wirtuozerii technicznej, zachwyca. To było zresztą siłą zespołu, który miał przecież w swojej nazwie synonim diabła: kontrasty, także polegające na tym, że potrafili zagrać awangardowo, ale też przyciągająco dla słuchacza. Siedzimy i słuchamy "I talk to the wind" w ciszy, ukojeniu, zaskoczeni że tak można grać mając tak niewiele lat.

Ciekawostka: istnieje wczesne demo utworu, w którym na wokalu udziela się Judy Dyble (ówczesna dziewczyna McDonalda). Po tym kiedy się rozstali, odeszła z grupy (która wtedy jeszcze nosiła miano Giles, Giles & Fripp).

Ciekawostka 2: nie wiem czy zauważyliście (pewnie tak) - to jedyny utwór na debiucie bez żadnych "inkludingów" Icon_wink2

Jeśli ktoś potrzebuje więcej ciekawostek o pierwszej płycie zespołu i ogólnie o tym okresie istnienia King Crimson, Piotr Kaczkowski przeprowadził z Frippem kilkugodzinny (tak!) wywiad, z którego najsmakowitsze kąski znalazły się w jego książce z rozmowami (nie wywiadami! Rozmowami!) z różnymi artystami. Zdaje się w tej drugiej, czyli "42 rozmowy". Super się to czyta.

-------------------------------------------------------------------

No i dalej KC: nie mogło być inaczej. Ale nie jestem wielkim fanem tego utworu, od razu zastrzegam. Ale gdyby jego nie było, nie mogłoby być chyba żadnego innego KC. Więc być musi:

King Crimson EPITAPH including: "March for No Reason" and "Tomorrow and Tomorrow" 1969 In the Court of the Crimson King: An Observation by King Crimson
w BTW od: 1998





Wracamy tekstowo do ponurych klimatów otwieracza płyty. Główną rolę ma jednak tutaj mellotron. Pamiętam, że kiedy nabyłem tę płytkę (znów: w kiosku za 13 zeta, razem z książeczką o zespole i płycie), wczytywałem się w skład zespołu i kto na czym gra. I za cholerę nie mogłem znaleźć, kto gra na smykach, czy może jakaś orkiestra gościnnie, czy może na klawiszach. Był tylko jakiś dziwny mellotron (no i jeszcze Peter Sinfield: "words and illuminations", co z kolegą doprowadziło nas do wniosku, że może był ich osobistym dilerem Icon_wink2 ), którego z kolei za cholerę nie mogłem usłyszeć. Dopiero po kilku latach się dowiedziałem (dziwne, że sam do tego nie doszedłem), że ta orkiestra to właśnie mellotron, który działa w ten sposób, że są nagrane taśmy z dźwiękami, wciska się klawisz, po czym taśmy ruszają i odtwarzają nagranie. Z racji tego, że od nacisnięcia do ruszenia taśmy jest pewne opóźnienie, instrument nie nadaje się do grania szybkich rzeczy i gra się na nim dość dziwnie (bo trzeba wyprzedzać nieco muzykę, by to co gramy zabrzmiało równo z nią).

Co tu dużo gadać - rzecz klasyczna i legendarna. Przez kilka lat jedyny utwór KC jaki znałem, słyszany oczywiście zawsze w trakcie trójkowego TW gdzieś w czołówce, w pod koniec 10-ki. Przyznam, że długo się do niego przekonywałem, bo jakoś zawsze ciężko i przynudnawo mi brzmiał w tej części Topu (szczególnie jeśli był grany zaraz przed/po "Child in time", które też nie jest lekką rzeczą. A było tak dość często). Chociaż chyba pierwszy raz usłyszałem go u Kaczkowskiego (zapewne), jeszcze przed pierwszym Topem, więc wiedziałem czego oczekiwać i dzięki temu nagrałem sobie go już przy pierwszym Topie. Najbardziej lubię fragment od "confusion will be my epitaph" i przez długi czas były to jedyne słowa, jakie pamiętałem (poza "czuję, że jutro będę płakał", ale to jasne).

------------------------------------------------------------
Mój ulubiony utwór z debiutu KC:

King Crimson IN THE COURT OF THE CRIMSON KING including "The Return of the Fire Witch" and "The Dance of the Puppets" 1969 In the Court of the Crimson King: An Observation by King Crimson
w BTW od: 1999




Jest! Wreszcie udało się znaleźć nagranie live z tamtego okresu! (Fillmore East, 1969)

Tekst, a może nawet cały utwór, przypomina mi nieco "Bema pamięci żałobny rapsod". Sam nie wiem dlaczego. Może przeczytajmy jeszcze raz:

Zardzewiałe łancuchy więzionych księżyców
Roztrzaskiwane są przez słońce
Idę drogą, niebo idzie ze mną
Rozpoczął się turniej
Fioletowy flecista gra swą partię
Chór śpiewa cicho
Trzy kołysanki w starodawnym języku
O dworze Karmazynowego Króla

Strażnik miejskiej bramy
Opuścił zasłony na marzenia
Czekam za drzwiami pielgrzyma
Z wybrakowanymi schematami
Czarna królowa intonuje
Marsz Żałobny
Zniszczone, mosiężne dzwony zabiją
By przywołać ognistą wiedźmę
Na dwór Karmazynowego Króla

Obok wiecznie zielone rośliny ogrodnika
A ja w tym czasie depczę kwiat
Gonię wiatr pryzmatycznego statku
By posmakować jego kwasu i słodyczy (dop. mój: czy te 2 linijki to nie LSD? Icon_wink2 )
Kuglarz na znak podnosi rękę
Orkiestra zaczyna grać
Najpierw powoli, potem jak obrót ściernicy
Na dworze Karmazynowego Króla

O rześkim, szarym poranku wdowa płacze
A dostojnicy opowiadają żarty
Ruszam by pojąć podwodne znaki
Odkrywając mistyfikację
Żółty błazen nie gra
Tylko delikatnie pociąga za sznurki
Uśmiechając się jak tańcząca maskotka
Na dworze Karmazynowego Króla


Mellotron znowu na pierwszym planie.
Majestatyczny nastrój, tajemniczny tekst w klimatach średniowiecznych, znowu maestria techniczna (plus lekkość tego fragmentu w szóstej minucie, kiedy jest solówka na flecie) - rodzi się art rock. I to nie jest jakaś tam zapowiedź gatunku, wprawka do niego czy coś w tym stylu, jak to często bywa. Tutaj mamy od razu gotowe wszystkie patenty, jakie zdefiniowały cały nurt, od razu wszystko w dojrzałej formie. Zespół stworzył gatunek i zawiesił następcom poprzeczkę tak wysoko, że wydaje się, że nie trzeba słuchać już ani jednej płyty tego nurtu, by wiedzieć o nim wszystko. Po prostu: "panowie, już nikt nas nie przebije! Ale próbujcie" zdają się mówić.
Kiedy w czasie trasy koncertowej po Stanach McDonald z Gilesem ogłosili odejście, a Lake zaczął kręcić z Emersonem i Palmerem (co wkrótce zaowocowało zespołem, który też się znajdzie w BTW), Fripp powiedział: to wasz zespół, bierzcie go, ja nie zasługuje na to, by dalej to ciągnąć. Ale ostatecznie sprawy tak się potoczyły, że to Robert Fripp miał się stać King Crimson, ten zespół to miał być on, plus ci, których ten mistrz gitary wybrał. Uprzedzając wydarzenia - 2 cytaty. Mel Collins mówił po latach: "jeśli grasz z Frippem, to wiedz, że sobie nie pograsz". Bill Bruford zaś: "nagle, w połowie lat 80-tych, dowiedziałem się, że King Crimson nie istnieje".
Przyszły lider projektu nie jest człowiekiem łatwym we współpracy, ma ogromne wymagania wobec współpracowników, a w dodatku traktuje muzykę jako filozofię i to nie dźwięki są dla niego najważniejsze. To znajdzie odzwierciedlenie w dalszych losach zespołu.

Ciekawostka: to jeden z dwóch kawałków, które weszły do setki Billboardu (drugim był "Heartbeat" w 1982). Miejsce 80, więc szału nie było. Ale, jak pisałem wyżej, komercyjne sukcesy nie były celem zespołu (nawet bym powiedział, że brak komercyjnych sukcesów był tym celem Icon_wink2 ). Na pewno jednak zespół wkrótce po debiucie zdobył sobie wielkie uznanie u innych muzyków (słynna jest opowieść, jak to Fripp spotkał Hendrixa i ten powiedział do niego: "uściśnij moją lewą dłoń. Jest bliżej serca"), a także zagorzałych fanów, może nie licznych, ale takich "na zawsze".

Ciekawostka 2: związana nie z tym utworem, tylko z płytą. Dziwny przypadek (?) wczoraj zacząłem tu pisać o debiucie KC. Wieczorem oglądałem na Zone Europa bardzo przyjemny, romantyczny film z Cage'em i Bridget Fondą. Kiedy się skończył, zostawiłem TV włączone na reklamach, wyszedłem do kuchni, chyba na chwilę do kompa, do łazienki, etc. Wracam po jakimś czasie do pokoju z TV, patrzę: jakiś film z Ricci i Gallo. Oglądałem kilka minut (jakieś sceny w kręgielni), ale nie sczaiłem za bardzo o co chodzi, wyszedłem znowu na parę minut, wracam. Patrzę: Ricci stepuje do dźwięków "Moonchild" Crimsonów! Icon_surprised Myślę sobie: "o kurde, wyłączam, będzie trzeba to obejrzeć od początku, bo to może być niezły film!" (na razie zorientowałem się tylko, że jest to jakaś alternatywa, a jak usłyszałem TĘ MUZYKĘ, to stwiedziłem, że absolutnie alternatywa Icon_smile2 ).

Ale "Moonchild" w BTW nie ma, nie wyrównuje rekordu Abbey Road Icon_wink2 . A płyt z 4 kawałkami będzie całkiem sporo (z 5 - jeszcze chyba tylko 1, ale nie w tej części).

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
13.09.2012 12:20 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #62
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Para francuska:

Serge Gainsbourg & Jane Birkin JE T'AIME MOI NON PLUS 1969 Jane Birkin/Serge Gainsbourg
w BTW od: 1998




Prościutki podkład, normalna piosneczka, krótki ale dość jakiś zakręcony ("kocham cię... ja też nie") tekst. I tyle zamieszania! Tyle szumu! No bo nie ważne CO, ale ważne JAK tam podają! Dość napisać, że przecież mąż Brigitte Bardot, dla której była napisana ta piosenka (i nawet nagrana z nią), jak usłyszał o co się rozchodzi, kategorycznie zabronił publikowania tej wersji (dopiero jakoś pod koniec lat 80-tych wyszła na światło dzienne. A nagrali w 1968). Skandal, skandal, jaśnie panie i panowie, cóż to się wyprawia przed mikrofonem, w radio, TEGO słuchają nasze dzieci i zacne matrony czy babcie! (dlaczego babcie nie mogą, to nie wiem). Bo przecież skoro Serge z BB nie mógł, to nagrał wersję ze swoją ówczesną kochanką.
Czyli co? A po prostu - rewolucja obyczajowa, hippisowska wolna miłość (co zbiegło się przecież z pigułkami antykoncepcyjnymi) była nie tylko w Stanach i UK, ale też w Europie. Paryskie lato miłości było wszak jednym z największych na świecie, manifestacje, ruchy studenckie, itd. (a CSRS - też jakoś to się odbiło, choć w inny zupełnie sposób. No i polskie strajki studentów, obrazoburcze "Dziady" etc.). Niewątpliwie - dużo się działo w tamtych czasach.

Ciekawostka: z tą BB to nie było wcale tak niewinnie. W 1967 romansowała z Sergem (miał facet wzięcie u lasek! Icon_smile2 ), poprosiła go pewnego razu o napisanie "najpiękniejszej piosenki miłosnej jaką tylko sobie można wyobrazić". Następnej nocy napisał dwie (druga to "Bonnie and Clyde"). Chodzą słuchy, że w czasie nagrania zabawiali się w studio i zdecydowanie rączki nie były na wierzchu. Jane stała się dziewczyną Serga rok później i kiedy wtedy usłyszała tą wersję, to stwierdziła że jest BARDZO gorąca. I nagrała ja głównie dlatego, że była zazdrosna na samą myśl, że mógłby to nagrać z kimś innym. W czasie tego nagrania było z kolei podobno całkiem spokojnie, czysta sztuka, bez macanek Icon_wink2 .

Ciekawostka 2: piosenka została oczywiście zakazana w wielu krajach (chyba też w Polsce), mimo to była nr 1 w UK (to było nietypowe, bo kiedy doszła do #2, dostała bana. Więc spadła. Gainbourg umówił się wtedy z innym wydawcą na reedycję. I po przerwie wróciła, aż na pierwsze). Z kolei Watykan nawet ją objął ekskomuniką!

Ciekawostka 3: był to podobno pierwszy nieanglojęzyczny utwór na szczycie brytyjskiej listy. W USA zaś doszła do miejsca... 69 :winky: . Z tym, że miała tam ograniczoną liczbę odtworzeń i limitowany nakład.

------------------------------------------------------------------------

Chodziłem rok na francuski, jak kiedyś gdzieś pisałem. Nie nauczyłem się w zasadzie nic, poza śpiewaniem tego kawałka (i chyba nawet coś rozumiem z tekstu, z poprzedniego nie mam kompletnie pojęcia co znaczy moje ulubiony "że we, żewe żeze" Icon_wink2 ) Icon_biggrin3 :

Joe Dassin LES CHAMPS-ÉLYSÉES 1969 Les Champs-Élysées
w BTW od: 2000





Mój ulubiony fragment tekstu to "i ilja tuske wuwule", ale akurat nie pamiętam co to znaczyło (lepiej zwrotki kojarzę) Icon_razz .

Niby takie festiwalowe, popowe śpiewanie i granie, ale co począć, jak tak bierze po prostu i człowiek sam zaczyna nucić? Icon_smile2

Powiem szczerze, że Gainsbourg i Dassin mi się nieco mieszali, choć przecież jeden to w zasadzie nawet nie Francuz. Może dlatego, że sukcesy odnosili w podobnym okresie, mieli coś charakterystycznego dla piosenki francuskiej, co zresztą trudno określić, ale co się czuje podskórnie niemal od razu już od czasów Piaf i Aznavoura (ale nawet francuski rap jest jakiś inny niż inne rapy i przez to jakoś przyciąga bardziej). Może chodzi o to, że ta muzyka jednak jest oryginalna i nie kopiuje (albo mniej kopiuje) anglosaskie wzorce?

Ciekawostka: jakoś z rok-dwa temu widziałem na TVP Kultura jakiś archiwalny program TVP, w którym występowali Rodowicz i Dassin (a może jednak Gainsbourg? Icon_wink2 Ale nie, byłoby "Je t'aime", a nie było, a było raczej to właśnie). Śpiewali na zmianę swoje piosenki, w międzyczasie odgrywali jakieś scenki, ale ponieważ niespecjalnie chyba się rozumieli językowo, to za wiele nie mówili (ona dawała mu jakieś czekoladki, on jej coś innego, i tak jakoś to szło). Scenografia typowa dla tego typu programów z tamtego okresu, czyli "trochę mebli, jakieś graty, jakieś kraty, zero tła, bo w tle ciemność". Na końcu zaśpiewali chyba ze 2 numery razem. Włączyłem w trakcie, ale przyznam że to była spora ciekawostka. Już nie pamiętam niestety, jaka data widniała na końcu.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
13.09.2012 12:22 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #63
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Frank Sinatra MY WAY 1969 My Way
w BTW od: 2011 (przeglądając zestawienie doszedłem do wniosku, że warto by jednak coś Franka mieć. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to właśnie to. No to wrzuciłem. Dopiero w tym roku dodałem jeszcze 2 inne jego kawałki. 1 już był zresztą)




Znowu taki festiwalowy (Opole, Sopot, stara Eurowizja?), najbardziej klasyczny pop, jaki tylko można sobie wyobrazić. Chyba on teraz jest nazywany "contemporary pop", czy jakoś tak. Czyli - muzyka nie dla młodzieży, tylko dla zgredów Icon_wink2 . Mimo wszystko - siła melodii i tekstu na tyle duża, że po prostu trzeba przyznać Frankowi: był wielki.

Już chyba to pisałem przy Dianie, ale jakby co to powtórzę: słowa do tego utworu napisał Paul Anka. Piosenka oryginalnie francuska, zresztą istniała wcześniej inna angielska jej wersja, mająca więcej wspólnego tekstowo z oryginałem (ta zdaje się bardzo niewiele). Anja usłyszał oryginał będąc na wakacjach w południowej Francji, stwierdził że nagranie jest słabe, ale coś w nim jest. Zdobył prawa do niego (za darmo! Jedynie kompozytorzy dostali kasę za prawa autorskie), 2 lata później był na jakimś obiedzie z Frankiem i "kilkoma gangsterami" Icon_wink2 , ten strasznie marudził, że ma dosyć, odchodzi na emeryturę, no krótko mówiąc nędza z bryndzą. No to napisał Frankowi przebój nad przeboje Icon_smile2 , specjalnie pod niego zmieniając słowa i nieco melodię. Zresztą, jego wytwórnia się wkurzyła, dlaczego sam tego nie nagra, ale on odpowiedział, że owszem napisał to, ale z myślą o tym, że zaśpiewa to właśnie Sinatra. Mimo to, Anka aż trzy razy nagrywał potem ten utwór, pierwszy raz zresztą jeszcze w 1969.

Ciekawostka: zdaje się, że jest to jeden z największych "pogrzebowych hiciorów" w Stanach Icon_wink2 . Z racji na spoglądający wstecz na życie tekst, całkiem dobry wybór (niektóre z tych piosenek są kompletnie od czapy, szczególnie tekstowo).

Ciekawostka 2: w UK ten utwór dzierży do dziś niepobity rekord. Był w Top 40 przez 75 tygodni z rzędu, potem co prawda spadł, ale jeszcze 49 tygodni siedział w pierwszej 75-ce! (Again na LPP3 się może schować Icon_wink2 ) Najwyżej jednak tylko na 5.

Ciekawostka 3: najdziwniejszy cover, jaki został nagrany (a była ich masa), przynajmniej z tych które stały się sukcesem, to wersja... Sida Viciousa! Nie znał on części tekstu, więc improwizował. Paul Anka stwierdził, że ta wersja dziwnie na niego podziałała, ale miał wrażenie, że Sid zaśpiewał to szczerze, bez zbijania się z oryginału.

PS. Coś mi się przypomniało jeszcze odnośnie King Crimson. Głowy nie dam, ale wydaje mi się że coś kojarzę, że jakieś sample z ich debiutu użyte zostały przez polski zespół... Grammatik! (jakoś tak zdarzyło mi się słuchać ich najsłynniejszą płytę, a potem chyba jescze jakąś inną, a co Icon_wink )

--------------------------------------------------------------------

Czasem zaglądać będę do klasyki, co już wcześniej zapowiadałem. W sensie - klasyki interpretowanej na rockowo. Co juz się zdarzało wcześniej w tym Topie.

Jethro Tull BOUREE 1969 Stand Up
w BTW od: ok. 2002




(wersja bardzo różniąca się od tego, co jest oficjalnie w Topie, ale niezwykle ciekawa trzeba przyznać)

Ten pan w stroju średniowiecznego mistela to lider, twórca, serce i jeden z dwóch filarów grupy Jethro Tull (drugi to Martin Barre. Z takim nazwiskiem to jasne, że gitarzysta Icon_wink2 ), tworu niezwykle konsekwentnie penetrującego podgatunek art rocka, który można by nazwać "ludowym art rockiem". Jeśli jedna płyta King Crimson wystarczy by poznać cały gatunek, to jedna płyta Jethro Tull wystarczy by poznać cały podgatunek. Aczkolwiek w 1969 dopiero definiowali własny styl, co im zajęło jeszcze z 5 lat. Mieli potem też flirt z ostrzejszymi brzmieniami, ale ogólnie zawsze wracali do tego natchnionego art folk rocka.

Tutaj historyjka niemuzyczna: kiedyś (pewnie jakoś w 1999) natknąłem się w empiku na książkę w stylu "1000 najbardziej wpływowych postaci naszej ery z okazji roki 2000" (można strzelać pierwszą trójkę, dodam że jest łatwa do zgadnięcia). Przekartkowywałem, głównie w poszukiwaniu Polaków (najwyżej był zdaje się Kopernik), ale dość wysoko znalazł się człowiek, którego nazwisko znałem, ale do tego momentu nie wiedziałem, że to nazwisko. Mianowicie: Jethro Tull! Jak się dowiedziałem z krótkiej notki, był to XVII-wieczny agronom (tak chyba można go nazwać), wynalazca jakiegoś nowego rodzaju pługa, ogólnie reformator rolnictwa. W jaki sposób stał się symbolem folkrocka - to już wiemy. Ale pewnie mało kto zna go z dokonań rolniczych Icon_wink2 .

Jak powstał ten utwór? Jak opowiadał Ian Anderson, siedział sobie pewnego dnia w swoim mieszkaniu. I jakiś sąsiad nieustannie ćwiczył ten utwór, w kółko przez kilka godzin. W końcu tak Ianowi weszło to w głowie, że nie mógł się powstrzymać, by nie stworzyć własnej wersji Icon_smile2 .
W jego graniu na flecie możemy usłyszeć całkiem świeże jeszcze wówczas nowe środki artykulacyjne, w postaci twórczego zastosowania przedmuchu (kiedyś uznawanego za błąd) i przyśpiewu (to drugie nie wiem czy tak się nazywa).

A skoro miał być łyk klasyki: Anderson zapewne słyszał coś takiego (aczkolwiek sąsiad nie ćwiczył na lutni).



Autor: J.S.Bach. Utwór: fragment suity e na lutnię (BWV 996). Zresztą, z tą lutnią to też nie takie pewne, bo ówczesne lutnie były strojone w D. Ale to inna historia.

Ciekawostka: ten Bach inspirował także innych rockmanów. LedZep grywali go na koncertach w trakcie jakiegoś innego utworu, McCartney twiedził, że "Blackbird" powstało też pod jego wpływem, słyszałem też ten główny motyw na jakiejś całkiem świeżej płycie któregoś z wykonawców progowych.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
13.09.2012 12:25 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #64
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Joe Cocker WITH A LITTLE HELP FROM MY FRIENDS 1969 With a Little Help from My Friends
w BTW: od początku, czyli 1995, ale mogłoby od ok. 1992




Absolutnie NIE-SA-MO-WI-TE wykonanie! I niespecjalnie edukacyjne, bo pokazuje że niektóre narkotyki (i też pewnie nie zawsze), że tak powiem, są przydatne. Tu konkretnie LSD, w odmianie nazywanej orange cośtam (zapomniałem już), rozprowadzanej przez jakiegoś jednego gościa z Kalifornii, o nieco innym składzie niż standardowe. Było na rynku krótko, bo wkrótce zgarnęli to laboratorium, ale przeszło do legendy Icon_wink2

Coraz bardziej skłaniam się ku temu, by zrobić tu podmiankę i zamiast wersji studyjnej wrzucić właśnie tą woodstockową. Od początku 6 minuty (jak po tym "do you need anybody?" Joe kolebie się niezbornie i ryczy na cały głos) po prostu ciary chodzą po ciele. Ale na razie jeszcze studyjna, która też przecież nie od parady (na gitarze: Jimmy Page, na perkusji: gościu z Procol Harum).
Woodstockowy koncert Cockera przeszedł do legendy. A mogło do niego w ogóle nie dojść. Problemy z honorarium mieli tam chyba wszyscy, to jasne. Ale jak ekipa przyjechała na teren koncertu i zobaczyła ten totalny chaos organizacyjny, jaki tam panował, usłyszała że dostanie za występ mniej niż planowano, to zwątpiła i jakoś 1/3 zespołu w ogóle stwierdziła że ma to gdzieś i odjechała (stąd w chórkach panowie robią chomiki Icon_wink2 ). Tuż przed, czy jakoś w trakcie koncertu Cockera, nad terenem festiwalu przetoczyła się niesamowita burza, która utrudniła sprawę jeszcze bardziej. W końcu jednak udało się zagrać do końca, na koniec zostawiając właśnie ten utwór. Po festiwalu ten mało dotąd znany Anglik stał się jedną z głównych postaci Woodstock, po latach po prostu legendą, a tymczasem jego sława dzięki niemu szybko i znacznie wzrosła.

Pamiętam, jaki przeżyłem szok, kiedy zobaczyłem pierwszy raz Cockera w TV. Wcześniej znałem ten numer oczywiście z czołówki "Cudownych lat", których co prawda mało oglądałem (oewnie dlatego, że rozterki nastolatka nie były jeszcze moimi rozterkami i dopiero jakoś ostatnie kilkanaście odcinków się wciągnąłem bardziej w ten serial, jak już nieco do niego dorosłem jak sądzę). Zawsze w każdym razie myślałem, że ten numer śpiewa jakiś Murzyn, coś w rodzaju Jamesa Browna (którego chyba zresztą wtedy jeszcze nie znałem. No ale powiedzmy, że jakoś tak sobie wyobrażałem Cockera, jak wyglądał Brown). A tu nagle, w programie prowadzonym przez Romana Rogowieckiego (nie pamiętam nazwy) zobaczyłem teledysk do któregoś z numerów z jego płyty z 1994 roku (może to było "Summer in the city"?) i widzę jakiegoś białasa, siwego, zupełnie odbiegającego od tego, co sobie wyobrażałem, śmiesznie ruszającego dłońmi w czasie śpiewu. Szok normalnie, na początku myślałem, że to jakiś aktor jest, dopiero Rogowiecki wyjaśnił, że mało kto dawniej wiedział jak on wygląda, bo rzadko się pojawiał w teledyskach, jako mało twarzowy facet i wytwórnia wolała go nie pokazywać. No jesli miał tak się miotać jak na Woodstock, to nie dziwię się Icon_wink2 .

Drugi zaskok związany z tym numerem przeżyłem, kiedy sobie kupiłem Sierżanta Pieprza i jakoś w okolicach refrenu zorientowałem się, że CHYBA znam ten kawałek! (Cockera wersję znałem wcześniej) Rozpoznałem w zasadzie tylko po słowach, bo rzecz jest ZUPEŁNIE nie podobna do oryginału. Inny klimat, nawet inne metrum, wszystko zagrane dużo wolniej i sporo ciężej. Z dość banalnej piosenki zrobiono kawał rockowego mięcha, w zapierającej dech interpretacji wokalnej. Brawa!

Ciekawostka: 1996 to był pierwszy rok, gdy zagraniczni wykonawcy częściej niż raz na kwartał zaczęli pojawiać się w Polsce (w 1994 ogromnymi wydarzeniami były koncerty Aerosmith i Santany, ten drugi nawet widziałem w TV. Ale wynikało to z tego, że nie było konkurencji za bardzo). W każdym razie, wtedy pojawili się m.in. po raz pierwszy Sting i Cocker właśnie. Obaj na Gwardii, ale jeśli chodzi o Joe, to organizator kompletnie zawalił sprawę. Nie pamiętam dokładnie, ale koncert był w dniu jakiegoś święta, albo meczu w Wawie. W każdym razie, w miejscu na które mogło wejść 20tys. osób, zjawiło się ich mniej niż 1/10 tego. Tak się składa, że była tam moja wspołlokatorka z pierwszego roku studiów. Mówiła, że wyglądało to naprawdę przygnębiająco, takie pustki na takim nazwisku. Ale sam koncert był niesamowity. Jak to opisywała: wyszedł niepozorny starszy pan z brzuszkiem, ale jak się rozkręcił w trakcie, jak zaczął skakać po scenie i zdzierać głos, to po prostu szacun i buty z nóg spadały z wrażenia!Aha - i znowu lało!

---------------------------------------------------------------------------

I tutaj ważne ogłoszenie związane z tym co pisałem na początku, odnośnie konkursu: płyta wyszła w 1970, ale nagrano to w 1969. I te 3 utwory są policzone do 1969. Ma to znaczenie odnośnie tego, z którego roku jest najwięcej kawałków) jest to nagranie, które zresztą znam tylko w tej jedynej wersji:

Country Joe McDonald I FEEL LIKE I'M FIXIN' TO DIE RAG (Live at Woodstock) 1970 Woodstock: Music from the Original Soundtrack and More
w BTW od: 1999




(można dołączyć się do śpiewu, bo w pewnym momencie ktoś dobrze pomyślał i zrobił "opcję karaoke" Icon_wink2 )

Woodstock '69 było w zupełnie innej epoce muzycznej niż obecne festiwale rockowe. Chociażby przez to, że występowała tam cała masa artystów folkowych, takich bardów z gitarą, jakich obecnie na tego rodzaju imprezach raczej się nie uświadczy. Country Joe był jednym z nich. Dodatkowo, ponieważ organizatorzy, szczególnie na początku festiwalu (a w sumie to cały czas Icon_wink2 ) mieli duże problemy z organizacją, trzymaniem się grafiku, dotarciem na czas wykonawców, w zasadzie wszystkim, to tacy wykonawcy, z racji tego że nie mieli dużych wymagań i byli łatwi w obsłudze (wystarczał mikrofon, gitarę miał przy sobie i mógł stać/siedzieć i grać), ratowali organizatorom tyłek w trudnych momentach. Festiwal zaczynał słynny "facet z dziwnym chwytem" (gitarzyści wiedzą o co chodzi Icon_wink2 ), który dzięki temu że zaczynał, a także że dzięki temu, że organizatorzy pokazywali mu, żeby grał dalej, przeszedł do historii (to słynne Freedom, które grał ze 3 razy, bo miał grać 45 minut, a grał 2 godziny:



jest zresztą gdzieś blisko BTW, głównie ze względu na legendarność wykonu, a nie samą zawartość muzyczną zresztą).
Wracając do Country Joe: na festiwalu wystąpił dwukrotnie, raz sam, a potem z zespołem. Ten pierwszy występ był właśnie na zasadzie: "ludzie ratujta, nie ma kto teraz zagrać, bo nie przyjechał człowiek z grafiku. Może ktoś wystąpić?". No to Joe, który miał wystąpić z zespołem następnego dnia, wziął gitarę i pośpiewał przez pół godziny Icon_smile2 . Kończył występ właśnie tak. Do historii przeszło jego skandowanie "F...U...C...K... Co przeliterowałem?!". Od pierwszego przesłuchania piosenka zrobiła na mnie duże wrażenie, nawet zanim dosłyszałem, co oni tam krzyczą. Przede wszystkim, byłem w szoku, że słychać tak, jakby wszyscy znali słowa tego niepozornego kawałka, wesołej wyliczanki o niewesołych słowach. Zapewne przez swą prostotę i przebojowość, rzecz stała się sztandarowym hymnem wszelkich hippisowkich zlotów antywojennych Teraz nasunęło mi się takie porównanie, że Polacy (a może raczej warszawiacy) mają "warszawskie dzieci pójdziemy w bój...", a Amerykanie mają "one, two, three, what're we fighting for...", bo to chyba jakoś podobnie działa - rzecz ponura, ale wesoła.

Joe tutaj wygląda jak pierwowzór bohatera Forresta Gumpa, przyjaciela Forresta, tego od Oscara za efekty specjalne związane z "obcięciem nóg". I wręcz archetypiczny weteran wietnamski.

W okresie protestów muzyków przeciwko wojnie w Iraku, za drugiej prezydentury Busha, Country Joe nie omieszkał ponownie mocno się włączyć w ten ruch, nieznacznie modyfikując nawet słowa kawałka i wtedy ponownie o nim usłyszałem.

Ciekawostka: najstarsza córka Country Joe'a, która się urodziła niecały rok przed Woodstock, była w latach 90-tych menedżerką zespołu Smashing Pumpkins.

Ciekawostka 2: literowanie "fuck" wyeluowało w czasie jednego z występów zespołu Joe'a w 1968. Poprzednio było to "fish" (na początku pytał publiczność "what's that spell?", a po piosence "what's that smell?"). Oczywiście, zespół miał z tym sporo problemów, włącznie z odmówieniem występu na Ed Sullivan Show i karami finansowymi.

-----------------------------------------------

Za to ten kawałek znam też w wersji płytowej (żeby było śmieszniej: ta płytowa to też koncertowa, bo to nagranie zadebiutowało własnie na krążku live z 1968), ale TA koncertowa to jest "ta jedna jedyna":

Ten Years After I'M GOING HOME (FROM WOODSTOCK) 1970 Woodstock: Music from the Original Soundtrack and More
w BTW od: 2002







(niestety, w dwóch częściach, a w dodatku nie ma zarąbistej końcówki, kiedy znowu wszyscy szaleńczo grają razem Icon_confused2 . Nie mogę znaleźć jednej z filmem, jest tylko sam dźwięk. Ale sama muzyka jest w MB jakby co)

Krótko mówiąc: genialny popis "najszybszego gitarzysty świata", jak wówczas nazywano Alvina Lee (dziś to chyba ten tytuł dzierży Yngwie Malmsteem? Icon_wink2 ). Na początku utworu zapowiadając mówi: "Jadę do domu. Helikopterem". Chodziło o to, że nie mógł się dostać na teren festiwalu (wszystkie drogi zablokowały pozostawione przez uczestników samochody), więc przywieziono go za scenę helikopterem.

Niestety, jest to jedyne pełne nagranie z tego koncertu zarejestrowane na filmie. Ale może to i dobrze, zespół miał duże problemy z nastrojeniem instrumentów, które ze względu na dużo wilgotność (to był drugi występ po tej burzy, która zakończyła koncert Cockera i przerwała na kilka godzin festiwal, bo padło zasilanie) cały czas się rozstrajały, odbiło się to też na sprzęcie filmowym, bo były duże problemy z nagrywaniem dźwięku.

Wcześniej pisałem, że do "Blue suede shoes" jeszcze wrócimy? No to wróciliśmy, bo w środku Alvin pozostawiony został samemu sobie i wysmażył smakowitą improwizację, w której umieścił m.in. ten kawałek Icon_smile2 . Zresztą, to charakterystyczne dla Alvina, a ogólnie dla zespołu: mieszał stare motywy rock'n'rollowe lat 50-tych, bluesa, oraz hippisowską psychodelię. Co by nie mówić: rzecz brzmi całkiem współcześnie jeśli chodzi o technikalia (np. brzmienie gitary), tak jak w innych nagraniach z 1969, czuć że wchodzimy w inną epokę.

Jeśli chodzi o sam zespół, to rozpadli się w 1973, kiedy to Lee poczuł się ograniczany zespołem i zmęczony parciem wytwórni, która chciał by grali bardziej popowo, sam zaś wolał pozostać w kręgu bluesrocka.

Ciekawostka: od 1968 do dziś ustanowili imponujący wynik 28 tournee po Stanach, co jak na zespół brytyjski jest chyba jakimś rekordem (do tego jest doliczony okres po reaktywacji w 1988, bo trudno mi sobie wyobrazić, żeby dokonali tego w 5 lat Icon_smile2 . Ale to i tak pokaźna liczba).

------------------------------------------------------

Na początku swojego występu Joe Cocker zaśpiewał "Let's go get stoned" (nie tłumaczę, bo +18 Icon_wink2 ):



Ten pan poszedł za jego radą i dał koncert mocno zakrapiany zapachem narkotyków, ale użytych że tak powiem w idealnych ilościach (czyli jeszcze nie przeszkadzają). Co prawda, to nie był jego najlepszy występ z tych największych festiwali tamtych czasów, ale akurat ten końcowy fragment przeszedł do legendy:

Jimi Hendrix Experience STAR SPANGLED BANNER (Live at Woodstock) 1970 Woodstock: Music from the Original Soundtrack and More
w BTW od: 1999




(rozwala mnie, jak Jimi w pewnym momencie, w czasie solówki, ze spokojem dostraja jeszcze gitarę Icon_wink2 )

Koncert Hendrixa kończył festiwal i trzeba przyznać, że była to dziwna pora (9-11 rano). Nie dziwię się oniemiałej publice. Szczena opada słuchając, co Jimi wyciska z gitary (szczególnie jak się pomyśli jak dawno to było!). I dorzućmy jeszcze ten kontekst: w tamtych czasach to nie była ot, taka sobie rzecz, w ten sposób potraktować amerykański hymn (na pomysł takiej interpretacji Jimi wpadł z rok wcześniej i zespół jamował to na próbach, ale menedżer odwodził go od grania na koncertach, bojąc się konsekwencji prawnych, bądź tego, że może to spowodować zamieszki wśród publiczności. Ale wbrew obiegowej opinii, nie było to pierwsze wykonanie koncertowe przez Hendrixa). Czego tam nie ma! Bomby spadają, syreny wyją, samoloty latają, słychać krzyki i jęki! Brzmienie gitary Jimiego jest niezwykle charakterystyczne także dlatego, że odeszło praktycznie wraz z nim, potem popularniejsze stały się flanger i fuzz, tak już mało kto grał. Ale może po prostu nie było sensu się ścigać, bo nie dało się z tego brzmienia wycisnąć nic więcej?

Wcześniej była jeszcze instrumentalna improwizacja, potem, co słychać nawet na końcu tego wideo, Puple Haze. I po festiwalu. Dopiero potem się okazało, jaką stał się legendą. Na razie wrażenie było takie, jak jednego z mieszkańców okolicznych farm:
- Co pan sądzi o festiwalu?
- To kupa gówna!
- Co pan ma na myśli?
- No... nie ma toalet.
Icon_mrgreen

A tak w ogóle to pewnie wiecie, że to nie było wcale w Woodstock, tylko w Bethel Icon_wink2 .

Ciekawostka: festiwal wisiał na włosku do momentu, kiedy zgodzili się na nim zagrać nasi niedawni bohaterowie, Creedence Clearwater Revival (za 10 000$). Od tego momentu organizatorzy mieli jakąś kartę przetargową w rozmowach z innymi bardziej znanymi wykonawcami, mówiąc że przecież zagra tam nowa gwiazda. Tak się jednak głupio złożyło (i o co CCR mieli potem żal przez lata), że festiwal nie jest z nimi kojarzony. Z dwóch powodów: nie ma ich na filmie. I grali jakoś o 2 w nocy, kiedy praktycznie wszyscy spali, w dodatku tylko godzinę z lekkim hakiem. Jeden z członków zespołu opisywał to w ten sposób: "niekończąca się kłębowisko ciał pokrytych błotem, leżących na ziemi i śpiących. I jeden facet, który stał pod sceną, patrzył na nią i wczuwał się w muzykę. Cały czas patrzyłem na niego z myślą, że gram specjalnie dla tego człowieka i warto mu wynagrodzić jego wierność i wytrzymałość".

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2012 12:30 AM przez Miszon.)
13.09.2012 12:30 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #65
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Odnośnie konkursu:

znowu jedynie aaktt bez punktu. Stawiał, że 1967 będzie najczęściej reprezentowanym rokiem. A był nim właśnie 1969 - 21 utworów plus 3 wydane w 1970, ale nagrane w 1969.

Rok 1970 zaczynamy od rzeczy z katalogu "zapomnianych", dorzuconych do BTW w tym roku. Po prostu - jakoś mi brakowało tego nagrania. O tego:

King Crimson PICTURES OF A CITY including 42nd at Treadmill 1970 In the Wake of Poseidon
w BTW od: 2012




Druga płyta King Crimson była rozwinięciem, ale też uładzeniem pomysłów z debiutu. W tym utworze mamy trochę ze Schizofrenika, trochę z Epitaph, znalazł się nawet "inkluding" Icon_wink2 , ogólnie jest dobrym reprezentantem i niejako streszczeniem tego, co można spotkać na drugim albumie. Ogólnie jak na King Crimson, to jest to zaskakująco mało zaskakująca płyta. Można by rzec - nuda i odcinanie kuponów Icon_razz . Było jeszcze trochę starego składu (nie we wszystkich kawałkach), nadal działał duet Fripp-Sinfield, który stworzył większość krążka. Jak pisałem, mamy tu powielenie pomysłu z debiutu: po mocnym otwarciu (pomijam krótkie Peace, które przewija się przez cały album, co zresztą powtórzyli wiele lat później na "The power to believe"), jakim jest utwór tu opisywany, następuje uspokojenie. Można znaleźć więcej takich przetworzeń tamtych utworów. Czyli: Schizofrenik to tutaj Miasto. Wiatr to tutaj Kadencja. Dwór Króla to tutaj Posejdon. Szalona część Księżyca to tutaj Trójkąt. Taka zupełna nowość to Cat Food.
Pisałem, jakim szokiem dla Frippa było odejście w trakcie trasy McDonalda z Gilesem. Kolejnym, który postanowił opuścić formację, był wokalista Greg Lake, który wkrótce z Emersonem i Palmerem utworzył zespół, który też się pojawi w BTW (ciekawostka: chodziły pogłoski, że miał do nich dołączyć Hendrix i utworzyć zespół HELP. Ale to podobno tylko plotki. Pewnie takie same, jak plany jego współpracy z Milesem Davisem).
To wszystko zmusiło Frippa do grania nie tylko na gitarze i mellotronie, ale także klawiszach (na płycie jest opisane jako "devices").

Skład był jeszcze płynny i ostatecznie większość utworów śpiewa Lake, ale jest już Gordon Haskell, który był kolegą Roberta Frippa. Haskell potem opowiadał, że kompletnie nie rozumiał tej muzyki, ale zaśpiewać zaśpiewał. Dodatkowo potem grał na basie. W ogóle śpiewający basiści to był znak firmowy KC w latach 70-tych (Lake przecież też na 4 strunach wywijał na debiucie), a od siebie dodam, że nie bardzo potrafię ich wszystkich odróżnić po głosie. Tu np. jakbym nie wiedział, to bym nie zauważył, gdzie śpiewa Greg, a gdzie Gordon. W nagraniach wziął jednak udział jeszcze Michael Giles jako zwykły członek zespołu, a Peter Giles jako gość, podobnie Mel Collins, który wkrótce miał się stać głównym "dęciarzem" zespołu. W "Cat Food" główną rolę odgrywa człowiek kompletnie spoza zespołu - jazzowy pianista Keith Tippet. I fajnie, bo nadaje utworowi freejazzowego szaleństwa. Potem będzie się pojawiał na kolejnych płytach zespołu, a Fripp nawet zapraszał go jako pełnoprawnego jego członka, ale Keith odmawiał. I tylko raz wystąpił z zespołem na żywo.

Co do tego utworu: w 16 sekundzie wchodzi iście filmowy temat główny, który zresztą wykorzystaliśmy w liceum w przedstawieniu kabaretowym, które wymyśliliśmy (to był ten fragment od 1:35 do 2:09). Przedstawienie nazywało się "Janosik 2000" i było totalnie absurdalnym zbiorem różnych odzywek (plus wzbudziło oburzenie naszej katechetki, bo w pewnym momencie znalazł się fragment: "ogłoszenia duszpasterskie" Icon_wink2 , kiedy to goniec czytał ogłoszenie o poszukiwaniu i skazaniu Janosika oraz nagrodzie wyznaczonej przez hrabiego. Czy tam murgrabię. No, Czechowicza Icon_wink2 ).

Przez pierwsze 3 minuty z kawałkiem jest to w miarę normalna piosenka progresywna. Ale potem zaczyna się ostra jazda - nagłe zatrzymania, falowanie dynamiki utworu, jęki dęciaków, a potem nagle balladowo. Następnie narastanie i końcówka znowu standardowa, kiedy to wraca główny motyw.

Zespół maluje nam tu obraz miasta. Konkretnie - Nowego Jorku, jak sami zapowiadali to sami na koncertach.

Ciekawostka: jednym z wokalistów rozważanych przez zespół jako następcę Grega Lake'a był... Elton John. Jakoś średnio to sobie wyobrażam, więc raczej dobrze wybrali.

--------------------------------------------------------------------------

Zaglądamy do nowego okresu w BTW. Nazwałem go "rock jako sztuka". Ale jeszcze troszkę czasów hippisowskich się zdarzy, także część utworów z 1970 będzie w starym, część w nowym. Ten w nowym:

King Crimson IN THE WAKE OF POSEIDON including Libra's Theme 1970 In the Wake of Poseidon
w BTW od: 2007




(fajnie że tekst ktoś wrzucił)

O płycie już tyle napisałem, że nie wiem, czy coś mogę dodać o samym utworze. Może tyle, że to taka nowsza wersja tytułowego utworu z pierwszej płyty. Też tytułowy utwór, ale nie kończący płytę, tylko pierwszą jej stronę. Znowu mellotron, podobna struktura, tempo, jest including, balladowe spokojne granie.

Osobiście - wolę nawet drugą płytę od piewszej. Milej się jej słucha (pomijając 1 kawałek), jest bardziej uładzone brzmienie, nie ma takiej suchej perkusji, do której nie mogę się przyzwyczaić (mimo całej w niej zawartej maestri i precyzji dynamicznej wykonania).

Ciekawostka: na europejskich edycjach płyty źle wpisano tracklistę. Devil's Triangle zamiast jednego utworu rozbitego na cztery części, opisano jako 4 kawałki, gdzie tytułowy był początkowym z nich. Mam tak samo opisane na moim CD (trackami jest już OK żeby było dziwniej). Ten utwór to jeszcze inna ciekawostka, bo to luźna interpretacja fragmentu suity "Planety" Gustava Holsta. Nawet zespół grał to na koncertach pod tytułem "Mars", ale nie dostał zgody od posiadaczy praw do jego spuścizny na taki tytuł na płycie.
Suita leciała tak:



(zaczyna się od Marsa, więc fani KC powinni rozpoznać Icon_smile2 )

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
13.09.2012 12:37 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #66
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
[quote]Santana SAMBA PA TI 1970 Abraxas
w BTW od: 1997




Dopiero piąty kawałek instrumentalny w Topie! Czyli jeśli ktoś stawiał na kilkanaście (czy nawet ponad 20!), to raczej nie trafił Icon_wink2 .

Po pierwszej płycie, a także bardzo dobrze ocenionym występie na festiwalu w Woodstock, gdzie wielkie wrażenie zrobiła przede wszystkim uduchowiona gra perkusisty zespołu (ciekawostka: kiedyś czytałem, że większość zespołu nie pamięta w ogóle tego występu, bo byli na mocnym odlocie Icon_wink2 ), Carlos Santana wraz z towarzyszącym mu zespołem postanowili zdyskontować świeżo nabytą popularność i szybko przygotowali bardzo dobry album, Abraxas, na którym znalazło się chyba najsłynniejsze nagranie Meksykanina. I świetna definicja jego stylu: zgrabne połączenie rocka, bluesa, latynoskich rytmów, trochę jazzu. Wbrew tytułowi, to nie samba, ale rumba raczej. Stonowana, zrelaksowana muzyka, wolno sącząca się z głośników, kojąca niczym trzaskanie kominka w chłodną noc. Oczywiście, na pierwszym planie gra Carlosa - z niewielką liczbą ozdobników (jedynie obiegniki częściej), specyficznym, prawie czystym, ciepłym brzmieniem gitary. Do tego różne latino-perkusjonalia i wspomagające gitarę organy.
Dziś myślisz sobie latynoski rock i widzisz Santanę. Od tego albumu to skojarzenie zaczęło nabierać mocy.

BARDZO blisko BTW jest też nieodłączny duet (świetnie te kawałki następują po sobie na płycie. Miałem kiedyś zrobić nawet taką audycję o takich "złączeniach" i to był jeden z nich): Black Magic Woman -> Oye como va (w linku wersja z Woodstock'94, warto oberzeć). Myślę, że za jakiś czas też znajdzie on swoje miejsce w BTW, na razie nie chciałem tak dużo wrzucać z tej płyty. Wystarczyła "Samba dla Ciebie".

Ciekawostka: to nie było singlem (były nimi te 2 wyżej wspomniane), pewnie dlatego, że to intrumental. Ale to nie przeszkodziło utworowi przejść do historii. A płytka była numerem 1 w Stanach (weszła na tydzień, spadła, a potem na cały miesiąc wróciła po miesiącu przerwy), także udanie wykorzystali swój czas.

--------------------------------------------------------------------------------

Płytę Santany zdetronizowała dopiero po Nowym Roku 1971 płyta z tym nagraniem (wydana jeszcze w 1970). Przy okazji, wracamy jeszcze na chwilę do katalogu hippisowskiego:

George Harrison MY SWEET LORD 1970 All Things Must Pass
w BTW od: 2000




zdaje się że to ze słynnego koncertu dla Bangladeszu. Krążek z nagraniem tego koncertu dostał nagrodę Grammy za album roku

Po rozpadzie macierzystego zespołu George postanowił "pójść po bandzie" i zaserwować nam wszystko co najlepsze z tego co nie weszło na albumy The Beatles, dorzucił do tego nowe nagrania, a dodatkowo jeszcze uszczęśliwił nagraniami spontanicznych jamów studyjnych. Być może chciał tak oto udowodnić, że nie był wcale gorszy od dwóch sławniejszych kolegów jeśli chodzi o talent do pisania piosenek, tylko nie miał takiej siły przebicie jeśli chodzi o umieszczanie ich na płytach zespołu (a szczególnie singlach). A przy okazjiz zdaje się że jako pierwszy, wydał aż potrójną płytę. Z której szczególnie pierwsza strona pierwszej płyty i połowa pierwszej strony drugiej płyty spokojnie mogłyby być zaprezentowane w BTW i chyba (mam nadzieję) nikt by nie miał pretensji. Ale się ograniczyłem i wybrałem tylko 2 z niej utwory.

Pierwszy był przez długi czas największym hitem George'a, ale też stał się w pewien sposób jego przekleństwem, przyczynił się do upokorzenia muzyka i odebrał znaczącą część wpływów z wydania płyty (w sumie na pieniądze później i tak nie narzekał, ale mimo wszystko - to była ciężka kasa). A wszystko to z powodu tego, że bardzo prosta piosenka głupim przypadkiem była mocno podobna do innej piosenki. Zresztą, porównania do niej pojawiły się już przy pierwszych recenzjach. Była to piosenka zespołu The Chiffons z 1963, która leciała tak:



W ten oto sposób wielka gwiazda przegrała proces z podrzędnym zespolikiem. Głośny proces. Bardzo głośny. Trwał aż 6 lat, a w jego wyniku sąd uznał że Harrison podświadomie skopiował cudzą piosenkę. Potem trwało ustalanie należnego odszkodowania, co zajęło kolejne 5 lat. Uznano m.in., że ponieważ był to singiel, to wpłynął w znaczący sposób na sprzedaż płyty i George powinien oddać dochody uzyskane z tej sprzedaży. W międzyczasie, dawny menedżer Bitli i Harrisona, kupił prawa do piosenki i to ostatecznie jemu George musiał, w 1981, zapłacić należną kasę (miało być 1,5M $, ale w końcu tylko tyle ile Klein zapłacił za te prawa, czyli niecałe 600k). Głośna była też kwestia, że w jednym z wywiadów sędzia powiedział, że lubi "obie piosenki". Kiedy Harrison zwrócił mu uwagę, że jak to obie, przecież sąd stwierdził, że to jest JEDNA piosenka, ten wyparł się przejęzyczeniem, że chodziło mu o "obie wersje". W każdym razie, przegrana była szokiem, bo wcześniej się nie zdarzyło, aby większy przegrał w takiej sprawie z mniejszym.

Żeby było ciekawiej - Harrison w ogóle nie chciał singli z płyty, miała ona stanowić całość. Presja publiczności, a także to że piosenka zaczęła być często grana w Stanach, sprawiła że wyszła w końcu na singlu, najpierw tam, a potem w UK i gdzie indziej. Stała się pierwszym międzynarodowym nr 1 autorstwa jakiegokolwiek byłego Bitlesa i najlepiej się sprzedającym singlem całej czwórki, spośród wszystkich wydanych w latach 70-tych. No, ale jak napisałem wyżej: nic z tego było dla George'a.

Opuszczając ten wątek - piosenka faktycznie ma w sobie dużo natchnionego, uduchowionego nastroju, którego nadają zarówno "pielgrzymkowe", akustyczne gitary (zwielokrotnione jak w chórze pielgrzymów!), łkające solo slide'u gitary elektrycznej, jak przede wszystkim uniwersalne, ponadreligijne zawołania do wielu bogów. Dobrze to trafiało w tamten filozofujący hippisowski czas poszukiwań duchowych. A dla ludzi, którym była obca jakakolwiek religia, dla nich ważniejsza była prostota akordów i łatwo wpadająca w ucho melodia. Mająca jednak coś w sobie z, porywającymi przecież do wspólnego śpiewania, negrospirituals (kojarzy mi się nieco z zawołaniami niczym w "Oh Happy Day", a niedawno się dowiedziałem, że właśnie o tym kawałku myślał George, kiedy układał My Sweet Lord).

Ciekawostka: piosenka ukazała się 2 miesiące przed wydaniem płyty George'a na płycie Billy'ego Prestona. Wszystko to dlatego, że kiedy George ją napisał, nie planował jeszcze nagrania solowego albumu. Wkrótce jednak sprawy potoczyły się inaczej, Bitle się rozpadły i wówczas włączył ją do swego repertuaru. Szczególnie, że producent Phil Spector ją uwielbiał i naciskał na wydanie jej na singlu.

Ciekawostka 2: piosenkę wydano na singlu po śmierci George'a w 2002 i ponownie weszła na szczyt w UK. W USA ledwo weszła do setki, ale w ten sposób stała się zarówno jego pierwszym, jak i ostatnim chronologicznie utworem na tamtejszej liście.

Ciekawostka 3: rzecz była tak często puszczana w radio, że Lennon mówił w jednym z wywiadów "zawsze jak włączam radio słyszę 'Oh my Lord'. W końcu zacząłem myśleć, że naprawdę Bóg musi istnieć!" Icon_wink2

---------------------------------------------------------

George Harrison ALL THINGS MUST PASS 1970 All Things Must Pass
w BTW od: 2002




tu jako ciekawostka wersja alternatywna z nagrań w studio

Na płycie znalazły się nawet kawałki z 1966 (Isn't it a pity), ten tytułowy dla płyty (i jakże znaczący w sytuacji rozpadu The Beatles), był świeższy. Na Anthology można posłuchać jego wersji demo, granej przez George'a na gitarze akustycznej, w czasie kończenia nagrań na Biały Album. Był to niejako odrzut z "Let it be", bo zespół zdecydował się nie umieszczać jej na tym krążku. Może to i dobrze, tytuł płyty Harrisona nie byłby taki trafny. Kompozycja ma znowu w sobie coś "transcendentalnego", uduchowionego, nie wiem czy znowu nie przez te slide'owe pasaże, czy może dęciaki? Wolniejsze tempo skłaniało do zadumy, a okoliczności sprawiły że odbierano ją jednoznacznie jako komentarz do rozpadu zespołu (choć przecież nie taka była jej pierwotna wymowa). Moim zdaniem - wielka szkoda, że nie weszło to np. na Abbey Road. Idealnie by pasowało. No, ale koledzy nie dali...

Warto jeszcze dodać odnośnie samej płyty, że udzielało się na niej sporo znanych nazwisk: Eric Clapton (wraz z kolegami z Derek & the Dominos), Klaus Voormann, Ringo Starr, Phil Collins, Alan White, Gary Brooker, czterech członków Badfinger, Billy Preston. Skład, trzeba przyznać, wyśmienity. I taka też płyta!

Ciekawostka: i ten utwór wyszedł najpierw na płycie Billy'ego Prestona.

Ciekawostka 2: legendy chodzą, że poza wymienionymi, ze znanych twarzy na płycie grają "gdzieś" też John Lennon, czy Maurice Gibb, a nawet Rick Wright (tak, ten z Floydów!). Trudno rzec. Pewnie jest coś w tym z prawdy, więc może byli w studio po prostu w trakcie nagrywania, przechodzili przez korytarz czy coś Icon_wink2 .

--------------------------------------------------------------------------

Simon And Garfunkel BRIDGE OVER TROUBLED WATER 1970 Bridge Over Troubled Water
w BTW od: 1995, czyli początku (a mogłoby od ok. 1990)




(jedno z wcześniejszych wykonań, jeszcze z 1969)
Pisałem wcześniej, że to jeden z wykonawców mojego dzieciństwa. Z nieodłącznym obrazkiem: tata dłubiący coś w piwnicy, a w rogu magnetofon z którego leciała składanka S&G. Wówczas co prawda wolałem inne piosenki z tego zestawu, ale oczywiście ten z kolejnym rokiem coraz bardziej mi się podobał. Z zadowoleniem, ale też trochę zaskoczeniem, przyjąłem informację, że w UK wybrano go do piątki najlepszych utworów piosenki autorskiej XX wieku (były tam jeszcze Imagine, I am the walrus, Angel i coś jeszcze). Z zaskoczeniem, bo nie wiedziałem że kawałek cieszy się taką renomą za granicą (szczególnie w USA jest klasykiem nad klasyki). A teraz nie potrafię za bardzo zrozumieć, dlaczego w Polsce jest jakby nieco zapomniany i we wszelkich tego typu zestawieniach tworzonych przez ludzkość, a nie fachowców, zwykle go brakuje (wystarczy spojrzeć, że tylko raz czy dwa był w 50-ce Trójkowego TW). Smutne to naprawdę, bo rzecz jest wspaniała.

Cudowny tekst, chyba najwspanialszy jaki stworzono o przyjaźni (choć niektórzy interpretują to jako pieśń religijną, wołanie Boga do człowieka), idealnie współgrający z anielskim głosem Arta, z myślą o którym Paul napisał ten utwór (w czasie kiedy on tworzył piosenki na płytę, Art brał udział w nagraniach do filmu Paragraf 22). Aczkolwiek Art zasugerował, żeby to Paul zaśpiewał, albo z nim razem, falsetem, ten się nie zdecydował, czego potem często żałował w wywiadach. Utwór idealnie rozwija się w trakcie trwania, jest podniosły ale stonowany. Może trochę przeszkadza przeprodukowanie i za dużo echa, ale OK. Takie czasy i Phil Spector Icon_wink2 , którego wpływ tutaj słychać (choć to nie on produkował nagranie). Najbardziej znana jest wersja koncertowa (która też jest na tej składance), zdaje się pochodząca z jednodniowego "powrotu" duetu, na specjalny koncert w Madison Garden w 1972. Widziałem kiedyś ten występ na VH1, na końcu tego wykonu kamera pokazał jedną kobietę z publiczności z autentycznymi łzami wzruszenia w oczach. Nie dziwię się. Art też wspomina to wykonanie jako najlepsze w historii.

NIektórzy znajdują podobieństwo tego utworu do "Let it be" i może rzeczywiście coś w tym jest. Zarówno jeśli chodzi o fortepian, jak też może i trochę tekst, pewien religijny posmak całości (znowu? DOpiero co pisałem to o piosenkach Harrisona! Cóż to za rok był!). Co do tego ostatniego, jest w tym nieco trochę prawdy, Paula (Simona, o McCartneyu będzie w swoim czasie Icon_wink2 ) zainspirowała pieśń gospel.

Ciekawostka: z powodu pracy nad płytą duet odrzucił zaproszenie na festiwal w Woodstock. A nagranie samego utworu tytułowego zajęło w sumie prawie 2 miesiące (!). W trakcie np. okazało się, że piosenka jest nieco za krótka (były 2 zwrotki), więc dopisano trzecią.

Wielka szkoda, że zespół się rozpadł w samym szczycie popularności. Osobno to jednak już nie było, nie było tego magicznego zgrania ich duetów... Art poszedł w aktorstwo (m.in. Złoty Glob), choć też nagrywał. Paul pozostał przy muzyce, w której odniósł jeszcze dużo sukcesów. Ale dla mnie to już nie było to (chociaż np. The Late Great Johny Ace jest genialne. W linku pierwsze wykonanie, ze słynnego koncertu z 1982 z Central Parku).

Ciekawostka 2: "silver girl" to żona Paula, Peggy. Mnie to zawsze ciekawiło, o co tu chodzi, więc jeśli was też, no to wiecie już Icon_smile2 . Konkretniej - chodzi o jej pierwsze siwe włosy, jakie zauważył Paul w tym czasie.

Ciekawostka 3: album był wielkim sukcesem. Np. w UK był w pierwszej 100-ce najlepiej sprzedawanych płyt aż do roku 1975! Napędzany przez 2 wielkie hity (jeszcze "The Boxer", był najlepiej sprzedawaną płytą na świecie przez 3 kolejne lata (1970-72), a do momentu wydania Thrillera przez Jacksona był najlepiej sprzedającą się płytą w historii. Z dzisiejszej perspektywy - absolutnie niewiarygodne, jak taka muzyka mogła odnieść aż tak wielki sukces komercyjny. Nie wiadomo tylko, czy należy się z tego cieszyć, czy raczej martwić, że "to se ne vrati"? Spośród wielu nagród (w tym sporo Grammy), wspomnę tylko że piosenka tytułowa dostała Grammy za Nagranie Roku, będąc już drugim takim skalpem duetu, czwartym przypadkiem jak dotąd w BTW.
Na płycie są aż 4 kawałki w pobliżu BTW, z czego tak coś mi się wydaje, że za chwilę umieszczę w nim Boxera, bo od wiosny ma on dla mnie kolejne skojarzenie, a chodzi za mną od początku roku Icon_smile2 .

-----------------------------------------------------------------------------------

Jakoś się w BTW zrobił kącik bardzo balladowy. I znowu na pierwszej linii fortepian:

Carpenters (THEY LONG TO BE) CLOSE TO YOU 1970 Close To You
w BTW od: 2010




To może być pewne zaskoczenie. Ale warto było to umieścić, bo raz że zespół jednak jest legendą (choć w Polsce chyba mało kto kojarzy. Może starsze pokolenie. W sensie +50), dwa że to jeden z ich największych hitów. A trzy, że piosenka bardzo ładna.

Rzecz w klimacie nieco musicalowym (szczególnie aranż drugiej części). Autorzy to spółka Burt Bacharach/Hal David. "Close to you" przypomina mi nawet nieco "Raindrops keep falling on my head" (brak w BTW tak przy okazji) też ich autorstwa, a trochę "Deszczową piosenkę" (a tutaj to poważny brak w BTW). Chórkowe plamy pod koniec co prawda nieco za słodkie, zbyt pastelowe, rozmywają nieco kameralny nastrój całości, który nadaje głos Karen i towarzyszący mu fortepian. Zresztą, przesłodzenie piosenek to jest to, za co zespół nie był zbyt wielbiony przez przemysł muzyczny. Aczkolwiek nagród zebrali sporo. A rok 1970 był rokiem ich największych sukcesów (6 nominacji i 2 nagrody Grammy).

Ciekawostka: jak sami widzicie, Karen Carpenter (jakby co - zespół był duetem rodzeństwa, Karen i Richarda, działał w latach 1969-83) była także perkusistką. Sama nawet nazywała siebie "perkusistką, która też śpiewa", choć raczej większość postrzegała ją zapewne odwrotnie. Tym bardziej, że ponieważ była niskiego wzrostu i słabo było ją widać zza perkusji, to od pewnego momentu na koncertach zastępował ją inny perkusista, a ona tylko śpiewała. Ale do jej umiejętności jako perkusistki nie było zastrzeżeń. Ba! W 1975 czytelnicy Playboya wybrali ją na perkusistę roku. Na drugim miejscu był John Bonham, który zareagował na tą wiadomość mocno sarkastycznie, stwierdzając że Karen nie wytrzymałaby dłużej niż 10 minut grania utworów jego zespołu.

Co do dalszych losów zespołu, bo w BTW już ich więcej nie będzie - do 1975 mnóstwo koncertowali i święcili wiele sukcesów (od 150 do 200 koncertów rocznie w tym czasie). Niestety, odbiło się to negatywnie na zdrowiu, szczególnie Karen. Zapadła na anoreksję. Ostatecznie, w wyniku powikłań z nią związanych (ważyła niewiele ponad 40kg przy wzroście ok. 165) zmarła na serce w roku 1982. Miała zaledwie 32 lata... Była to jedna z pierwszych, o ile nie pierwsza, osoba publiczna o której było wiadomo że choruje na anoreksję. W jakimś stopniu przyczyniło się to do rozszerzenia wiedzy o tego rodzaju schorzeniach, o których wcześniej mało kto słyszał. Co na pewno pomogło w przyszłości w walce z nimi i uświadomiło zagrożenia związane z odchudzaniem (Karen była na diecie nonstop od wieku ok. 18 lat).

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2012 12:48 AM przez Miszon.)
13.09.2012 12:47 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #67
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Dobra, wracamy do świata rocka:
Deep Purple CHILD IN TIME 1970 Deep Purple In Rock[color]
w BTW od: 1998 (jakoś nie mogłem się długo przekonać do tego kawałka. Bo znałem od około 1992, od kiedy tata kupił sobie na kasecie Live in Japan)




(ciekawa wersja z występu na żywo w TV)
Klasyczny skład: Glover-Gillian-Blackmore-Lord-Paice każdy prawdziwy fan rocka potrafi wyrecytować o każdej porze dnia i nocy, obok składów Metalliki, Bitlesów, Stonesów i LedZepów. Każdy z nich ma tu swoją popisową partię - Lord głównie na początku, sekcja rytmiczna w części kiedy wszystko powoli przyśpiesza i potem w serii karabinowych strzałów, gitarzyści w solówkach, a także w tych momentach, kiedy jest wymagana od nich szczególne zgranie z resztą zespołu, wokalista zaś wykazuje się pełną gamą środków interpretacyjnych, swobodnie przechodząc od balladowego nucenia, poprzez obłąkańcze wycie i rockowy wygar, do ponownego wyciszenia i znowu do wygaru. Właściwie to mógłbym to skrócić do napisania, że każdy ma swoją solówkę.
Ciężkie granie, dla mnie nawet jakoś nieco przyciężkawe, ale w sensie że za ostre, ale że jakoś mnie męczy troszkę. Ale jak się skupię na grze perkusji (szczególnie od tego momentu, jak powoli "rusza pociąg po szynach ospale" do "a dokąd, a dokąd, a dokąd tak gna" Icon_wink2 , to wpadam w fajny trans i to pomaga lepiej przeżyć ten utwór.

Deep Purple to zespół zaliczany do kręgu hard rocka, jeden z twórców gatunku właściwie, ale choć ten utwór niewątpliwie czysto muzycznie to jest hardrock, przede wszystkim ze względu na duży ładunek bluesowych korzeni, jak też przez ciężkość grania, to jednak bardziej bym go zaliczył do nurtu progresywnego rocka. Szczególnie ze względu na fabularną strukturę kompozycji i postawienie na pokazanie wirtuozerii muzycznej wykonawców. Czyli chyba 2 najważniejsze w tym gatunku elementy.
Zwał jak zwał, klasyk jak nic i w BTW musiał się znaleźć.

Ciekawostka: utwór pozwolił mi odkryć, że dźwięk "a" niezwykle mocno rezonuje. Każdy może to sobie sprawdzić, wystarczy wejść do łazienki (jako pomieszczenie dobrze rezonującego) i ponucić sobie ten wstęp: g g a, g g a, f f g, g g a. I przy a usłyszycie, że brzmi ono dużo mocniej i wzbudza dodatkowe echo. Jeśli śpiewacie w dobrej tonacji. Jeśli w złej, to zmieńcie na taką, gdzie trzeci dźwięk będzie rezonował. To będzie wówczas a, co oznaczy że śpiewacie już w dobrej tonacji Icon_smile2 . Chyba, że to zależy np. od rozmiarów pudła rezonansowego (czyli naszego ciała) i jeśli ktoś jest dużo wyższy lub dużo niższy ode mnie, to może jakiś inny dźwięk mocniej rezonuje? Ale przy gitarze jest to samo - a jest mocniejsze, więc to chyba coś innego ma tu znaczenie. Trzeba by zapytać akustyka jakiegoś Icon_wink2 .

Ciekawostka 2: ze względu na wysokie wymagania stawiane wokalowi, utwór od 1995 jest niezwykle rzadko wykonywany przez zespół na koncertach. A od 10 lat praktycznie się to nie zdarza. Zanim zrezygnowali z grania go, musieli zresztą pomagać wokaliście w tych wysokich partiach, wspierając je dźwiękiem np. gitar. Dlatego też dobrze, że nie chcą szargać legendy.

-------------------------------------------------------

Kiedy pisałem o Abraxas, wspomniałem że weszło na szczyt zestawienia płyt na chwilę, spadło w listopadzie 1970, wróciło na szczyt na cały grudzień. A potem że w 1971 zdetronizował je Harrison. Więc kto zdobył listopad 1970? Ano, płyta która zaczyna się tak (swoją drogą: kurde, to były czasy! TAKIE płyty na szczycie jedna po drugiej!):
[font=Verdana]Led Zeppelin IMMIGRANT SONG 1970 (III)
w BTW od: 2009 (czy kiedy tam był Top LZ na forum.lp3?)[/font]




Rzeczywiście, nie wiem czy Karen Carpenter wytrzymałaby dłużej niż 10 minut takiego naparzania w bębny. John grał zawsze, jakby chciał je zabić Icon_wink2 . Dodatkowo: super solo Jimmy'ego!

Led Zeppelin mieli swojego reprezentanta z pierwszej płyty, mieli z drugiej, no to mają z trzeciej. Która jest inna od poprzednich, szczególnie jedna jej strona - dużo brzmień akustycznych, co wcale nie oznacza że jest balladowo. Po prostu - Jimmy chwyta za akustyka, ale nie oznacza to wcale odrzucenia pałeru, jakiego dostarcza muzyka zespołu. Rozszerzenie brzmienia, nowe środki wyrazu, eksperymenty - nazwijmy to jak chcemy. A przy okazji także odejście od bluesa, więcej dają od siebie.
A pozamuzycznie - okultystyczne poszukiwania Page'a dodają zarówno muzyce, jak i całej otoczce zespołu aurę tajemniczości i mistycyzmu. I sprowadzają w przyszłości na grupę oskarżenia o satanizm. No i nadal nie udzielają niemal wywiadów, nie wydają singli (ten jest jedyny, tylko w Stanach wydany), po prostu nagrywają płyty i koncertują. Co do satanizmu - coraz bardziej się utwierdzam w tym, że nie wiem jak tam konkretnie z satanizmem, ale szczególnie Page był ostro zakręcony w te klimaty magiczno-okulstystyczne, kiedyś zresztą nawet nie wahał się o tym entuzjastycznie opowiadać w wywiadach. Dziś unika tematu, ale też się od tego nie odżegnuje, choć przecież mógłby powiedzieć, że "błędy młodości, poszukiwania tożsamości" i inne tego typu teksty. Zapewne łatwo byłoby mu się w ten sposób wytłumaczyć, a jednak do tego nie sięga. Więc coś jest na rzeczy? Kończąc temat powiem tylko, że płytę stworzono w wiejskiej posiadłości Page'a, gdzieś w tajemniczych okolicach walijskich. A na singlu (wydany wbrew życzeniom zespołu) nadruki z cytatami z pana Crowleya, niejako twórcy współczesnego satanizmu i magii oraz naczelnego papieża okultyzmu.

A teraz tylko o muzyce: motoryczny rytm nadawany poprzez walącego w bębny co sił Bonhama, wycia Planta kojarzące się z jakimś horrorem (często przywołuje się tu wycie banshee - to rzeczywiście dobre porównanie), rewelacyjna energia. Stały punkt wszelkich koncertów zespołu przez do 1973, potem niestety porzucony (najpierw zawsze otwierali nim koncerty, a w ostatnim roku był grany zawsze na bis), z obowiązkowym solo gitarowym w środku, tak jak w powyższym wideo. Rzecz napisano pod wpływem koncertu zespołu w Reykjavik, więc tematyka tekstu (Wikingowie, Skandynawia) pasuje do okoliczności jego powstania. W przyszłości te klimaty stały się jednym z głównych motywów tekstów zespołów metalowych.

Ciekawostka: w tekście pojawia się określenie "hammer of the gods" (młot bogów), które później przylgnęło do zespołu, jako określenie jego samego.

----------------------------------------------------------

Led Zeppelin SINCE I'VE BEEN LOVING YOU 1970 III
w BTW od: ok. 2002
[/color]



(Madison Squre Garden, 1973)
Pisałem wcześniej o swojej nieco nienaturalnej, totalnie subiektywnej niechęci do LZ. Ten utwór przełamał ją jako pierwszy. Zachwycił mnie kiedyś słuchany nie w czasie Trójkowego Topu, lecz puszczony jakoś przez zdaje się Kaczkowskiego tak "bez okazji", w którejś z audycji. Potem podczas kolejnego Topu zadziałał podobnie. No i dalej poszło i jest to mój zdecydowany nr 1 Led Zeppelin. Wspaniałe solówki, świetnie płynący utwór, który jest niczym wahadło zegara, lekko przyśpiesza, zatrzymuje się pod górę i spada znowu, zespół wspaniale steruje falującym napięciem w kompozycji. Wspaniały wzór tzw. "ciężkiej ballady", coś co później wielu próbowało naśladować i przebić i chyba nikomu się nie udało (najsłynniejsza polska taka próba to chyba "3 zapałki" TSA). Jeśli miałbym wskazać jakiś jeden moment szczególnie ulubiony, to ten (kiedy w wersji studyjnej) Plant śpiewa w drugiej zwrotce: "Ive been trying, lord (tu wykrzyczane, wzmacnia napięcie), let me tell you,
Let me tell you (powtórzenie, więc znowu wzmacnia przekaz, w dodatku przyśpiesza, wzmacniając ekspresję) I really did the (zawahanie. Pauza. Czekamy co dalej, napięcie sięga zenitu)best I could (i pęka niczym naciągnięta struna lub cięciwa, co jeszcze podkreśla wybuchowa spółgłoska następująca po tej pauzie. Potem znowu wahadło zegara zaczyna zwalniać i za kilka sekund nastąpi kolejny wybuch).

Utwór to cała seria wspaniałych solówek gitarowych, nad którymi Jimmy strasznie się biedził. Mimo, że kompozycja była grana już wcześniej na koncertach (zdaje się jako jedyna z płyty), to w czasie nagrań studyjnych cały czas był niezadowolony ze swej gry. W końcu zrezygnowany stwierdził, że potrzebuje odprężenia i oczyszczenia umysłu. Zaczął się szwędać po okolicy. Gdzieś w schowku pod schodami znalazł stary wzmacniacz, który podłączył, zagrał i stwiedził że już ma. I jego użył do nagrania. Piosenka została zarejestrowana praktycznie na żywo.

Ciekawostka: do legendy przeszła stopka od centralki zestawu Ludwiga na którym grał Bonham, zwana "Squeak King" właśnie ze względu na skrzypienie, jakie wydawała, które można było usłyszeć na niektórych nagraniach. Szczególnie na tym. Pamiętam, że strasznie mnie rozśmieszyło, jak czytałem wywiad o tym z Page'em, który mówił że kiedy zremasterowano te nagrania, myślał że dostanie szału, bo teraz słychać to jeszcze bardziej, a już wcześniej kiedy słuchał tego kawałka, to za każdym razem to skrzypienie strasznie go denerwowało, momentami już tylko je słyszał Icon_lol .
Rozbawiło mnie to tym bardziej, że na nagraniach Arkadii (zespołu w którym grałem w liceum) czasami był ten sam problem. Tylko tyle, że my nagrywaliśmy na Kasprzaku, a potem innym zwykłym magnetofonie, przystawionym do kolumn (i wyciszonym! Tu ważna uwaga jakby ktoś tak jeszcze kiedyś nagrywał Icon_wink2 - jeśli się nie wyciszy, sprzęt będzie się sprzęgał! Nie rozumiałem tego, ale tak jest!). I nie sądziłem, że takie sławy też mogą się borykać z trzeszczeniem pedału od stopki w balladach Icon_mrgreen .

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
13.09.2012 12:53 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #68
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
The Beatles LET IT BE 1970 Let It Be
w BTW od: początku, czyli 1995 (ale mogłoby od ok. 1991)




ciekawa wersja, bo jeszcze z innymi słowami
Jak patrzę na wideo takie jak to i kiedy widzę, jak Yoko siedzi w studio obok Johna niczym jego cień, po prostu siedzi, to wersja że to przez nią rozpadł się zespół, jest dla mnie zawsze bardziej wiarygodna. Mnie wkurza samo patrzenie na coś takiego, a jakbym tam miał siedzieć i grać, cały czas czując się jak lustrowany, to bym szału po pewnym czasie dostał... Nic dziwnego, że w końcu chłopaki miały tego dosyć. POmjam to, że były zasady, a John je złamał.

Coś się kończy, coś się zaczyna. Kończy się epoka lat 60-tych, kończą się Beatlesi, kończy się era hippisów, której pogrzebem jest stonesowski tragiczny festiwal w Altamond. Zaczyna się nowa muzyka, nowe czasy, nowy przemysł muzyczny.

Z dwóch wersji solówek jakie istnieją (singlowa i albumowa, reszta to dokładnie to samo nagranie) jedna jest dużo gorsza wg. mnie. Pytanie - która? Ano - singlowa. Najlepszy kawałek z ostatniej w teorii, ale w praktyce przedostatniej płycie zespołu (nagrana przedostatnia, wydana ostatnia). Wyszło tak z tego powodu, że zespół nie był zadowolony z rezultatów. I trudno się dziwić. Płyta jest po prostu smutna w słuchaniu, a jak ktoś oglądał film, to już kompletnie dół jak stół. W filmie po prostu widzimy, jak rozpada się zespół Icon_frown . A takie były szczytne idee, takie fajne plany...

Ale od jakiegoś czasu wyglądało to tak, że każdy krok, który zespół podejmował, jaki miał być dobry, od jakiegoś czasu okazywał się po czasie zły. Prześledźmy zresztą:
- zespół rezygnuje z koncertów (które były ich specjalnością, solą ich wczesnej działalności i dawały im najwięcej radości), ponieważ ówczesna technika koncertowa nie pozwala im zaprezentować muzyki, która wyprzedza te możliwości. A także dlatego, że koncerty są dla nich powodem frustracji - publika nie umie jeszcze słuchać takiej muzyki, bez przerwy krzyczy (Beatlemania w swoich cieniach krótko mówiąc), sprzęt nie jest w stanie tego zagłuszyć, chłopaki się nie słyszą -> koniec radości z koncertów
- zespół urozmaica muzykę. Ponieważ nie ma sprzętu, który by na to pozwolił, powoduje to konieczność żmudnego nagrywania wielu dogrywek -> zmęczenie ciągłym siedzeniem w studio i graniem w kółko tego samego (pierwsza płyta nagrana była szybciej niż jedna piosenka, o czym już pisałem)
- w czasie nagrywania Białego Albumu wiele piosenek było nagrywanych osobno, w okrojonym składzie, było widać, że coś się zmieniło. Nie było tej dawnej magii, radości z grania. Ale nagrywanie "Happiness is a warm gun" było "po staremu" - wszyscy razem. I mocno się starali, bo utwór nie był łatwy. Paul zauważył, jak wiele radości sprawiło im takie granie "jak dawniej" -> wymyśla projekt Get Back, czyli gramy znowu razem, jak za dawnych lat
- żeby grało im się ciekawiej, jest koncepcja obecności ekipy filmowej w studio -> powoduje to dodatkowe napięcie i z każdym razem irytuje coraz bardziej. Pomysł okazuje się gwoździą do trumny koncepcji (jedyny dobry pomysł to B.Preston jako dodatkowy członek ekipy. Był jak bezpiecznik, który rozładowywał atmosferę i sprawiał, że trzeba było myśleć o graniu, a nie o brzdąkaniu)
- aby zacząć od nowa, znaleźć nowe inspiracje, zespół rezygnuje z George'a Martina -> czyli powrót, ale nie powrót jednak?
- tutaj decyzja, która jest dyskusyjna, są jej fani i przeciwnicy: do materiału, który miał być surowy zostaje przydzielony producent znany ze "ściany dźwięku", czegoś co jest można rzecz przeciwieństwem grania surowego, a jest synonimem cyzelowanej produkcji studyjnej
Aczkolwiek niewykluczone, że John tu miał rację, mówiąc że Phil Spector zrobł świetnie swoją robotę, bo "z kupy gówna zrobił coś, czego dało się słuchać".

Ostatecznie projekt "Get back" było czymś, co kompletnie nie zadziałało, nie udało się sztucznie wrócić do młodzieńczych lat. To była mrzonka, której może nawet sam jej twórca był świadom, ale może miał nadzieję, żeby było inaczej? Ludzie się zmieniają, takie same okoliczności po pewnym czasie stają się innymi okolicznościami. Beatles nie mogli być zespołem garażowym, mając za sobą tyle lat grania i pozycję najsłynniejszego zespołu na świecie.
Materiał jest dobry, ale jest niedopracowany, nie ma chemii. No, nie ma zespołu, dlatego smutno się tego słucha. Najjaśniejszym punktem jest ta właśnie kompozycja. I drugi punkt - koncert na dachu. Szkoda że taki krótki, szkoda że tak późno, bo może jednak koncerty by pomogły?

Ciekawostka: na Anthology jest pierwsze wykonanie utworu przez Paula. W trakcie dołączają kolejni muzycy, początkowo tylko słuchając, na koniec rzecz jest prawie taka, jaką znamy z finalnej wersji. Po wykonie słychać głos Johna: "wow! To jest warte Grammy!". Miał rację, było Grammy Icon_wink2 .

Ciekawostka 2: John gra tu na sześciostrunowym basie, zastępując mającego inne obowiązki Paula.

Ciekawostka 3: w filmie "I am Sam" jest zarąbista scena. Bohater pytany, dlaczego powinien być z Lucy i się nią opiekować, odpowiada taką historią (innymi słowami, ale sens leci tak jakoś): "kiedy 10 kwietnia 1970 roku Paul wysłał list, w którym napisał że zespół The Beatles przestaje istnieć, to cały świat płakał. Bo kiedy Paul pisał "Michelle" to w pewnym momencie miał problem, bo miał zwrotki i króciutki refren, ale piosenka wydała mu się nie skończona, czegoś brakowało. Wtedy John pomógł mu i napisał część 'i love you, i love you, i love you'. I piosenka była wtedy skończona i już niczego nie brakowało. I dlatego cały świat płakał, kiedy się dowiedział że The Beatles już nie zagrają razem". Rozwala mnie ten fragment i nie wiem, czy bardziej w kontekście filmu, czy zespołu.

Żeby nie było tak smutno, to nie będzie coveru, tylko przestroga. Przestroga, żeby nie śpiewać jak się nie miało tego w planach i nie miało żadnej próby (ale zespół umie grać tylko ten kawałek Bitli! :roll: ), nie pamięta się tekstu, a zespół twierdzi że oryginalna tonacja jest dobra i na pewno dasz radę, mimo że ty prosisz o obniżenie Icon_wink2 :
http://w637.wrzuta.pl/film/0KFNZHS8xJI/let_it_be_0001

------------------------------------------------------------------------------

Derek And The Dominos LAYLA 1970 Layla and Other Assorted Love Songs
w BTW od: 1997




wersja inna niż na płycie, odrzut z sesji
Po pierwsze - rewelacyjny początkowy riff, który znałem chyba nawet wcześniej niż piosenkę (kiedy pierwszy raz ją usłyszałem, a przynajmniej wydawało mi się, że pierwszy, czyli przy TW Trójki w 1994, to przy przesłuchaniu potem tego kawałka stwierdziłem, że piosenki nie znam, ale tą gitarę na pewno).
Po drugie - zaskoczenie, bo kiedy kawałek się kończy, to okazuje się, że się nie kończy, bo pojawia się część instrumentalna, na fortepianie, zupełnie inna od mocnej rockowej części pierwszej. Niestety, ta coda jest rzadko grana przez komercyjne radia i wiele osób nie ma świadomości jej istnienia (wtedy też w TW Marek jej nie zagrał, dopiero po kilku latach ją poznałem kiedy zagrał w Markomanii. TW trwało wtedy 4-5 godzin i nie było czasu na takie rozszerzone wersje). Pamiętam, że kiedy była jakaś impreza w Londynie (50-lecie panowania Elżbiety?), która była transmitowana w TV, Clapton zagrał Laylę w całości. Potem gadaliśmy o koncercie z kolegą i powiedział on, że "po Layli zagrał jeszcze taki fajny instrumentalny, spokojny kawałek". Nie miałem pojęcia o co mu chodziło, a dopiero potem sczaiłem, na czym mogła polegać jego pomyłka i mu wyjaśniłem.

Derek & the Dominos to taki efemeryczny twór, powstały na gruzach innych grup, założycielem którego był Eric Clapton, a w którym grał też m.in. Duane Allman, czy Jim Gordon (on skomponował drugą część tego utworu).

Layla była początkowo balladą, napisaną przez Erica dla żony George'a Harrisona, w której się zakochał. Dziwna sprawa ale się zdarza - najlepsi kumple, a tu buch! Jeden zakochuje się w żonie drugiego. I co zrobić? Kiedy piosenka była skończona, Eric zagrał ją na imprezie u George'a. Patti od razu rozpoznała że to o niej, Eric zresztą zdecydował się wyznać sprawę obojgu. Oczywiście, zrobiło się dziwnie, ale co ciekawe nie zburzyło to szczególnie przyjaźni łączącej obu panów, nadal współpracowali muzycznie. Sprawy tak się potoczyli, że po kilku latach George i Patti się rozwiedli, po kolejnych 5 latach pobrali się Eric i Patti, a po kolejnych 10, rozwiedli i oni. Zawiła historia i godna jakiegoś filmowego romansidła, aż dziwne że takie jeszcze nie powstało. Wspominałem, że będzie jeszcze w BTW piosenka o tej pani (przy okazji "Something"). No to teraz dodam, że to nie koniec. I będzie jeszcze piosenka napisana dla tej pani Icon_smile2 .

Postać Layli kojarzyła mi się kiedy poznałem ten kawałek rzecz jasna z lordem Byronem i jego wierszami. Ostatecznie okazało się, że trochę w tym było prawdy, choć Clapton sięgnął głębiej, do arabskiego pierwowzoru tej historii, opowiedzianego mu przez kumpla, który studiował islam i tamtejszą kulturę i miał wkrótce zmienić wiarę. Historia wywarła na nim duże wrażenie, a dodatkowo bardzo skojarzyła mu się z sytuacją w jakiej sam się znalazł.

Jak pisałem, była to początkowo ballada. Ale kiedy Duane dodał do niej początkowy riff, zrobiła się rasowym rockerem. Potem pewnego dnia Eric zastał Jima w studio grającego na fortepianie jakiś motyw, który bardzo mu się spodobał. Zapytał, czy nie zechciałby tego włączyć do jego piosenki. I w ten sposób połączono 2 odrębne części w naprawdę super całość Icon_smile2 .

ciekawostka: można tu usłyszeć aż 6 ścieżek gitarowych, które nagrali Eric z Duane'em (m.in. 2 razy solo, slide, rytmiczna, jeszcze jakieś 2).

Dalsze losy grupy były bardzo ponure. Płyta okazała się porażką (mało kto w ogóle zauważył, że gra tam Clapton, może dlatego), dopiero w 1972 wydanie utworu ponownie na singlu było sukcesem. Ale do tego czasu zespół już nie istniał - Duane Allman zginął w wypadku motocyklowym w 1971, wpadając na ciężarówkę z drzewem za którą jechał a która nagle zahamowała. Carl Radle zmarł na infekcję nerek w 1980, spowodowaną długotrwałym uzależnieniem alkoholowym i narkotykowym. Jim Gordon, prawdopodobnie na skutek nie zdiagnozowanej schizofrenii, w 1983 zamordował swoją matkę nożem i młotkiem i został skazany na więzienie. Clapton po śmierci Hendrixa i Allmana, nieszczęśliwy z miłości i zawiedziony brakiem sukcesu komercyjnego zespołu, rzucił się w narkotykowy nałóg na kilka lat (rzucił heroinę w 1974-5, kiedy zaczął się spotykać z Patti, ale za to zaczął ostro pić). Bobby Whitlock pod koniec lat 70-tych rzucił muzykę i osiadł na farmie poświęcając się rodzinie, dopiero na przełomie wieków powrócił do grania.

-------------------------------------------------------------------------------------

Jeszcze nie opuszczamy całkiem krainy lat 60-tych i folkowych hippisowskich bardów. Przynamniej ja tak odbieram tego pana:

Cat Stevens LADY D'ARBANVILLE 1970 Mona Bone Jakon
w BTW od: ok. 2006 (wcześniej długo nie rozpoznawałem tego kawałka po tytule, choć często sobie nuciłem, nie wiedząc cóż to jest)




Nie mogłem tego rozpoznać i nie potrafiłem połączyć tytułu z utworem, zapewne dlatego że zawsze śpiewałem "my lady fandango" Icon_biggrin3 (właściwie to do dziś tak robię, już z przyzwyczajenia. Siła podświadomości Icon_wink2 ).

Mona Bone Jakon to nie była pierwsza, lecz trzecia płyta Cata Stevensa. Poprzednie jednak były w nieco innym stylu (zarzucał potem producentowi, że go kierował w stronę ciężkich orkiestracji i odbierał jego piosenkom największą siłę - chyba miał rację), niby jakoś tam pokazały się na rynku, ale bez większych sukcesów. Dopiero zmiana producenta, który zdecydował na wejście w stronę bardowskiego folkrocka, a także przymusowa rekonwalescencja (problemy z płucami), w czasie której Cat miał dużo wolnego czasu i w przypływie natchnienia napisał około 40 piosenek (!), sprawiły że Stevens stał się sławny na całym świecie.
Lady d'Arbanville, piosenka o poprzedniej dziewczynie Stevena (jego prawdziwe nazwisko to Steven Georgiou), o której śpiewa tak, jakby nie żyła, w stylu średniowiecznych pieśni dworskich. Dobrze definiuje to nowy styl artysty. Delikarny akustyczny aranż dobrze pasował do lekkich piosenek i niezbyt mocnego głosu wokalisty śpiewającego zwiewne melodie. KOlejny raz zadziałała zasada: im mniej tym lepiej. Po prostu to dobrze działa i nic dziwnego, że przyszedł sukces.

Ciekawostka: Patti d'Arbanville, inspiracja tej piosenki, to modelka którą poznał na imprezie jaką zorganizował na zakończenie swojej długiej, blisko rocznej, rekonwalescencji. W trakcie swej kariery współpracowała m.in. z Warholem, a w latach 80-tych miała długi romans z Donem Johnsonem (tak! Ten od Policjantów z Miami!). W BTW będzie jeszcze jedna piosenka jej zadedykowana Icon_smile2 .
pod koniec lat 60-tych wyglądała jakoś tak:
[Obrazek: patti-darbanville.jpg?w=500][/quote]

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
13.09.2012 12:59 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #69
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Dziewiąty z utworów "zapomnianych", które wrzuciłem do BTW w tym roku:

Francis Lai LOVE STORY THEME (Where Do I Begin?) 1970 OST: Love Story
w BTW od: 2012




Aczkolwiek to nie tyle zapomniany, co wcześniej nie uwzględniany ze względu na to, że to muzyka filmowa. A o niej pisałem na początku, że raczej pominąłem ten temat. Ale tego konkretnego tematu nie mogłem jednak pominąć, bardziej może ze względu na dawne jej uwielbienie, niż obecne (bo zanim wiedziałem, że to z filmu, czyli zanim powstał BTW, to zapewne bym w takim Topie umieszczał).

Słodziutki motyw z najsłynniejszego chyba współczesnego dramatu miłosnego (choć mam wrażenie, że już trochę zapomnianego przez współczesną młodzież. Młodzież w sensie <30 Icon_wink2 ).
O filmie może nie będę pisał, jeśli ktoś nie oglądał to proszę koniecznie obejrzeć. Ostrzegam - wyciskacz łez na maxa Icon_wink2 ! W każdym razie Francis dostał za muzykę do tego filmu Oscara, film zdobył kolejne 6 nominacji, a odtwórcy głównych ról: Ali McGraw i Ryan O'Neal stali się bożyszczami nastolatków i symbolami romantycznej miłości, w dodatku w pewnym sensie zakazanej, ale przełamującej te zakazy. Tacy współcześni Romeo i Julia.

Co do muzyki samej - Francis Lai zrobił melodię idealnie oddającą klimat filmu, megaromantyczną, opartą na powolnym opadaniu serii sekst, czyli interwałów "ładnie brzmiących" (jeden z nauczycieli tłumaczył nam nawet, że dlatego "seksta" Icon_lol ), co nadaje temu motywowi tej słodkości i romantyzmu. Tutaj historyjka - na pewnych warsztatach muzycznych zapamiętałem sobie, że sekstę małą najłatwiej właśnie rozpoznać ze słuchu po tym, że rozpoczyna ona ten motyw. I jeśli sobie w głowie odtworzymy na podstawie słyszanych dwóch dźwięków ową melodię, to możemy być pewni, że to seksta mała Icon_smile2 .

Ciekawostka: film powstał na podstawie opowiadania Erica Segala, napisanego w tym samym roku zresztą. W 1978 nakręconą ciąg dalszy niejako, na podstawie opowiadania z 1977 (zaczynał się w momencie kiedy kończy się oryginał i pokazuje dalsze losy Olivera. Nie udało się powtórzyć jednak sukcesu oryginału.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
13.09.2012 01:01 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
dziobaseczek Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 6,805
Dołączył: Nov 2008
Reputacja: 11
Facebook Last.fm
Post: #70
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Miszon napisał(a):A jeszcze ciekawsze jest to, że innym z wokalistów, który odmówił zespołowi, czego później żałował był... Czesław Niemen!
o kurcze cóż za sensacyjna informacja.
Miszon napisał(a):Przedstawiciele typowo amerykańskiego gatunku, czyli southern rocka.
klika hiciorów mieli ponadczasowych.

http://www.mycharts.pl/forumdisplay.php?fid=111 Icon_wink
13.09.2012 07:41 PM
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #71
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
dziobaseczek napisał(a):o kurcze cóż za sensacyjna informacja
czytałem o tym w jakimś wywiadzie z Niemenem.

No dobra. Wystarczy tego balladowania i romantyzowania. Bo rok 1970 jakoś zrobił się najbardziej pod tym względem bogaty. Ale były też zupełnie inne klimaty. Bo była też płyta, która zaczynała się tak:

Black Sabbath WAR PIGS 1970 Paranoid
w BTW od: 2009




(koncert w Paryżu, 1970. Ozzy niemal cały czas źle wchodzi z wokalem. W sensie - nierówno Icon_wink2 . Nawet mnie to nieco irytuje. Aha - przyjrzyjcie się gitarze Iommiego i jej zawiadiackim, diabelskim "różkom". Wkrótce będzie to jeden z najsłynniejszych modeli gitar!)

Black Sabbath to zespół który stworzył jeden z archetypów rockowych - "muzycy rockowi są odrażający, brudni i źli", a ich muzyka jest zła i sprowadza na złą drogę. Tzn. - to drugie było już od Presleya, ale to pierwsze raczej nie występowało w dużych ilościach. No to teraz wystąpiło. Te gołębie i szczury zgryzane przez Ozzy'ego na koncertach, ta nazwa zespołu, te wątki satanistyczne w wielu kawałkach (swoją drogą - wydaje mi się, że za takie wejście do popkultury satanizmu w pewnym stopniu odpowiada nasz krajan, czyli Roman Polański. A konkretniej - "Dziecko Rosemary". A może po prostu to się tak jakoś zgrało?).

Nie przepadam szczerze mówiąc za brzmieniem kawałków z tej płyty. Produkcja nadaje im nieco nieprzyjemnego w słuchaniu, "mulistego" charakteru. Bas OK, bo brytyjsku wycofany. Ale gitara jest taka zgaszona, jakby była nagrywana na jakimś "ruskim efekcie", momentami brzmi jak syntezator, a bębny mają średnią dynamikę i mało przestrzeni. No, ale może miało tak być, "cmentarnie i duszno".

Utwór to przede wszystkim popis perkusisty. Bill Ward robi naprawdę świetną robotę. We wstawkach między solówkami na perkusji, wspomaganymi mini solówkami Iommiego na gitarze, słyszymy zawodzący głos Ozzy'ego, idealnie nadający złowieszczy klimat całości. Końcówka kompozycji nazywana bywa czasami "Luke's Wall" i wyszczególniana osobno, bądź jako "including".

Rzecz traktuje o wojnie w Wietnamie i jest oczywiście stanowczym przeciwko niej protestem, aczkolwiek autor tekstów na płytę, basista Geezer Butler (to też rzadkość, żeby basista udzielał się słownie, sam nie śpiewając. Powszechnie wszak wiadomo, że jeśli nie są jednocześnie wokalistami, to mruki Icon_wink2 ) komentował wyjaśniając jej znaczenie, że "o politykach i bogatych ludziach, którzy zaczęli wojnę, a biedni ludzie na niej ginęli", ale z kolei Ozbourne przyznawał, że "nie wiedzieli nic o wojnie w Wietnamie".

Ciekawostka: w pierwotnej wersji utwór nosił tytuł "Walpurgias" i miał inny tekst. Była nawet grany na koncertach (cały czas zmieniany, z koncertu na koncert) przed wydaniem płyty. Ale menedżer zasugerował zespołowi, że piosenka jest "zbyt sataniczna" i zmieniono jej tematykę.

Ciekawostka 2: czy Bridge Over Troubled Water i War Pigs mogą mieć coś wspólnego? Okazuje się, że poza tym, że płytka "Paranoid", druga w dorobku Sabbathów i ich największy komercyjny sukces, na tydzień zdetronizowała S&G w rankingu sprzedaży w UK (po czym Bridge wrócił na kolejne tygodnie), to obie te piosenki znalazły się na liście utworów, które są "wątpliwe tekstowo" i które zalecono, by nie grać po zamachu 11 września (szkoda, że spóźniłem się z prezentacją w BTW o te 2 dni, byłoby idealne zgranie). Na liście było więcej takich "kwiatków", jak S&G (bo "War Pigs" w pewnym sensie jeszcze jakoś rozumiem), ale jeśli chodzi o mnie to totalne Icon_facepalm i :roll: (z Beatlesów było m.in. "Ob-la-di-ob-la-da" Rotfl i "Lucy in the sky with diamonds").

--------------------------------------------------------------------------------------------

Black Sabbath PARANOID 1970 Paranoid
w BTW od: 2007




(ten sam koncert)

Rzadko w BTW zdarza się coś takiego, że naprawdę nie lubię jakiegoś utworu, a on w nim jest. Zdarzają się jednak takie niewygodne dla mnie przypadki. To jeden z nich. Problem z nim jest taki, że gdybym go nie umieścił, to powinienem sobie darować innych Sabbathów. To mniej więcej tak, jakbym przy Bitlach nie uwzględnił "Yesterday", czy Zeppelinach "Stairway to heaven". Po prostu - największy ich klasyk.

Którego legendy kompletnie nie rozumiem. Kawałek ewidentnie ułożony na kolanie, zresztą - tak po prostu było, bo okazało się że płyta jest nieco za krótka, a w dodatku nie ma na niej żadnego kawałka, który wytwórnia mogłaby wypuścić na singlu. Tak więc Tommy chwycił gitarę, zagrał ten niemal jednoakordowy riff, Geezer chwycił kartkę i nabazgrał jakiś mało sensowny tekst. I po 25 minutach singiel był gotowy i nagrany. Toporny rytm, najprostszy jaki tylko można sobie wyobrazić, monotonna melodia spowodowana tą "jednoakordowością" podkładu, jakaś krótka solówka dla minimalnego urozmaicenia. No OK - można powiedzieć że jakaś zapowiedź punka, dużo w tym energii itd., ale znowu ta dusząca wszystko zamulająca produkcja jakoś tej energii ujmuje i zdecydowanie w rezultacie rzecz nie budzi mojej sympatii. Ot, prostacki wygłup. I skąd ta legenda? Nie wiem.

Tak czy inaczej - w BTW jest, ale ja potrafię się jedynie z tego utworu śmiać, niż szanować. Jedziemy zatem dalej.

---------------------------------------------------------------------------

Pierwsza strona płyty kończyła się tak (w dodatku - podręcznikowe wręcz ułożenie utworów! 1,2 i 4 to te najsłynniejsze, w tym single!):

Black Sabbath IRON MAN 1970 Paranoid
w BTW od: 2008




(mocno psychodeliczne wideo. Brakuje jednak w nim na początku tego słynnego metalicznego głosu Ironmana)

Wytwórnia chciała singla, no to miała Paranoid. Ponieważ okazał się sporym sukcesem, przynajmniej w UK (#4), to wykroiła z płyty jeszcze drugiego singla. Już niespecjalnie radiowego.
Mamy tu do czynienia z naprawdę ciężką muzą, przede wszystkim przez powolny, majestatyczny riff, sączący się niczym płynny metal, jak w tej recenzji muzyki Hendrixa. To już chyba faktycznie mamy do czynienia z narodzinami gatunku, aczkolwiek w jego jeszcze bardzo pierwotnej formie. Choć to chyba już nie jest po prostu hard rock. Do tego obłędny, potępieńczy głos Ozzy'ego, nieco niezborny charakter całości (kolejne fragmenty nie do końca się do siebie pasują, ale sądzę że oddają w dobry sposób fabułę utworu. O czym niżej) - heavy metal jak nic!

Rzecz o ciekawym, apokaliptycznym tekście:

Jestem żelaznym człowiekiem!

Czy on stracił rozum?
Czy on widzi, czy jest ślepy?
Czy w ogóle może chodzić,
Czy może się przewróci przy pierwszym ruchu?

Czy jest żywy, czy może martwy?
Czy ma myśli w swojej głowie?
Po prostu omińmy,
Dlaczego miałby nas obchodzić?

Został przemieniony w stal,
W wielkim magnetycznym polu,
Gdy podróżował w czasie,
Dla przyszłości rodzaju ludzkiego

Nikt go nie chce,
On po prostu gapi się na świat.
Planując swoją zemstę,
Którą niedługo spełni

Już nadszedł czas,
By żelazny człowiek szerzył strach
Zemsta prosto z grobu,
Zabija ludzi, których niegdyś ratował

Nikt go nie chce,
Oni po prostu odwracają wzrok
Nikt nie chce mu pomóc,
Teraz wreszcie ma swoją zemstę

Buty ciężkie od ołowiu,
Napełniają jego ofiary lękiem
Uciekają jak szybko tylko mogą,
Żelazny człowiek znowu żyje!


Co wyjaśniano w ten sposób: był sobie człowiek, który zdobył zdolność podróżowania w czasie. Wybrał się w przyszłość i ujrzał tam zbliżającą się apokalipsę. Jednak w trakcie powrotu, pole magnetyczne którego używał do podróży przemienia w stalowego robota. Nie potrafi się komunikować z ludźmi i ostrzec ich przed niebezpieczeństwem, wszelkie jego próby są ignorowane i wyśmiewane. W końcu wpada w złość i postanawia ukarać głupią ludzkość, zemścić się za doznane upokorzenia. W ten sposób rozpętuje apokalipsę, którą widział w swojej wizji. Historia godna opowiadania s-f czy jakiegoś komiksu! Aczkolwiek jakiekolwiek nawiązania do postaci Ironmana z marvelowskiego uniwersum były błędne, zespół wielokrotnie zaprzeczał. W końcu jednak chyba to się tak ze sobą zżarło, że przy niedawnej filmowej adaptacji komiksu słyszałem promującą ją piosenkę Sabbathów, więc wygląda na to, że na nic się zdały zaprzeczenia i teraz nikt już nie będzie pamiętał, że to funkcjonowało zupełnie osobno.

Ciekawostka: geneza utworu była taka - Tommy tworzy główny riff. Ozzy usłyszawszy go wyobraża sobie wielkiego żelaznego mecha, stąpającego majestatycznie po ziemi ("iron bloke" to roboczy tytuł). Zmiana "bloke" na "man". Geezer na podstawie tytułu wymyśla cały tekst.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
17.09.2012 12:04 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #72
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Creedence Clearwater Revival HAVE YOU EVER SEEN THE RAIN? 1970 Pendulum
w BTW od: ok. 2001-2




Pomijając Proud Mary (które wielu kojarzy bardziej z wersji Tiny Turner), to największy hicior zespołu i musiał się tu znaleźć. Poza tym po prostu go lubię (szczególnie refren) i nie widziałem powodu, by się ociągać przed wrzuceniem go tutaj. Klasyczny dla zespołu styl, melodyka i aranż, miłe kołysanie w średnich rytmach, noga sama chodzi i lekko opada na pedał gazu, oczyma wyobraźni widzimy już spękaną słońcem pustynię Arizony czy Nowego Meksyku, która dawno nie widziała deszczu Icon_smile2 . Aczkolwiek na tej płycie zaszły pewne zmiany w stylu zespołu: dodano klawisze i dęciaki. Na co bardzo nalegał John Fogerty. Ale w tym utworze słychać, że były to bardzo dyskretne dodatki - dęciaków tu akurat w ogóle nie ma, w tle sączy się jedynie hammond, mamy także zagrane parę razy na fortepianie to zejście kilkunotowe między zwrotkami/refrenem.

Kiedy w 1969 CCR przebili w liczbie sprzedanych płyt samych The Beatles (ponad 5 mln vs. niecałe 5 mln. Inna sprawa, że w tamtym roku CCR wydali TRZY ALBUMY Icon_eek2 !), po liście McCartneya informującego o rozpadzie zespołu, zespół przystąpił do nagrywania nowej płyty z ambitnym celem postawionym sobie przez lidera, Johna Fogerty'ego: zastąpienia na rynku muzycznym The Beatles. BARDZO ambitny plan bym rzekł. I z takim nastawieniem weszli do studia. Więcej na ten temat można poczytać sobie we wkładce do reedycji płyty "Pendulum". Znalazłem nawet to w necie. O tutaj(bardzo ciekawa historia, polecam! Można się m.in. dowiedzieć, że do zespołu się "przyczepił" niedawny menedżer Bitli, który jest uważany za jedną z osób, która ich poróżniła, Allan Klein). Poszło nieźle, ale raczej nie aż tak, by uznać że plan się udał (2 single w 10-ce w Stanach, płyta tamże "tylko" na piątym miejscu. Dużo lepiej m.in. w Australii, gdzie były pierwsze miejsca singli i płyty. Która się na szczycie wcisnęła na 3 tygodnie marca 1971, pomiędzy Santaną a Harrisonem).

Ciekawostka: jak wchodzi refren, to od ponad 10 lat mam niemożebną chęć zaśpiewać "i wanna know, i saved the world today". I odwrotnie - przy kawałku Eurythmics w refrenie mam ochotę zaśpiewać "hey, hey, have you ever seen the rain". Ale to CCR byli pierwsi. O 30 lat Icon_wink2 .

Ciekawostka 2: to ostatnia płyta zespołu, na której John był producentem. I ostatnia, na której grał jego brat, Tom, który postanowił zacząć ścieżkę solowej kariery. Było to spowodowane tym, że niestety atmosfera w zespole zaczęła się psuć. Na pewno jeden z czynników to ten, że zespół nonstop koncertował i nagrywał (6 płyt w 3 lata to nie w kij dmuchał) i mało kto by wytrzymał to bez napięć. Drugi to taki, że John objął w zespole rządy twardej ręki, nie pozwalając się wystarczająco realizować innym członkom zespołu. Tom kilkukrotnie już miał odchodzić, ale zawsze zmieniał zdanie, w końcu jednak odszedł ostatecznie. Jeśli chodzi o resztę grupy, to też były tarcia. W końcu doszło do zgniłego kompromisu, że każdy śpiewa własne piosenki, a John gra w nie swoich kompozycjach tylko na gitarze rytmicznej. Na dłuższą metę jednak nie mogło to działać w ten sposób i mimo nadal dobrych wyników sprzedaży tak singli, jak i następnej płyty (wydanej w 1972) i dużej popularności zespołu, w końcu doszło do jego rozpadu, niedługo po owej płycie.

Ciekawostka 3: zespół dzierży "dziwny" rekord: 5 razy single zdobywały #2 na Billboardzie, ale ani jednego #1.

Ciekawostka 4: przy "Proud Mary" miałem napisać jeszcze jakąś ciekawostkę, ale już zapomniałem jaką :jezor: .

Teraz dopiero mi się przypomniało, że przy ostatnim utworze w BTW konkretnego wykonawcy wpisywałem także ewentualne utwory, które są blisko BTW/były rozważane. Na szczęście jak teraz patrzę, to wykonawcy których ostatnio opisywałem albo mają tylko 1 utwór i nie było żadnych kandydatów, albo będą mieć jeszcze inne utwory, więc na szczęście nie było jakiegoś wielkiego braku związanego z tym, że zapomniałem o tym zwyczaju. Tutaj do niego powracam. Blisko BTW są, albo były rozważane też: Molina, Fortunate Son, Bad Moon Rising, Heard It Through the Grapevine (polecam właśnie tą wersję! 11 minut!!! Od początku szóstej robi się całkiem ciekawie!). Sporo tego, ale wszystkie utwory dość podobne i trudno wybrać po prostu. Zresztą - to chyba ogólny problem z twórczością CCR, że wszystko jest fajne, ale na dłuższą metę to jednak zbyt podobne i zespół niespecjalnie się zmieniał z płyty na płytę.

-----------------------------------------------------------------
Przed chwilą o desczu, a teraz coś słonecznego:

Mungo Jerry IN THE SUMMERTIME 1970 singiel / 1971: Electronically Tested
w BTW od: ok. 2000-01




tylko co robi sobowtór Johna Bonhama za pianinem? Icon_wink2. No i ta butelka - dotąd nie miałem pojęcia że na niej tam grali! Icon_lol

Do zeszłego roku zawsze myślałem, że Mungo Jerry to pseudonim jakiegoś faceta, najpewniej Murzyna. A tu okazało się, że to nazwa zespołu. Nazwa wzięta z wiersza T.S.Elliota p.t. "Mungojerrie and Rumpelteazer"(ale tytuł!). Zespół zmieniał nonstop skład, jedynie wokalista był stały (Ray Dorset), żeby było jeszcze ciekawiej, to istnieją do dziś (!), a zaczęli właśnie 1970. Od razu hiciorem, który zapewnił im nieśmiertelność, a nawet przejściową "mungomanię" (heh, ależ to brzmi Icon_wink2 ).

Bo to było prawdziwe wejście smoka: pierwszy singiel zespołu, 7 razy na szczycie w UK, tamże w ponad 20 innych krajach (wiki podaje, że w 26), do dziś obłędna liczba 30 mln sprzedanych kopii. 2 kolejne single to znowu pierwsze miejsca, w międzyczasie nagroda za najlepszy debiut, nagroda im. Igora Novello dla najlepszego kompozytora, nagroda za najlepszy zespół koncertowy 1971... no, krótko mówiąc: masa nagród i sukcesów, poszło świetnie. I do 1976 trwała taka passa, szczególnie jeśli chodzi o wakacyjne hity, które zawsze się zespołowi udawały i śmiało mogli liczyć na sukces takich letnich singli. Potem jeszcze w latach 80-tych jakoś nieźle szło, w 90-tych już raczej odcinali kupony, a obecnie produkują raczej kolejne wersje swojego największe przeboju, które raz na 10 lat wchodzą na listy przebojów.
Prawdopodobnie zresztą poznałem ten kawałek właśnie z takiej okazji, w jakimś remixie czy może nawet coverze. Trudno rzec, bo brzmiał niemal identycznie.

Rzecz lekka, z niezobowiązującym tekstem, zabawnymi efektami dźwiękowymi, charakterystycznym beatboxem (jakbyśmy to dziś nazwali) podawanym w "dżdżownicowym" rytmie. Napisana w 10 minut, kiedy wokalista chwycił gdzieś stojącą w rogu starą gitarę, zaczął grać i od razu dodał tekst. Ot, typowy wakacyjny przebój. Od razu weselej Icon_smile2 .

Ciekawostka: wg. Daily Mail to najlepiej sprzedający się singiel w historii!

Ciekawostka 2: ze względu na tekst "have a drink, have a drive, go out and see what you can find" piosenka miała pewne problemy po wielu latach. Ale też potrafiono to też jakoś sensownie spożytkować i użyto piosenki w kampanii ostrzegającej przed jazdą po alkoholu.

edit: przejrzałem youtube'a. To był jednak cover - Shaggy zmajstrował taki w 1995. Poza Szagowatym głosem, to rzeczywiście praktycznie to samo Icon_wink2 . Tylko zauważyłem, że nie ma tego "have a drink, have a drive", poprawiono tekst politycznie że tak powiem.

----------------------------------------------------------------------

Ostatni kawałek z 1970:

Cat Stevens WILD WORLD 1970 Tea for the Tillerman
w BTW od: ok. 2004 (wcześniej był tam cover!)




To już drugi Cat z 1970, ale z innej płyty niż poprzedni, dlatego nie ciągiem poleciałem nim.

Jak już wyżej napisałem, na pewno dużo wcześniej znałem cover. A konkretniej - wersję Mr Big. I przez wiele lat nie miałem nawet świadomości, że to cover, który poznałem ok. 1991-2, w każdym razie wtedy kiedy to był przebój i myślę że z 5 lat conajmniej nie wiedziałem o tym. Choć niewykluczone, że gdzieś słyszałem oryginał w międzyczasie, ale nie zauważyłem, że jest inny od coveru.
Piosenka chyba słusznie uważana za najlepsze jego dzieło, a na pewno największy przebój. Podobnie jak "Lady d'Arbanville", tekstowo jest o tej samej dziewczynie, która wyjechała do Paryża rozwijać tam karierę modelki, co się ostatecznie stało przyczyną rozpadu ich związku (łatwo to zauważyć w tekście: "jeśli chcesz jechać - jedź. Jest tyle fajnych rzeczy, które możesz założyć")

Zaraźliwa melodia, stonowany akustyczny aranż. Po prostu to, w czym był Cat najlepszy, znalazło tutaj odbicie w swej idealnej postaci.

Cat stopniowo wchodził w religijne klimaty, poszukiwania duchowe, eksperymenty z różnymi religiami, w końcu ok. 1977 wybrał islam i o ile dobrze pamiętam w 1979 zmienił wyznanie, a także imię (na Yusuf Islam). I zawiesił przygodę z muzyką aż do lat 90-tych, kiedy to wydawał płyty z typowo islamską muzyką (bez instrumentów, poza perkusyjnymi). Głośniej zrobiło się o nim po ataku na WTC w 2001, przede wszystkim dlatego, że skrytykował ataki, tłumacząc że islam zakazuje zabijania niewinnych ludzi. Zaczął też mocno działać na rzecz pojednania między islamem, a chrześcijaństwem. No i powrócił do "normalnej" muzyki.

Ciekawostka: w 1987 jakoś gostek stwierdził, że hit Pet Shop Boys - "It's a sin" - jest plagiatem piosenki Cata. Co mogę napisać... Hmm... Może tyle: Icon_eek2 :eh: . PSB go pozwali i wygrali sprawę.

Ciekawostka 2: pod koniec pierwszego okresu kariery, czyli na płytach wydanych po 1976, Cat eksperymentował z... muzyką elektroniczną (pojawiają się nawet przy jego nazwisku takie określenia jak: techno, electro, synthpop! Icon_eek2 ). Średnio to widzę i chyba wolę tego nie słuchać Icon_wink2 .

Blisko BTW: Morning Has Broken (szczególnie ten motyw na fortepianie jest super)

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.09.2012 12:08 PM przez Miszon.)
17.09.2012 12:07 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #73
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Aha. Warto by może napisać, jakie kawałki z The Beatles są blisko BTW (a de facto - gdybym traktował je taką miarą, jak inne zespoły, to by w nim były):
- Love Me Do - singlowa!
- Twist and Shout
- From Me to You - kiedyś mój nr 1 zespołu!
- She Loves You
- Till There Was You
- And I Love Her
- Help!
- Eleanor Rigby
- Yellow Submarine
- For No One
- Strawberry Fields Forever
- Penny Lane
- She's Leaving Home
- Lady Madonna
- Revolution - singlowa!
- Hey Bulldog
- Come Together
- You Never Give Me Your Money
- Across the Universe - płytowa!
- Get Back - singlowa!

Mniej więcej to jakoś taka ta lista. Akurat równa liczba, więc dalej nie dopisuję Icon_wink2 .

Ogólnie kawałków Bitli w BTW jest obecnie 17, ale ponieważ 2 dopisałem po czasie (Please Please Me i LSD), to do konkursu zaliczam 15. Oznacza to, że oczywiście wszyscy otrzymują 1 punkt za zgadnięcie zespołu (i to jest ten punkt, którego niejako na starcie każdy mógł oczekiwać Icon_wink2 ), ale nikt nie dostaje dodatkowego za zgadnięcie liczby utworów (w sumie to powinny to być conajmniej ze 2, ze względu na trudność trafienia. No, ale skoro nikt nie trafił, to nie ma problemu). Aczkolwiek wyróżnienie jakieś powinni otrzymać albarn i aaktt, którzy pomylili się o JEDEN utwór! (typowali odpowiednio 14 i 16) Pech, trzeba przyznać.

Można też rozstrzygnąć pytanie związane z podziałem utworów na dekady i gradacją, ponieważ już lecę pozycjami z ostatniego zakresu, czyli 1970-73, więc już rozkład jest znany. Wygląda on zatem tak:
1939-49: 5
1950-59: 22
1960-69: 84
1970-73: 48

Przypomnijmy sobie typy (pogrubiam dobre strzały, a podkreślam MINIMALNE pudła):

Kertoip: 5, 24, 83, 47.
albarn: 11, 29, 69, 50
aaktt: 15, 27, 83, 34
thestranglers: 16, 25, 65, 53

Jak widać, widząc typ Kertoipa po prostu doznałem opadu szczęki, bo chłopak totalnie pozamiatał Icon_eek2 . Zastanawiałem się nawet, czy nie zhakował mojego kompa Icon_wink2 .

Każdy zatem dostaje po punkcie za dobrą gradację. Kertoip dodatkowy punkt za celny strzał z najstarszymi kawałkami.

Znawca przedstawia się tak:

Kertoip: 4
Wspólny: 18 (zaokrąglone jego typy to: 12, 24, 75, 46. To daje śmieszną sumę, bo brakuje 2 utworów, więc dodałem je po po 1 do ostatnich dekad. Czyli: 12, 24, 76, 47)
albarn: 30
aaktt: 30
thestranglers: 38

Czyli kolejny punkt dla Kertoipa. Który jak widać po tym etapie mocno zaszalał Icon_wink2 (przy kolejnych konkursach będę musiał jako zrównoważyć wartość pytań. Z drugiej strony - to było niewątpliwie najtrudniejsze, bo najbardziej rozbudowane, więc może rzeczywiście słusznie można tu najwięcej punktów zdobyć? Jakie Wasze opinie?)

Do rozstrzygnięcia pozostało jeszcze jedno pytanie punktowane i jedno bonusowe, które miało przeważać w przypadku remisu:

Cytat:7. Ile utworów jest nie po angielsku? (żeby nie było - jeśli jest 1 zdanie nie po angielsku, to się nie liczy. Czyli dajmy na to - "Michelle" odpada. Cały albo chociaż większość musi być po innemu) (1p.)
8. Ile jest utworów instrumentalnych? (0p.)
Ale patrząc na razie na Wasze typy i to, jak się przedstawia rzeczywistość odnośnie ostatniego punktowanego pytania, to ciężko będzie komukolwiek zdobyć jeszcze jakiś punkt Icon_cool2 . Podobnie przy pytaniu bonusowym.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
17.09.2012 12:09 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #74
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Dziewiąty z utworów "zapomnianych", które wrzuciłem do BTW w tym roku:

Francis Lai LOVE STORY THEME (Where Do I Begin?) 1970 OST: Love Story
w BTW od: 2012




Aczkolwiek to nie tyle zapomniany, co wcześniej nie uwzględniany ze względu na to, że to muzyka filmowa. A o niej pisałem na początku, że raczej pominąłem ten temat. Ale tego konkretnego tematu nie mogłem jednak pominąć, bardziej może ze względu na dawne jej uwielbienie, niż obecne (bo zanim wiedziałem, że to z filmu, czyli zanim powstał BTW, to zapewne bym w takim Topie umieszczał).

Słodziutki motyw z najsłynniejszego chyba współczesnego dramatu miłosnego (choć mam wrażenie, że już trochę zapomnianego przez współczesną młodzież. Młodzież w sensie <30 Icon_wink2 ).
O filmie może nie będę pisał, jeśli ktoś nie oglądał to proszę koniecznie obejrzeć. Ostrzegam - wyciskacz łez na maxa Icon_wink2 ! W każdym razie Francis dostał za muzykę do tego filmu Oscara, film zdobył kolejne 6 nominacji, a odtwórcy głównych ról: Ali McGraw i Ryan O'Neal stali się bożyszczami nastolatków i symbolami romantycznej miłości, w dodatku w pewnym sensie zakazanej, ale przełamującej te zakazy. Tacy współcześni Romeo i Julia.

Co do muzyki samej - Francis Lai zrobił melodię idealnie oddającą klimat filmu, megaromantyczną, opartą na powolnym opadaniu serii sekst, czyli interwałów "ładnie brzmiących" (jeden z nauczycieli tłumaczył nam nawet, że dlatego "seksta" Icon_lol ), co nadaje temu motywowi tej słodkości i romantyzmu. Tutaj historyjka - na pewnych warsztatach muzycznych zapamiętałem sobie, że sekstę małą najłatwiej właśnie rozpoznać ze słuchu po tym, że rozpoczyna ona ten motyw. I jeśli sobie w głowie odtworzymy na podstawie słyszanych dwóch dźwięków ową melodię, to możemy być pewni, że to seksta mała Icon_smile2 .

Ciekawostka: film powstał na podstawie Erica Segala, napisanego w tym samym roku zresztą. W 1978 nakręconą ciąg dalszy niejako, na podstawie opowiadania z 1977 (zaczynał się w momencie kiedy kończy się oryginał i pokazuje dalsze losy Olivera. Nie udało się powtórzyć jednak sukcesu oryginału.

------------------------------------------------------------------

No dobra. Wystarczy tego balladowania i romantyzowania. Bo rok 1970 jakoś zrobił się najbardziej pod tym względem bogaty. Ale były też zupełnie inne klimaty. Bo była też płyta, która zaczynała się tak:

Black Sabbath WAR PIGS 1970 Paranoid
w BTW od: 2009




(koncert w Paryżu, 1970. Ozzy niemal cały czas źle wchodzi z wokalem. W sensie - nierówno Icon_wink2 . Nawet mnie to nieco irytuje. Aha - przyjrzyjcie się gitarze Iommiego i jej zawiadiackim, diabelskim "różkom". Wkrótce będzie to jeden z najsłynniejszych modeli gitar!)

Black Sabbath to zespół który stworzył jeden z archetypów rockowych - "muzycy rockowi są odrażający, brudni i źli", a ich muzyka jest zła i sprowadza na złą drogę. Tzn. - to drugie było już od Presleya, ale to pierwsze raczej nie występowało w dużych ilościach. No to teraz wystąpiło. Te gołębie i szczury zgryzane przez Ozzy'ego na koncertach, ta nazwa zespołu, te wątki satanistyczne w wielu kawałkach (swoją drogą - wydaje mi się, że za takie wejście do popkultury satanizmu w pewnym stopniu odpowiada nasz krajan, czyli Roman Polański. A konkretniej - "Dziecko Rosemary". A może po prostu to się tak jakoś zgrało?).

Nie przepadam szczerze mówiąc za brzmieniem kawałków z tej płyty. Produkcja nadaje im nieco nieprzyjemnego w słuchaniu, "mulistego" charakteru. Bas OK, bo brytyjsku wycofany. Ale gitara jest taka zgaszona, jakby była nagrywana na jakimś "ruskim efekcie", momentami brzmi jak syntezator, a bębny mają średnią dynamikę i mało przestrzeni. No, ale może miało tak być, "cmentarnie i duszno".

Utwór to przede wszystkim popis perkusisty. Bill Ward robi naprawdę świetną robotę. We wstawkach między solówkami na perkusji, wspomaganymi mini solówkami Iommiego na gitarze, słyszymy zawodzący głos Ozzy'ego, idealnie nadający złowieszczy klimat całości. Końcówka kompozycji nazywana bywa czasami "Luke's Wall" i wyszczególniana osobno, bądź jako "including".

Rzecz traktuje o wojnie w Wietnamie i jest oczywiście stanowczym przeciwko niej protestem, aczkolwiek autor tekstów na płytę, basista Geezer Butler (to też rzadkość, żeby basista udzielał się słownie, sam nie śpiewając. Powszechnie wszak wiadomo, że jeśli nie są jednocześnie wokalistami, to mruki Icon_wink2 ) komentował wyjaśniając jej znaczenie, że "o politykach i bogatych ludziach, którzy zaczęli wojnę, a biedni ludzie na niej ginęli", ale z kolei Ozbourne przyznawał, że "nie wiedzieli nic o wojnie w Wietnamie".

Ciekawostka: w pierwotnej wersji utwór nosił tytuł "Walpurgias" i miał inny tekst. Była nawet grany na koncertach (cały czas zmieniany, z koncertu na koncert) przed wydaniem płyty. Ale menedżer zasugerował zespołowi, że piosenka jest "zbyt sataniczna" i zmieniono jej tematykę.

Ciekawostka 2: czy Bridge Over Troubled Water i War Pigs mogą mieć coś wspólnego? Okazuje się, że poza tym, że płytka "Paranoid", druga w dorobku Sabbathów i ich największy komercyjny sukces, na tydzień zdetronizowała S&G w rankingu sprzedaży w UK (po czym Bridge wrócił na kolejne tygodnie), to obie te piosenki znalazły się na liście utworów, które są "wątpliwe tekstowo" i które zalecono, by nie grać po zamachu 11 września (szkoda, że spóźniłem się z prezentacją w BTW o te parę dni, byłoby idealne zgranie). Na liście było więcej takich "kwiatków", jak S&G (bo "War Pigs" w pewnym sensie jeszcze jakoś rozumiem), ale jeśli chodzi o mnie to totalne Icon_facepalm i :roll: (z Beatlesów było m.in. "Ob-la-di-ob-la-da" Rotfl i "Lucy in the sky with diamonds").

-----------------------------------------------------------------------------------------

Black Sabbath PARANOID 1970 Paranoid
w BTW od: 2007




(ten sam koncert)

Rzadko w BTW zdarza się coś takiego, że naprawdę nie lubię jakiegoś utworu, a on w nim jest. Zdarzają się jednak takie niewygodne dla mnie przypadki. To jeden z nich. Problem z nim jest taki, że gdybym go nie umieścił, to powinienem sobie darować innych Sabbathów. To mniej więcej tak, jakbym przy Bitlach nie uwzględnił "Yesterday", czy Zeppelinach "Stairway to heaven". Po prostu - największy ich klasyk.

Którego legendy kompletnie nie rozumiem. Kawałek ewidentnie ułożony na kolanie, zresztą - tak po prostu było, bo okazało się że płyta jest nieco za krótka, a w dodatku nie ma na niej żadnego kawałka, który wytwórnia mogłaby wypuścić na singlu. Tak więc Tommy chwycił gitarę, zagrał ten niemal jednoakordowy riff, Geezer chwycił kartkę i nabazgrał jakiś mało sensowny tekst. I po 25 minutach singiel był gotowy i nagrany. Toporny rytm, najprostszy jaki tylko można sobie wyobrazić, monotonna melodia spowodowana tą "jednoakordowością" podkładu, jakaś krótka solówka dla minimalnego urozmaicenia. No OK - można powiedzieć że jakaś zapowiedź punka, dużo w tym energii itd., ale znowu ta dusząca wszystko zamulająca produkcja jakoś tej energii ujmuje i zdecydowanie w rezultacie rzecz nie budzi mojej sympatii. Ot, prostacki wygłup. I skąd ta legenda? Nie wiem.

Tak czy inaczej - w BTW jest, ale ja potrafię się jedynie z tego utworu śmiać, niż szanować. Jedziemy zatem dalej:

-------------------------------------------------------------------------

...pierwsza strona płyty kończyła się tak (w dodatku - podręcznikowe wręcz ułożenie utworów! 1,2 i 4 to te najsłynniejsze, w tym single!):

Black Sabbath IRON MAN 1970 Paranoid
w BTW od: 2008




(mocno psychodeliczne wideo. Brakuje jednak w nim na początku tego słynnego metalicznego głosu Ironmana)

Wytwórnia chciała singla, no to miała Paranoid. Ponieważ okazał się sporym sukcesem, przynajmniej w UK (#4), to wykroiła z płyty jeszcze drugiego singla. Już niespecjalnie radiowego.
Mamy tu do czynienia z naprawdę ciężką muzą, przede wszystkim przez powolny, majestatyczny riff, sączący się niczym płynny metal, jak w tej recenzji muzyki Hendrixa. To już chyba faktycznie mamy do czynienia z narodzinami gatunku, aczkolwiek w jego jeszcze bardzo pierwotnej formie. Choć to chyba już nie jest po prostu hard rock. Do tego obłędny, potępieńczy głos Ozzy'ego, nieco niezborny charakter całości (kolejne fragmenty nie do końca się do siebie pasują, ale sądzę że oddają w dobry sposób fabułę utworu. O czym niżej) - heavy metal jak nic!

Rzecz o ciekawym, apokaliptycznym tekście:

Jestem żelaznym człowiekiem!

Czy on stracił rozum?
Czy on widzi, czy jest ślepy?
Czy w ogóle może chodzić,
Czy może się przewróci przy pierwszym ruchu?

Czy jest żywy, czy może martwy?
Czy ma myśli w swojej głowie?
Po prostu omińmy,
Dlaczego miałby nas obchodzić?

Został przemieniony w stal,
W wielkim magnetycznym polu,
Gdy podróżował w czasie,
Dla przyszłości rodzaju ludzkiego

Nikt go nie chce,
On po prostu gapi się na świat.
Planując swoją zemstę,
Którą niedługo spełni

Już nadszedł czas,
By żelazny człowiek szerzył strach
Zemsta prosto z grobu,
Zabija ludzi, których niegdyś ratował

Nikt go nie chce,
Oni po prostu odwracają wzrok
Nikt nie chce mu pomóc,
Teraz wreszcie ma swoją zemstę

Buty ciężkie od ołowiu,
Napełniają jego ofiary lękiem
Uciekają jak szybko tylko mogą,
Żelazny człowiek znowu żyje!


Co wyjaśniano w ten sposób: był sobie człowiek, który zdobył zdolność podróżowania w czasie. Wybrał się w przyszłość i ujrzał tam zbliżającą się apokalipsę. Jednak w trakcie powrotu, pole magnetyczne którego używał do podróży przemienia w stalowego robota. Nie potrafi się komunikować z ludźmi i ostrzec ich przed niebezpieczeństwem, wszelkie jego próby są ignorowane i wyśmiewane. W końcu wpada w złość i postanawia ukarać głupią ludzkość, zemścić się za doznane upokorzenia. W ten sposób rozpętuje apokalipsę, którą widział w swojej wizji. Historia godna opowiadania s-f czy jakiegoś komiksu! Aczkolwiek jakiekolwiek nawiązania do postaci Ironmana z marvelowskiego uniwersum były błędne, zespół wielokrotnie zaprzeczał. W końcu jednak chyba to się tak ze sobą zżarło, że przy niedawnej filmowej adaptacji komiksu słyszałem promującą ją piosenkę Sabbathów, więc wygląda na to, że na nic się zdały zaprzeczenia i teraz nikt już nie będzie pamiętał, że to funkcjonowało zupełnie osobno.

Ciekawostka: geneza utworu była taka - Tommy tworzy główny riff. Ozzy usłyszawszy go wyobraża sobie wielkiego żelaznego mecha, stąpającego majestatycznie po ziemi ("iron bloke" to roboczy tytuł). Zmiana "bloke" na "man". Geezer na podstawie tytułu układa cały tekst.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
20.09.2012 02:24 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #75
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Creedence Clearwater Revival HAVE YOU EVER SEEN THE RAIN? 1970 Pendulum
w BTW od: ok. 2001-2




Pomijając Proud Mary (które wielu kojarzy bardziej z wersji Tiny Turner), to największy hicior zespołu i musiał się tu znaleźć. Poza tym po prostu go lubię (szczególnie refren) i nie widziałem powodu, by się ociągać przed wrzuceniem go tutaj. Klasyczny dla zespołu styl, melodyka i aranż, miłe kołysanie w średnich rytmach, noga sama chodzi i lekko opada na pedał gazu, oczyma wyobraźni widzimy już spękaną słońcem pustynię Arizony czy Nowego Meksyku, która dawno nie widziała deszczu Icon_smile2 . Aczkolwiek na tej płycie zaszły pewne zmiany w stylu zespołu: dodano klawisze i dęciaki. Na co bardzo nalegał John Fogerty. Ale w tym utworze słychać, że były to bardzo dyskretne dodatki - dęciaków tu akurat w ogóle nie ma, w tle sączy się jedynie hammond, mamy także zagrane parę razy na fortepianie to zejście kilkunotowe między zwrotkami/refrenem.

Kiedy w 1969 CCR przebili w liczbie sprzedanych płyt samych The Beatles (ponad 5 mln vs. niecałe 5 mln. Inna sprawa, że w tamtym roku CCR wydali TRZY ALBUMY Icon_eek2 !), po liście McCartneya informującego o rozpadzie zespołu, zespół przystąpił do nagrywania nowej płyty z ambitnym celem postawionym sobie przez lidera, Johna Fogerty'ego: zastąpienia na rynku muzycznym The Beatles. BARDZO ambitny plan bym rzekł. I z takim nastawieniem weszli do studia. Więcej na ten temat można poczytać sobie we wkładce do reedycji płyty "Pendulum". Znalazłem nawet to w necie. O tutaj (bardzo ciekawa historia, polecam! Można się m.in. dowiedzieć, że do zespołu się "przyczepił" niedawny menedżer Bitli, który jest uważany za jedną z osób, która ich poróżniła, Allan Klein). Poszło nieźle, ale raczej nie aż tak, by uznać że plan się udał (2 single w 10-ce w Stanach, płyta tamże "tylko" na piątym miejscu. Dużo lepiej m.in. w Australii, gdzie były pierwsze miejsca singli i płyty. Która się na szczycie wcisnęła na 3 tygodnie marca 1971, pomiędzy Santaną a Harrisonem).

Ciekawostka: jak wchodzi refren, to od ponad 10 lat mam niemożebną chęć zaśpiewać "i wanna know, i saved the world today". I odwrotnie - przy kawałku Eurythmics w refrenie mam ochotę zaśpiewać "hey, hey, have you ever seen the rain". Ale to CCR byli pierwsi. O 30 lat Icon_wink2 .

Ciekawostka 2: to ostatnia płyta zespołu, na której John był producentem. I ostatnia, na której grał jego brat, Tom, który postanowił zacząć ścieżkę solowej kariery. Było to spowodowane tym, że niestety atmosfera w zespole zaczęła się psuć. Na pewno jeden z czynników to ten, że zespół nonstop koncertował i nagrywał (6 płyt w 3 lata to nie w kij dmuchał) i mało kto by wytrzymał to bez napięć. Drugi to taki, że John objął w zespole rządy twardej ręki, nie pozwalając się wystarczająco realizować innym członkom zespołu. Tom kilkukrotnie już miał odchodzić, ale zawsze zmieniał zdanie, w końcu jednak odszedł ostatecznie. Jeśli chodzi o resztę grupy, to też były tarcia. W końcu doszło do zgniłego kompromisu, że każdy śpiewa własne piosenki, a John gra w nie swoich kompozycjach tylko na gitarze rytmicznej. Na dłuższą metę jednak nie mogło to działać w ten sposób i mimo nadal dobrych wyników sprzedaży tak singli, jak i następnej płyty (wydanej w 1972) i dużej popularności zespołu, w końcu doszło do jego rozpadu, niedługo po owej płycie.

Ciekawostka 3: zespół dzierży "dziwny" rekord: 5 razy single zdobywały #2 na Billboardzie, ale ani jednego #1.

Ciekawostka 4: przy "Proud Mary" miałem napisać jeszcze jakąś ciekawostkę, ale już zapomniałem jaką :jezor: .

Teraz dopiero mi się przypomniało, że przy ostatnim utworze w BTW konkretnego wykonawcy wpisywałem także e
wentualne utwory, które są blisko BTW/były rozważane. Na szczęście jak teraz patrzę, to wykonawcy których ostatnio opisywałem albo mają tylko 1 utwór i nie było żadnych kandydatów, albo będą mieć jeszcze inne utwory, więc na szczęście nie było jakiegoś wielkiego braku związanego z tym, że zapomniałem o tym zwyczaju. Tutaj do niego powracam. Blisko BTW są, albo były rozważane też: Molina, Fortunate Son, Bad Moon Rising, Heard It Through the Grapevine (polecam właśnie tą wersję! 11 minut!!! Od początku szóstej robi się całkiem ciekawie!). Sporo tego, ale wszystkie utwory dość podobne i trudno wybrać po prostu. Zresztą - to chyba ogólny problem z twórczością CCR, że wszystko jest fajne, ale na dłuższą metę to jednak zbyt podobne i zespół niespecjalnie się zmieniał z płyty na płytę.

--------------------------------------------------------------------------------------

Korzystając z wolnego dnia i brzydkiej pogody, która nie pozwoli mi wyjść na planowany rower, zrobię więcej niż planowane dziś utwory. Zresztą, planowałem tylko serię Sabbathów. Ale jakoś nie chciałem tak ponuro kończyć dzisiejszego dnia. Zwłaszcza że pogoda też przygnębia. No to coś słonecznego:

Mungo Jerry IN THE SUMMERTIME 1970 singiel / 1971: Electronically Tested
w BTW od: ok. 2000-01




tylko co robi sobowtór Johna Bonhama za pianinem? Icon_wink2. No i ta butelka - dotąd nie miałem pojęcia że na niej tam grali! Icon_lol

Do zeszłego roku zawsze myślałem, że Mungo Jerry to pseudonim jakiegoś faceta, najpewniej Murzyna. A tu okazało się, że to nazwa zespołu. Nazwa wzięta z wiersza T.S.Elliota p.t. "Mungojerrie and Rumpelteazer"(ale tytuł!). Zespół zmieniał nonstop skład, jedynie wokalista był stały (Ray Dorset), żeby było jeszcze ciekawiej, to istnieją do dziś (!), a zaczęli właśnie 1970. Od razu hiciorem, który zapewnił im nieśmiertelność, a nawet przejściową "mungomanię" (heh, ależ to brzmi Icon_wink2 ).

Bo to było prawdziwe wejście smoka: pierwszy singiel zespołu, 7 razy na szczycie w UK, tamże w ponad 20 innych krajach (wiki podaje, że w 26), do dziś obłędna liczba 30 mln sprzedanych kopii. 2 kolejne single to znowu pierwsze miejsca, w międzyczasie nagroda za najlepszy debiut, nagroda im. Igora Novello dla najlepszego kompozytora, nagroda za najlepszy zespół koncertowy 1971... no, krótko mówiąc: masa nagród i sukcesów, poszło świetnie. I do 1976 trwała taka passa, szczególnie jeśli chodzi o wakacyjne hity, które zawsze się zespołowi udawały i śmiało mogli liczyć na sukces takich letnich singli. Potem jeszcze w latach 80-tych jakoś nieźle szło, w 90-tych już raczej odcinali kupony, a obecnie produkują raczej kolejne wersje swojego największe przeboju, które raz na 10 lat wchodzą na listy przebojów.
Prawdopodobnie zresztą poznałem ten kawałek właśnie z takiej okazji, w jakimś remixie czy może nawet coverze. Trudno rzec, bo brzmiał niemal identycznie.

Rzecz lekka, z niezobowiązującym tekstem, zabawnymi efektami dźwiękowymi, charakterystycznym beatboxem (jakbyśmy to dziś nazwali) podawanym w "dżdżownicowym" rytmie. Napisana w 10 minut, kiedy wokalista chwycił gdzieś stojącą w rogu starą gitarę, zaczął grać i od razu dodał tekst. Ot, typowy wakacyjny przebój. Od razu weselej Icon_smile2 .

Ciekawostka: wg. Daily Mail to najlepiej sprzedający się singiel w historii!

Ciekawostka 2: ze względu na tekst "have a drink, have a drive, go out and see what you can find" piosenka miała pewne problemy po wielu latach. Ale też potrafiono to też jakoś sensownie spożytkować i użyto piosenki w kampanii ostrzegającej przed jazdą po alkoholu.

edit: przejrzałem youtube'a. To był jednak cover - Shaggy zmajstrował taki w 1995. Poza Szagowatym głosem, to rzeczywiście praktycznie to samo Icon_wink2 . Tylko zauważyłem, że nie ma tego "have a drink, have a drive", poprawiono tekst politycznie że tak powiem.

------------------------------------------------------------------------------

Ostatni kawałek z 1970:

Cat Stevens WILD WORLD 1970 Tea for the Tillerman
w BTW od: ok. 2004 (wcześniej był tam cover!)




To już drugi Cat z 1970, ale z innej płyty niż poprzedni, dlatego nie ciągiem poleciałem nim.

Jak już wyżej napisałem, na pewno dużo wcześniej znałem cover. A konkretniej - wersję Mr Big. I przez wiele lat nie miałem nawet świadomości, że to cover, który poznałem ok. 1991-2, w każdym razie wtedy kiedy to był przebój i myślę że z 5 lat conajmniej nie wiedziałem o tym. Choć niewykluczone, że gdzieś słyszałem oryginał w międzyczasie, ale nie zauważyłem, że jest inny od coveru.
Piosenka chyba słusznie uważana za najlepsze jego dzieło, a na pewno największy przebój. Podobnie jak "Lady d'Arbanville", tekstowo jest o tej samej dziewczynie, która wyjechała do Paryża rozwijać tam karierę modelki, co się ostatecznie stało przyczyną rozpadu ich związku (łatwo to zauważyć w tekście: "jeśli chcesz jechać - jedź. Jest tyle fajnych rzeczy, które możesz założyć")

Zaraźliwa melodia, stonowany akustyczny aranż. Po prostu to, w czym był Cat najlepszy, znalazło tutaj odbicie w swej idealnej postaci.

Cat stopniowo wchodził w religijne klimaty, poszukiwania duchowe, eksperymenty z różnymi religiami, w końcu ok. 1977 wybrał islam i o ile dobrze pamiętam w 1979 zmienił wyznanie, a także imię (na Yusuf Islam). I zawiesił przygodę z muzyką aż do lat 90-tych, kiedy to wydawał płyty z typowo islamską muzyką (bez instrumentów, poza perkusyjnymi). Głośniej zrobiło się o nim po ataku na WTC w 2001, przede wszystkim dlatego, że skrytykował ataki, tłumacząc że islam zakazuje zabijania niewinnych ludzi. Zaczął też mocno działać na rzecz pojednania między islamem, a chrześcijaństwem. No i powrócił do "normalnej" muzyki.

Ciekawostka: w 1987 jakoś gostek stwierdził, że hit Pet Shop Boys - "It's a sin" - jest plagiatem piosenki Cata. Co mogę napisać... Hmm... Może tyle: Icon_eek2 :eh: . PSB go pozwali i wygrali sprawę.

Ciekawostka 2: pod koniec pierwszego okresu kariery, czyli na płytach wydanych po 1976, Cat eksperymentował z... muzyką elektroniczną (pojawiają się nawet przy jego nazwisku takie określenia jak: techno, electro, synthpop! Icon_eek2 ). Średnio to widzę i chyba wolę tego nie słuchać Icon_wink2 .

Blisko BTW: Morning Has Broken (szczególnie ten motyw na fortepianie jest super)

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
20.09.2012 02:30 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #76
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Rok 1971 będzie bardzo liczny, ale też ostrzegam, bo będzie chyba najbardziej progresywny. Zaczyna się jednak ściśle rockowo:

Led Zeppelin BLACK DOG 1971 [Obrazek: 55px-Zoso.svg.png]
w BTW od: ok. 2002




(wersja taka, że płytówka przy niej kompletnie wysiada i człowiekowi pozostaje jedynie zbierać szczękę z podłogi!)
Kawałek rozpoczyna czwartą płytę zespołu, jak zwykle bez tytułu, czy też racze z tytułem którego nie da się przeczytać, bo tworzą go jakieś 4 okultystyczne symbole.

Rzecz ułożona przez basistę, Johna Paula Jonesa, który jak potem wspominał, chciał ułożyć kawałek, do którego ludzie nie będą mogli tańczyć ani się bujać (w zasadzie to użył słowa "groove", którego nie ma chyba sensownego polskiego odpowiednika jednowyrazowego?). I faktycznie - nie bardzo wiadomo jak podrygiwać przy tych przedziwnie uplecionych riffach.

Usłyszałem to pierwszy raz zdaje się jakoś pod koniec zeszłego wieku, kiedy w Trójce był taki kącik o najlepszych piosenkach, na podsumowanie wieku. Prowadzili to Łobodziński i (chyba) Kostrzewa, usłyszałem tam też po raz pierwszy m.in. także "Elephant Talk" Crimsonów, czy "Big Science" Laurie Anderson (i następnego dnia kupiłem sobie płytę, bo wcześniej znałem już też świetne "O Superman"). Oni też wspominali o tym, co później zawsze mnie kręciło tutaj: rzecz przedziwnie układa się w głowie, te instrumenty grające jakby w przeciwfazie, potem zamierające i czekające na zawołanie Roberta Planta do ponownego ruszenia w swym niezbornym rytmie. A rytm ten miał być nawet jeszcze trudniejszy, lecz John uznał że zespół będzie miał problemy z odtworzeniem tego na żywo. W sumie nie liczyłem nigdy, jakie to metrum, bo za bardzo mnie to rozkojarza, słucham jednocześnie gitar i perkusji, a powinienem pewnie tylko jednego z tych elementów (wydaje mi się, że grają w różnych po prostu).

Tradycyjnie zespół nie chciał singli z płyty i tradycyjnie w Stanach (ale też nie tylko tam) zostało coś wydane. Tym razem - właśnie to.

Ciekawostka: tytuł nie ma raczej nic wspólnego z tekstem, za to odnosi się do psa, który wałęsał się po studio w trakcie nagrywania płyty.

Ciekawostka 2: w tym kawałku Robert osiąga najwyższy dźwięk, jaki kiedykolwiek wydobył na płytach LZ. To A5 (w okolicach 3:50). W ten sposób w latach 1968-73 mógł się on poszczycić rozpiętością głosu aż 4 oktaw.

Ciekawostka 3: na potrzeb koncertów Bonham często adoptował metrum utworu na inne niż na płycie, aby można było lepiej zgrać wejście instrumentów. Na samej płycie zaś, jeśli słuchać odpowiednio głośno, to podobno słychać jak wystukuje on pałeczkami rytm w momentach kiedy jest sam śpiew.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------

Drugi na płycie jest ten numer, który był też drugim singlem za oceanem:

Led Zeppelin ROCK AND ROLL 1971 [Obrazek: 55px-Zoso.svg.png]
w BTW od: ok. 2008 (czy kiedy tam był Top LZ na forum.lp3.pl)




(po tym video kawałek wydaje mi się jeszcze bardziej w stylu Queen niż zwykle mi się wydaje Icon_wink2 )

Po takim łamańcu, jaki na początku, mamy do czynienia z totalnym powrotem do korzeni, czyli prostego rock'n'rolla lat 50-tych, zagranego jednak po nowemu, zarówno jeśli chodzi o ekpresję, technikalia, jak i środki wyrazu. Konkretniej - nawiązanie do klasycznych 12-taktowych bluesiaków w A. Klasyczniej być nie mogło (no, może w E Icon_wink2 ).
Rzecz powstała wskutek improwizacji. Zespół nagrywał właśnie "Four Sticks", co szło im średnio. Nagle Bonham zaczął nabijać ten początkowy rytm (zapożyczony od jakiegoś kawałka Little Richarda), słysząc to Jimmy zaczął grać, po kilku minutach Robert zaczął śpiewać jakiś tekst (w którym padają tytuły kilku przebojów lat 50-tych). No i poszło, po pół godzinie kawałek był do tego stopnia zrobiony, że chłopaki stwierdziły że pozostało im to tylko nagrać jako całość Icon_smile2 .
Proste i genialne. Dla mnie - bomba. No i perkusja!

Ciekawostka: przez 3 lata ten numer zaczynał każdy koncert zespołu. I w ramach tej ciekawostki: na koncertach Robert zwykle zamieniał kolejność drugiej i trzeciej zwrotki.

---------------------------------------------------------------

Led Zeppelin STAIRWAY TO HEAVEN 1971 [Obrazek: 55px-Zoso.svg.png]
w BTW od: ok.1998




(może i Borysewicz założył Lady Pank po tym, jak zobaczył w Berlinie koncert The Police, ale jeśli chodzi o wygląd to się raczej Jimmym inspirował Icon_wink2 . Pomijając krótki okres "Paco" na początku lat 90-tych)
Nawet zważywszy na moje różne przygody z tym kawałkiem - po prostu musiał tu być. Tym bardziej, że od kilku lat zwalczyłem swoją niewytłumaczalną niechęć do niego i nie tylko wspaniała końcowa solówka mi się podoba. Po prostu - absolutnie wielkie dzieło i trudno się naprawdę z tym spierać. Prawdziwe opus magnum zespołu, czego zresztą byli świadomi jeszcze zanim nagrali ten kawałek (Jimmy nie mógł się powstrzymać i opowiadał w wywiadach, że robią naprawdę wielką rzecz, bardzo długą, która będzie miała może z 15 minut. Ostatecznie udało im się o połowę skrócić, ale w wersjach koncertowych owszem czasem tyle to trwało).

Jimmy miał 3 gitarowe kawałki, które chciał jakoś połączyć w całość. Zespół wówczas pracował w studio na wsi i miał sporo czasu na pracę nad muzyką. Do ostatecznej kolejności części i tego, jak je połączyć przyczynił się w dużej mierze John Paul. Tekst w około 80% powstał za jednym zamachem - kiedy reszta pracowała nad muzyką, Robert siedział w kącie i coś gryzmolił. Po pewnym czasie podszedł do mikrofonu i po prostu zaczął śpiewać, to co przed chwilą napisał. Potem trzeba było jeszcze trochę się pobiedzić nad częścią graną na 12-strunowej gitarze, gdzie Bonzo miał problem z dopasowaniem się z perkusją. No i mocno posiedzieć nad solówką, z której Jimmy był cały czas niezadowolony. Czyli tym razem nie było to hop siup i rzecz gotowa, oj nie.

Można by się tu długo rozpisywać, bo gdzie się nie spojrzy, to kawałek ma status absolutnie kultowego. I stał się takim już około 2 lata po wydaniu. Masa nagród, wyróżnień, rekordów, prawdziwy hymn rockowy, dzieło postawione przez wielu na piedestale.

Idealnie to się wszystko rozgrywa, a przy tym łamie podstawową zasadę, za złamanie której normalnie wywalają ze studia: nie przyśpieszać. Spokojny akustyczny wstęp, jakieś średniowieczne klimaty w tle, powoli się rozkręca, przejście na gitarę brzmiącą jak więcej niż jedna (zawsze zastanawiałem się, czy nagrali po prostu 2 równolegle? Dopiero jak zobaczyłem to w TV i ujrzałem tą słynną dwugryfową gitarę, przyglądałem się jej ze zdumieniem przez całe wideo i jakoś pod koniec wyliczyłem, że górny gryf ma 12 strun. Wtedy stało się jasne, skąd takie brzmienie), potem absolutnie niesamowita solówka, następnie hardrockowy wygar kojarzący się trochę z ciężką częścią "Bohemian rhapsody", w końcu kilka końcowych spokojnych dźwięków. Nie można się do niczego przyczepić. Idealne 8:02. Najsłynniejszy niesingiel w rocku. I to mimo mojego braku miłości do tego utworu, trudno mi się wycofać z któregoś słowa tu wyżej. Cenić trzeba, bo trudno żeby nie.

No i to, że nie wyszło to na singlu, a radia grały tak często, że podobno po 20 latach w samych Stanach utwór odtworzono tyle razy, że gdyby zagrać te wykonania ciągiem, zajęłoby to... 44 lata! (jedno radio grało to raz nawet całą dobę w kółko! Icon_eek2 ). A dodatkowo brak tego na singlu sprawił, że ludzie kupowali płytę tak, jakby była singlem. Co się przyczyniło do ogromnej ilości sprzedanych egzemplarzy i zdaje się że jakoś w pierwszej piątce ta płyta jest pod tym względem (conajmniej 25 milionów sztuk).

I oczywiście - różne legendy. Chociażby taka, że jak słuchamy od tyłu, to słyszymy miłosne zawołania skierowane do szatana. Oczywiście - dementowane przez zespół (legenda powstała zresztą już w latach 80-tych, kiedy nie grali). I że wcale pod koniec piosenki nie nawołują do tego, żeby się w nią głębiej wsłuchać dlatego, że jest tam coś więcej jak posłuchamy od tyłu ("And if you listen very hard / The tune will come to you at last"). A fragment, o który chodzi, też jest zaznaczony przez normalny tekst, bo wówczas mamy: "Nie trwóż się słysząc dziwne szmery w zaroślach".
Jeśli chodzi o mnie - nawet jak mam przed oczyma, co powinienem usłyszeć w owym fragmencie (czyli widzę tekst, którym mam się sugerować), to niespecjalnie słyszę to, co tam mi podają (poza tym "would make me sad"). Możecie też wy się w to pobawić. Posłuchajcie tego nie patrząć na tekst, a potem jeszcze raz, z tekstem:



Floydzi owszem używali ukrytych wiadomości przy słuchaniu od tyłu, ale tutaj zarówno zespół, jak i wytwórnia się wypierali, mówiąc że "ich taśmy chodzą tylko do przodu".
Jeszcze dodajmy do tego te mistyczne poszukiwania Page'a i mamy legendę, że sprzedał on zespół diabłowi, jako jedyny uzyskując immunitet (tak się głupio złożyło, że pozostałym członkom zespołu pod koniec jego działalności przydarzyły się bardzo przykre rzeczy, ze śmiercią Bonhama włącznie).
Co by nie mówić - takie historie jeszcze bardziej świadczą o legendarności kawałka. I tego, że (tutaj uwaga: bardzo odważna deklaracja z mojej strony, biorąc pod uwagę moje słabe początki z zespołem!) chociaż Creedence Clearwater Revival chcieli zastąpić na tronie The Beatles, to udało się to właśnie Led Zeppelin. Przynajmniej na pierwszą połowę lat 70-tych. Nie byli co prawda takimi innowatorami jak Żuczki, ale szybko zyskali status prawdziwej ikony i opinię bogów rocka (także poprzez pozamuzyczne dokonania. W sensie - co prawda z drugs to raczej tylko alkohol, ale pozostałe elementy Wielkiego Trio, to jak najbardziej tak Icon_wink2 ).

Ciekawostka (jakby było tu ich mało Icon_wink2 ):



Żeby nie było - w 1968 czy 69 LZ byli na trasie z tym zespołem jako ich support.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
22.09.2012 11:36 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #77
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Ten Years After I'D LOVE TO CHANGE THE WORLD 1971 A Space in Time
w BTW od: ok.2009. Zapomniałem na całe lata o tym kawałku (a na pewno znałem go w latach 90-tych) i przypomniał mi o nim dopiero Niedźwiedź, który go zagrał w jakiejś audycji przed Trójkowym TW. Chyba w 2009 (albo 2008). A potem jeszcze raz w jakimś krótkim czasie to usłyszałem i wtedy się upewniłem, że wrzucam do BTW Icon_smile2




Poprzedniemu utworowi rzecz nie może dorównywać legendą rzecz jasna, ale jeśli chodzi o solówkę gitarową, to myślę że nie ma co się wstydzić w takim porównaniu. Alvin Lee kolejny raz pokazał klasę.

Kawałek taki jeszcze hippisowski w duchu, zarówno tekstowo, jak i nawet nieco muzycznie, może niespecjalnie zachęcający refren - "chciałbym zmienić świat, ale nie wiem jak. Więc zrób to za mnie". Hmm... taki hippis na emeryturze? W każdym razie na pewno jakiś symbol odchodzącej już wówczas epoki. I największy przebój zespołu, jedyny w Top40 na Billboardzie. Ale też z drugiej strony - jakiś przyczynek do rychłego rozpadu zespołu, który nastąpił w 1974 (nagrali jeszcze 2 płyty zwykłe i pomiędzy nimi koncertówkę). Wytwórnia żądała od Alvina więcej takich utworów, on jednak wolał grać swojego bluesrocka i coraz niechętniej patrzył na te naciski. Aż w końcu poszedł w karierę solową, gdzie mógł się skupić na swojej muzyce. A pozostali członkowie zespołu (Lee, Lyons, Churchill) skupili się raczej na produkcji muzyki, niż graniu (m.in. Lee Lyons był producentem 3 płyt grupy UFO).

---------------------------------------------------------------------------
Buddy Holly nie jest obecny w BTW osobiście. Ale duchowo owszem tak. Najbardziej w tej piosence:
Don McLean AMERICAN PIE 1971 American Pie
w BTW od: ok. 2001 (jakoś rok po tym, jak nagrała to Madonna i pierwszy raz usłyszałem ten kawałek. Oczywiście najpierw w jej wersji)




(WOW! Ta łza na końcu!)
Piosenka zadedykowna Buddy'emu Holly'emu, upowszechniła określenie katastrofy samolotu, w której zginął Buddy, Big Bopper i Ritchie Valens jako "dzień, w którym umarła muzyka". Mamy tu do czynienia z bardzo długim tekstem, wręcz klasyczną folkową "bardzianą" balladą, którą interpretowano na różny sposób już od samego początku jej wydania na płycie. Sam autor przez niemal całe lata 70-te odżegnywał się od podpowiadania interpretacji, potem tylko powiedział, że rzecz jest częściowo autobiograficzna i opowiada o nim od końca lat 50-tych przez całe 60-te. Ale w kolejnych latach stwierdzał, że doszedł do wniosku iż autor powinien oddać swe dzieło słuchaczom i im pozwolić na indywidualną interpretację, nie podpowiadając dokładnych rozwiązań (w 2009 przyznał jednak, że napisanie pierwszej zwrotki było dla niego momentem, który pozwolił mu się otrząsnąć z długiej wewnętrznej żałoby po śmierci Holly'ego). Jedno możemy powiedzieć na pewno: jako nastolatek Don roznosił gazety i słyszymy w tekście, jakie wrażenie wywarła na nim owa katastrofa. Zresztą - przeczytajmy sobie całość:

A long, long time ago...
I can still remember
How that music used to make me smile.
And I knew if I had my chance
That I could make those people dance
And, maybe, they'd be happy for a while.

But february made me shiver
With every paper I'd deliver.
Bad news on the doorstep;
I couldn't take one more step.

I can't remember if I cried
When I read about his widowed bride,
But something touched me deep inside
The day the music died.

So bye-bye, miss american pie.
Drove my chevy to the levee,
But the levee was dry.
And them good old boys were drinkin' whiskey and rye
Singin', "this'll be the day that I die."
"this'll be the day that I die."

Did you write the book of love,
And do you have faith in God above,
If the Bible tells you so?
Do you believe in rock 'n roll,
Can music save your mortal soul,
And can you teach me how to dance real slow?

Well, I know that you're in love with him
`cause I saw you dancin' in the gym.
You both kicked off your shoes.
Man, I dig those rhythm and blues.

I was a lonely teenage broncin' buck
With a pink carnation and a pickup truck,
But I knew I was out of luck
The day the music died.

I started singin',
"bye-bye, miss american pie."
Drove my chevy to the levee,
But the levee was dry.
Them good old boys were drinkin' whiskey and rye
And singin', "this'll be the day that I die.
"this'll be the day that I die."

Now for ten years we've been on our own
And moss grows fat on a rollin' stone,
But that's not how it used to be.
When the jester sang for the king and queen,
In a coat he borrowed from james dean
And a voice that came from you and me,

Oh, and while the king was looking down,
The jester stole his thorny crown.
The courtroom was adjourned;
No verdict was returned.
And while lennon read a book of marx,
The quartet practiced in the park,
And we sang dirges in the dark
The day the music died.

We were singing,
"bye-bye, miss american pie."
Drove my chevy to the levee,
But the levee was dry.
Them good old boys were drinkin' whiskey and rye
And singin', "this'll be the day that I die.
"this'll be the day that I die."

Helter skelter in a summer swelter.
The birds flew off with a fallout shelter,
Eight miles high and falling fast.
It landed foul on the grass.
The players tried for a forward pass,
With the jester on the sidelines in a cast.

Now the half-time air was sweet perfume
While the sergeants played a marching tune.
We all got up to dance,
Oh, but we never got the chance!
`cause the players tried to take the field;
The marching band refused to yield.
Do you recall what was revealed
The day the music died?

We started singing,
"bye-bye, miss american pie."
Drove my chevy to the levee,
But the levee was dry.
Them good old boys were drinkin' whiskey and rye
And singin', "this'll be the day that I die.
"this'll be the day that I die."

Oh, and there we were all in one place,
A generation lost in space
With no time left to start again.
So come on: jack be nimble, jack be quick!
Jack flash sat on a candlestick
Cause fire is the devil's only friend.

Oh, and as I watched him on the stage
My hands were clenched in fists of rage.
No angel born in hell
Could break that satan's spell.
And as the flames climbed high into the night
To light the sacrificial rite,
I saw satan laughing with delight
The day the music died

He was singing,
"bye-bye, miss american pie."
Drove my chevy to the levee,
But the levee was dry.
Them good old boys were drinkin' whiskey and rye
And singin', "this'll be the day that I die.
"this'll be the day that I die."

I met a girl who sang the blues
And I asked her for some happy news,
But she just smiled and turned away.
I went down to the sacred store
Where I'd heard the music years before,
But the man there said the music wouldn't play.

And in the streets: the children screamed,
The lovers cried, and the poets dreamed.
But not a word was spoken;
The church bells all were broken.
And the three men I admire most:
The father, son, and the holy ghost,
They caught the last train for the coast
The day the music died.

And they were singing,
"bye-bye, miss american pie."
Drove my chevy to the levee,
But the levee was dry.
And them good old boys were drinkin' whiskey and rye
Singin', "this'll be the day that I die.
"this'll be the day that I die."

They were singing,
"bye-bye, miss american pie."
Drove my chevy to the levee,
But the levee was dry.
Them good old boys were drinkin' whiskey and rye
Singin', "this'll be the day that I die."


Mamy tu oprócz trzech zmarłych w katastrofie muzyków (pijących whisky z żytnią i śpiewających "to będzie dzień, w którym umrę"), także Dylana, Lennona czytającego Marxa i cały kwartet z Liverpoolu, potem Dylana w gipsie po wypadku, wydanie Sierżanta Pieprza, Jumpin' Jack Flasha i Rolling Stonesów, Janis Joplin i całą rewię metafor, wszystko się kręci jak w wielkim kalejdoskopie wspomnień (można się pobawić w szukanie znaczeń i to jest kolejna fajna rzecz w tym kawałku). Niewątpliwie - rzecz przyciągająca do słuchania, a poprzez chwytliwy refren - zachęcająca do wspólnego śpiewania i sprawiająca wrażenie bardzo wesołej piosenki.

Skutek był taki, że było miejsce pierwsze w Stanach, Kanadzie, Australii, N.Zelandii i "zaledwie" drugie w UK. I pociągnęło na szczyt jeszcze jeden kawałek - "Vincent", opowiadający również o znanej postaci, mianowicie Vincencie Van Goghu.

Ciekawostka: kiedy nagrał swoją pierwszą płytę, odrzuciły ją aż 34 wytwórnie, do których się z nią udał. Dopiero 35-ta ją wydała. Płyta nie była sukcesem, ale miała dobre recenzje. Sukces przyszedł już z drugim krążkiem.

Ciekawostka 2: piosenka "Empty Chairs" z tej samej płyty (a konkretniej jej wykonanie przez Dona na koncercie) zainspirowała potem piosenkę "Killing Me Softly With His Song". To właśnie o tym numerze opowiada tekst śpiewany najpierw przez słuchaczkę owego koncertu - Lori Lieberman.

-----------------------------------------------------------------

Jethro Tull AQUALUNG 1971 Aqualung
w BTW od: ok. 2002-3




(wykonanie co prawda z 1977, czyli już nieco innego okresu w życiu zespołu. Ale Ian nadekspresyjny jak zawsze, a brzmieniowo też bliskie oryginalnemu nagraniu)

Sądzę, że najbardziej znany utwór zespołu z płyty o takim samym tytule. Tytuł i temat piosenki (a także jeszcze jednej na krążku) podsunęło Ianowi zdjęcie bezdomnego zrobione przez jego ówczesną żonę (która jest zresztą współautorką utworu). Wczuł się w tę postać ze zdjęcia i postanowił opowiedzieć pewne historie z jej punktu widzenia. Rzecz mocno pokręcona, cięższa i mniej folkowa niż inne propozycje grupy. Na pierwszy rzut mamy ten początkowy riff, agresywny i zapadający w pamięć. Potem nagle następuje wyciszenie i część akustyczna. Następnie solo, przy którym Martin Barre wspiął się na wyżyny swych umiejętności, znowu trochę akustycznego grania ale już mniej balladowego i w końcu powrót do początkowego tematu. Można rzec - struktura klasyczna, sonatowa. Czyli coś może z tego Beethovena faktycznie jest na rzeczy?

Z racji na swą skomplikowaną strukturę i długość, utwór nie był nigdy wydany na singlu. Anderson tłumaczył to potem tak: spójrzmy na Led Zeppelin - oni nie wydawali singli, ludzie kupowali ich płyty tak jakby były singlami, a ich utwory i tak grały stacje radiowe, te które tego chciały. W tamtych czasach zresztą stacje AM i tak by nie zagrały takiego utworu jak "Aqualung", a stacje FM grały muzykę niezależnie od tego, czy był to singiel czy nie. DJ-e sami wybierali muzykę i tworzyli przeboje, jak stało się np. z "Stairway to heaven". Więc nie było sensu wydawać "Aqualung" na singlu, bo wiedzieliśmy że ci, którzy stwierdzą że to jest dobre i tak to będą grali, a pozostali pominą ten utwór.
Miał rację.
A płyta "Aqualung" stała się największym komercyjnym sukcesem grupy.

Ciekawostka: zespół nagrywał w Island Studios. Obok w tym czasie nagrywali Led Zeppelin. W czasie kiedy Martin nagrywał swoją solówkę, w reżyserce pojawił się Jimmy Page, zamachał do niego ręką, ale Martinowi jakimś cudem udało się utrzymać skupienie. Co więcej - wyzwoliło to w nim jakąś dodatkową energię i natchnienie, by zagrać najlepiej jak potrafił.

Ciekawostka 2: dlaczego pisałem o Beethovenie? A bo początkowy riff zainspirowany został tym tym utworem (a konkretniej jego początkiem):


[/quote]

Blisko BTW: znam właściwie tylko Jethro Tull do ok. 1973-4, więc zapewne mógłbym coś dodać z ich dojrzałego okresu (73-79). Na razie jednak muszę poprzestać na nadmienieniu, że gdzieś w okolicach BTW kręcą się: By Kind Permission of (live), Locomotive Breath i Life is a Long Song.

Zespół przez całe lata 70-te zdołał utrzymać się w rockowej czołówce, w 80-tych było nieco gorzej, ale cały czas nakłady płyt były dobre (Top 20 w UK niemal każda płyta), w 90-tych nieco gorzej lecz bez porażek, tyle że rzadziej z wiekiem coraz rzadziej wychodziły nowe wydawnictwa. A w tym wieku ograniczyli już nieco swoją działalność (ostatnia płyta z nowym materiałem - 2003). Czyli - długowieczny i wyjątkowo długodystansowy jeśli chodzi o popularność (i to nie tylko opartą na żerowaniu na starych hitach) zespół. Jak pisałem o nim wcześniej - z zagospodarowaną przez siebie niszą "progresywnego folku", którą twórczo rozwijał, wchodząc na różne pokrewne pola (hard rocka, world music, czy nawet elektroniki). Za to naprawdę szacun.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
22.09.2012 11:42 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #78
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Z tego co widzę tak na szybko, to chyba najdłuższy utwór w całym BTW:

Pink Floyd ATOM HEART MOTHER (including: Father's Shout, Breast Milky, Mother Fore, Funky Dung, Mind Your Throats Please, Remergence) 1971 Atom Heart Mother
w BTW od: 1998 (czyli od kiedy kupiłem sobie tą płytę. Oczywiście - oryginał za 11 zeta Icon_smile2 )










aż w 3 częściach, wersja live z 1970. Słabo widać i słychać, ale za to wersja z chórem i orkiestrą!

Po odejściu Syda Barretta zespół przez kilka płyt poszukiwał swojej nowej tożsamości. O ile "Saucerful of Secrets" było jeszcze płytą Barretową, choć już z jego minimalnym udziałem przy nagrywaniu, to kolejne wyznaczały kolejne etapy znajdowania własnej autonomicznej drogi. Były więc płyty z muzyką filmową, głównie psychodeliczną i instrumentalną, była pół koncertowa "Ummagumma", gdzie też każdy z członków zespołu dostał swoją działkę do popisu, jako ten siedzący na krześle z okładki, a reszta mu tylko akompaniowała. Były nieudane eksperymenty z muzyką totalnie eksperymentalną (koncepcja zrobienia muzyki na przedmiotach codziennego użytku). I były płyty, na których znajdziemy jedno główne wspólne dzieło i na dokładkę kilka miniaturek autorstwa poszczególnych członków zespołu. Czyli "Meddle" i "Atom Heart Mother" właśnie. I stopniowe wygładzanie brzmienia, tak by było ono dostępniejsze dla szerszego grona odbiorców.

"Atom Heart Mother" to jednak przykład zespułu eksperymentującego i poszukujący nie komercyjnego sukcesu, lecz artystycznego spełnienia. Czy udanie, to kwestia gustu. Jedni mówią, że to ślepa uliczka, wejście w świat muzyki niespecjalnie rockowej i przedumanej artystycznie, typowy przykład grzechu artrocka. Inni - że największe dzieło zespołu, który niestety nie poszedł w tę stronę, lecz skierował się na łatwiejsze komercyjnie i artystycznie pola.
Co by jednak nie mówić - płyta wyżyłowała grupę finansowo, zatrudnienie pułku (dosłownie!) muzyków oznaczało olbrzymie koszta nagrania. Nie można sobie było pozwalać na takie ekstrewagancje, po prostu zespół by tego nie przetrwał, taka muzyka by się nie mogła finansować. Z drugiej strony - to doświadczenie pozwoliło muzykom na szukanie w przyszłości równie bogatych i wyrazistych środków ekspresji osiąganych prostszymi sposobami. Czyli nawet jeśli była to ślepa uliczka, jak chcą krytycy, to otworzyła drogę do kolejnych płyt zespołu, pozwoliło spojrzeć szerzej na pewne ograniczenia i umożliwiła po prostu artystyczny rozwój.

Jeśli chodzi o mnie - kiedyś rzeczywiście był to mój nr 1 u Floydów, choć bardziej rozumem niż sercem. Dziś taka muzyka już do mnie nie trafia tak łatwo, jak kiedyś i pewnie gdybym nie znał tego utworu wcześniej, tylko poznał ze 3-5 lat temu, to nie byłby przeze mnie tak mocno ceniony. Niektóre momenty są rzeczywiście mocno rozbuchane, w dodatku o harmonii godnej muzyki współczesnej (chociażby ten dysonansowy wstęp na dęciakach) i zasadniczo wolę raczej te prostsze, bardziej bluesowe momenty. Chociaż z drugiej strony - ulubiony mój fragment to te zawołania horroru, niczym z satanicznego horroru (ciekawostka: Gilmour kiedyś nie znosił tego kawałka, a już szczególnie tej części z chórem. W wypowiedziach z tego wieku jednak już nie był taki druzgocząco krytyczny, a ten "sataniczny" fragment nawet chwalił jako jeden z ciekawszych). Zatem - niewątpliwie muzyka dla koneserów, ale jednak wielkie dzieło. Choć na szczęście nie największe w dorobku zespołu. Na szczęście, bo wydaje mi się, że w "Atom Heart Mother" zespół został jednak nieco przygnieciony przez Rona Geesina, który ponieważ znał nuty i umiał aranżować, zajął się wszystkimi partiami orkiestrowymi i chóralnymi, został dopisany jako współtwórca i mam nawet wrażenie, że to jest bardziej utwór jego niż Pink Floyd. Po prostu chłopaki nie miały jeszcze takiego doświadczenia i pewności tego, co chcą osiągnąć i momentami stali się tutaj zespołem akompaniującym, grającym wg. woli dyrygenta. Kiedy w 1979 wykorzystywali orkiestrę w "The Wall", być może dzięki temu doświadczeniu, już tak nie było. To orkiestra ich słuchała.

Ciekawostka: nagranie studyjne zostało dokonane w jednym długim podejściu, niczym w nagrywaniu muzyki poważnej.

Ciekawostka 2: nie czyń drugiemu co tobie niemiłe - Stanley Kubrick chciał użyć tego utworu w ścieżce dźwiękowej swego filmu "Mechaniczna pomarańcza". Zespół odmówił, ale w fimie podobno widać gdzieś w tle okładkę płyty. Po latach Kubrick się "odwdzięczył" i odmówił Watersowi użyczenia sampli z "Odysei kosmicznej 2001" na płycie "Amused to Death" Icon_twisted .

Ciekawostka 3: utwór miał przeróżne tytuły robocze. Ostatnim z nich był... "The Amazing Pudding" Icon_lol .

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
22.09.2012 11:44 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #79
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Uff... zmniejszamy liczbę instrumentów biorących udział w nagraniu. Radykalnie, bo do 3 muzyków (Lennon-Voorman-White) i kwartetu smyczkowego:

John Lennon IMAGINE 1971 Imagine
w BTW od: początku, czyli 1995




(Madison Square Garden 1972)

W czasach kiedy BTW nie był Bezustanny i miał jakąś kolejność, ten numer święcił triumfy. W szczytowym okresie mój nr 3 (raz), wiele lat na miejscach 4-7, chyba tylko raz poza 10-ką (na 12).

Mieliśmy już solową płytę George'a, czas na Johna. Podobnie jak u Harrisona - największy sukces komercyjny. I artystyczny chyba też. Płyta zaczynała się właśnie od tego numeru. Dziś już ikony, hymnu, legendy, evergreena, zwiejcie jak chcecie. Absolutne "must know" dla każdego fana muzyki. Zniewalające pianino i delikatny podkład, zapadająca w pamięć melodia, w głosie Johna nie ma tej żółci i rewolucyjnego posmaku, jakie można było usłyszeć w jego wcześniejszej solowej twórczości. Choć, jak się dobrze wsłuchać w słowa (co pewnie mało kto robi, nawet jeśli jest anglojęzyczny), to jest to zdecydowanie protest song, zdecydowanie rewolucyjny protest song. Którego "antywszystkość", poprzez słodkie opakowanie, mało kto dostrzega.

Zabawne, bo miałem kiedyś nawet taką gadkę z kolegą, który chodził ze mną na wf (na taniec towarzyski Icon_smile2 . Ale nie z nim tańczyłem Icon_wink2 ). Często wracaliśmy potem razem podobną trasą i był czas na gadki, na przystanku czy w autobusie. Kiedyś doszło do muzyki i Bitlesów. Kolega stwierdził, że nie lubi ich za bardzo, głównie przez Lennona. Pytam: "dlaczego?". "Aaa... napisał kiedyś taką piosenkę... Imagine". "No owszem, napisał. I?". "No i tam jest, że 'nie będzie religii' ". Wyszło więc, że Lennon był komunistą, ateistą, a kto wie, może i jeszcze coś gorszego i dlatego kolega nie przepada za Bitlami. Ano, był. Tyle że John tak wyjaśniał znaczenie tekstu, przynajmniej w kontekście tego fragmentu: "jeśli wyobrazisz sobie świat w pokoju, nie tyle bez religii, co bez "to-jest-mój-Bóg-który-jest-większy-od-twojego-Boga", to wtedy może być to możliwe. Przyznam mu rację w nieco innych słowach: Bóg jest dobry, ale religie są złe. Bo zwykle zwalczają inne religie.

W każdym razie - tak wyszło, że jest to ogólnoświatowy hymn, w zasadzie trudno powiedzieć czego. Prawdopodobnie pokoju i miłości. Z wielką atencją traktowany gdzie tylko się da. No, udało się Johnowi przebić chyba nawet Bitli, bo oni takiego jednego charakterystycznego numeru nie mieli.

Ciekawostka: utwór został wydany na singlu w UK dopiero w 1975, przy okazji składanki "Shaved Fish" (przez wiele lat myślałem, że pochodzi on z takiej własnie płyty, bo siostra cioteczna miała taką kasetę i było tam "Imagine". Po prostu nie wiedziałem, że to składanka).

-------------------------------------------------------------------------------

John Lennon JEALOUS GUY 1971 Imagine
w BTW od: ok. 2000




(inny miks, bez Spectorowskiej obróbki. Bardzo ciekawie to brzmi. Aczkolwiek nie ma słynnego gwizdania...)

Podobna w duchu do tytułowej, piosenka nr 3 z płyty. Znowu fortepian w głównej roli, znowu balladowe klimaty, tym razem tekst już po prostu miłosny. Mniejszy sukces światowy, ale może dlatego że do 1985 nie wyszło to na singlu, stając się ostatnim singlem Lennona (potem były tylko reedycje i nowe wersje. M.in. jakoś co 10 lat na listy przebojów wchodzi reedycja "Imagine" Icon_wink2 ). Paradoksalnie, do tego czasu słynniejsza możliwe że była wersja Roxy Music, która brzmi niemal tak samo, a została wydana tuż po śmierci Lennona, na początku 1981 roku. Rzecz urzeka melodią, fortepianem, gwizdaniem, spokojnym śpiewem niewojującego ze światem Johna.

Ciekawostka: korzenie piosenki sięgają głęboko do czasów bitlesowskich i podróży do Indii. Pod wpływem wykładu Yogiego o "synach matki natury" John i Paul napisali wtedy po 1 piosence. mccartneyowska "Mother Nature Son" wyszła na "Białym Albumie", lennonowska "Child of Nature" jakoś głupio spadała z kolejnych płyt. Nagrano tylko demo w domu George'a, z chórkami Harrisona w tle, potem próbowano ją w czasie sesji "Get Back" (są 2 zachowane wersje z tej sesji), ale nie doszło do ostatecznego szlifu. W końcu John zmienił całkiem tekst i z nowym tytułem umieścił dopiero na solowej płycie "Imagine".

W nagraniach płyty pomagają muzycy, którzy pojawili się także u Harrisona na "All Things Must Pass". Oprócz samego George'a, są także m.in. Alan White, Klaus Voormann - dawny przyjaciel Beatlesów (jeszcze z Hamburga), Tom Evans z Badfinger i Jim Gordon z Derek & the Dominos. Akurat w tym utworze na fortepianie nie gra Lennon, lecz Nick Hopkins (o czym nie byłem świadomy jeszcze na pewno 5 lat temu, a może nawet 3). Możecie go znać chociażby ze współpracy ze Stonesami (przede wszystkim: "Sympathy for the Devil" i "Angie"). Nicky Hopkins zmarł w 1994, w wieku 50 lat, na do dziś nieuleczalną chorobę Crohna

------------------------------------------------------------------------------------

Bill Withers AIN'T NO SUNSHINE 1971 Just as I Am
w BTW od: ok. 2000 (myślę, że wcześniej nie znałem tego wykonania, tylko same covery)





Co najbardziej zadziwia w tym nagraniu, to chyba data. Jak nic - zawsze myślałem, że to jest jakiś bluesior z lat 50-tych, albo może i starszy, nawet za nim poznałem oryginał, ale jak już wiedziałem, że kto go śpiewał i że to nie Budka Suflera Icon_wink2 . A tu proszę - total zaskok, początek lat 70-tych! Klasycznie molowa tonacja, bluesująca melodia, fajny motyw z powtarzaniem w kółko dwóch słów i nagłym zatrzymaniem. A potem dalej płyniemy. Wielki przebój, mimo swojej staroświeckości już w czasach kiedy został wydany (#3 na Billboardzie).
Na debiucie Withersa udzielają się m.in. Stephen Stills i Booker T. Jones. Ten ostatni przewija się już od jakiegoś czasu gdzieś w tle historii utworów obecnych w BTW, ale sam w nim nie zagości. Bo jakoś tak wyszło, że jego zespół nie odniósł aż takiego sukcesu.

Ciekawostka: sukces pozwolił Billowi porzucić dotychczasową pracę w fabryce sedesów i na całe lata 70-te mocno zagościć w muzycznym biznesie (już takich sukcesów nie było, ale w ramach uprawianego przez siebie gatunku - owszem cały czas szło mu dobrze). W latach 80-tych zajął się bardziej rodziną, w 1985 wydał ostatnią płytę z nowym materiałem i przestał zajmować się muzyką.

Ciekawostka 2: piosenka była B-sidem, na stronie A był kawałek "Harlem", otwierający debiutancką płytę Billa. Ale tak wyszło, że radiowi dj-e sami z siebie grali częściej ten kawałek i w ten sposób to oni wylansowali go na przebój. Dziś to niestety chyba niemożliwe...

Ciekawostka 3: początkowo Bill planował napisać jeszcze jedną zwrotkę, ale nie miał na nią pomysłu. Dlatego w czasie prób zawsze śpiewał tylko w kółko "I know". To tak spodobało się kolegom, że namówili go, żeby tak zostawił, bo to jest super i nie ma potrzeby pisać dodatkowego tekstu. Zgadzam się z nimi Icon_smile2 .

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
22.09.2012 11:46 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,679
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #80
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
The Doors LA WOMAN 1971 L.A.Woman
w BTW od: ok. 1999




(to jest absolutny rarytas, ponieważ to JEDYNE pełne wykonanie tego kawałka na żywo - Dallas grudzień 1970)!

Epoka hippisów kończyła się bardzo smutno - tragedią na festiwalu w Altamond, serią śmierci największych ikon epoki. W momencie wydania tej płyty (kwiecień 1971) Hendrix i Joplin nie żyli już od 7 miesięcy, a Morrison pożył jeszcze tylko 2 miesiące. Na koniec kariery każde z nich nadal było jednak w świetnej formie artystycznej. Przynajmniej muzycznie - jak słychać powyżej Jim niespecjalnie nadawał się do śpiewania na żywo. Zresztą, zespół odbył jeszcze tylko 1 koncert, który z powodu zapaści na scenie wokalisty został przerwany (w pewnym momencie zaczął walić mikrofonem w podłogę sceny aż zniszczył go zupełnie, potem siadł z boku i odmówił dalszego występu. Zespół po tym fakcie stwierdził, że zawiesza koncertowanie). Ostatnia płyta jest przez większość osób uznawana za najbardziej bluesową w karierze zespołu. Nowy producent pomógł zespołowi wykrzesać nowe siły, zatrudnił też muzyków sesyjnych - gitarzystę rytmicznego i basistę (z zespołu Presleya), którzy odciążyli Manzarka i Kriegera, co pozwoliło im się bardziej skupić na grze.

LA Woman to kawałek, który świetnie "jedzie", tempo tej jazdy nadają od samego początku klawisze Raya. Rzecz ma w sobie tajemniczy pośpiech i mroczne brzmienie, ciekawą strukturę i pokazuje zespół najlepiej w tym, co było ich specjalnością: łączenie eksperymentu i improwizacji z chwytliwością i wciąganiem słuchacza w swój charakterystyczny bluesowo-bossanovowy flow kawałków.

Cała trójka symboli epoki hippisowskiej jechała już od jakiegoś czasu prosto w paszczę śmierci, w niesamowitym długim akcie autodestrukcji, który zostanie na zawsze zagadką - Janis przedawkowała heroinę (prawdopodobnie mocniejszą niż zwykle, bo kilku klientów jej dealera również zmarło. To jest ciekawy efekt psychologiczno-fizjologiczny - jeśli ktoś wie, że porcja narkotyku jest mocniejsza niż zwykle, to szkodzi mu to mniej, niż gdy nie wie i jest wtedy w stanie go "przetworzyć"), Jimi przypadkowo lub nie, ale zmieszał środki nasenne z winem i się zadusił we śnie wymiocinami (inna sprawa, że zażył tych leków 3 razy więcej niż zwykle, co sugeruje samobójstwo lub zabójstwo. Jego ówczesna dziewczyna, która była wtedy przy nim, później żona gitarzysty Scorpionsów, popełniła samobójstwo w latach 90-tych i zabrała tą tajemnicę do grobu), Jim oficjalnie zmarł na atak serca, ale krążą różne legendy, mniej lub bardziej prawdopodobne. Teza, że serce nie wytrzymało jest jednak najprostsza - lata nałogu alkoholowego, duża nadwaga, ogólnie niehigieniczny i wyniszczający styl życia: szybka droga do śmierci.

Jakoś około 1996 obejrzałem film "The Doors", który mnie powalił i wzmocnił znacznie moją fascynację Doorsami. Do mniej więcej 2001 miałem na nich ostrą fazę. The Doors miałem na CD, L.A. Woman i jeszcze składankę z hitami - na kasetach, zaś film nagrany na wideo (potem sobie kupiłem na DVD). L.A. Woman to świetne zakończenie pierwszej strony ostatniej płyty zespołu z Morrisonem (zresztą - dalsze ich próby grania bez niego, mimo że czasem satysfakcjonujące artystycznie, przepadły kompletnie komercyjnie. Żal mi nawet ich trochę z tego powodu, bo to byli świetni muzycy).

Ciekawostka: "Mr Mojo Rising", wielokrotnie powtarzane na koniec, to zaszyfrowane Jim Morrison.

-------------------------------------------------------------------------------------------------

Pierwsza strona płyty kończyła się świetnym kawałkiem. Druga strona - jeszcze lepszym:

The Doors RIDERS ON THE STORM 1971 L.A.Woman
w BTW od: ok.1997-98





Kawałek nie od razu mnie przekonał. Nawet trochę nudził. Głównie skupiałem się na basie, który od razu mnie wciągnął i hipnotyzował, co czyni do dziś. Ale potem, jak miałem tą fazę na Doorsów (szczyt do 98-00), to nawet spisałem sobie tekst kawałka ze słuchu (przy okazji poznając nowe słowo: "toad", którego w momencie spisywania nie znałem i dopiero potem wyszukałem, czy takie istnieje i co oznacza. Okazało się ku mojemu zadowoleniu, że istnieje Icon_biggrin3 ).

I znowu: ten doorsowski pośpiech w rytmie utworu, charakterystyczne dla nich przeplatajace się solówki klawiszy i gitary, każda rozpoznawalna od pierwszego dźwięku. Pod tym względem nic nie zmieniło się od czasów "Light my fire" z pierwszej płyty. Plus fajne efekty brzmieniowe, wspomagane przez "deszczowe" klawisze Raya. Z kawałka dodatkowo emanuje wręcz upalne, lepiące się powietrze letniego dnia i nawet ta burza zdaje się nie rozwiewać duchoty i niesamowitego skwaru. Wszystko ocieka potem i lepi się od słodkiego rozkładu. Leżymy otumanieni muzyką i ciężko oddychamy w cieniu burzowego wieczoru.

Ciekawostka: dla wytworzenia efektu echa, Morrison nagrał 2 ścieżki wokalne - na jednej śpiewał, na drugiej szeptał. A tak w ogóle - całą płytę nagrywano w studio w domu, z tego wokale w... łazience (właśnie dla efektu pogłosu).

Ciekawostka 2: kawałek wyszedł na singlu latem 1971 i wszedł do Hot100 w USA dokładnie w dniu, w którym zmarł Jim...

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&amp;num...gewidget=1]
28.09.2012 11:10 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Bezustanny Top WszechCzasów I.5 Miszon 199 10,644 06.05.2019 08:21 PM
Ostatni post: Miszon
  Bezustanny Top WszechCzasòw odsłona I.4 (1989-1994) Miszon 14 2,075 28.08.2018 02:22 PM
Ostatni post: AKT!
  Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.3 (1982-1990) Miszon 161 29,115 28.10.2016 12:56 PM
Ostatni post: Miszon

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości