Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 1 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
dziobaseczek Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 6,814
Dołączył: Nov 2008
Reputacja: 11
Facebook Last.fm
Post: #41
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Świetnie zrobiony Top, przysłuchuję się, czytam, komentowanie przychodzi mi z trudem. Bo to muzyka z dawnych lat, gdy na świecie mnie nie było, niemniej kontynuuj, ja forwarduję moim kolegom, którzy siedzą w temacie Icon_smile Są zachwyceni!

http://www.mycharts.pl/forumdisplay.php?fid=111 Icon_wink
28.05.2012 06:30 PM
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #42
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
dziobaseczek napisał(a):ja forwarduję moim kolegom, którzy siedzą w temacie Icon_smile2 Są zachwyceni!
Miło Icon_smile2 .

Gerry And The Pacemakers YOU'LL NEVER WALK ALONE 1963 How Do You Like It?
w BTW, a jakżeby inaczej od: 2005 (czyli finału Liv-Mil Icon_biggrin3 )



Nie ukrywam, że gdyby nie Dudek, to tego kawałka by tu nie było Icon_wink . Nie ma co - to były dla mnie wspaniałe chwile - polski piłkarz wygrywa LM, a w dodatku, w TAKIM meczu! Meczu, który przejdzie do absolutniej legendy futbolu, co było zupełnie nieoczekiwane po pierwszej połowie. W dodatku - nie tylko po prostu zagrał w finale, ale stał się ważnym elementem ledendy tego meczu, jednym z głównych bohaterów widowiska! Absolutnie nieprawdopodobne i wspaniałe! (coś, jakby teraz nagle Polska zagrała minimum w półfinale Euro Icon_wink )

A o samym zespole - fajniejsza była chyba ich pierwotna nazwa: Gerry Marsden and the Mars Bars. Niestety, nie spodobała się firmie Mars... Icon_evil . Mniej trochę mi się podoba pewien koniunturalizm z nimi związany. W sensie - mieli wypłynąć na fali Beatlemanii i stać się taką drugą wersją The Beatles - ten sam menedżer, ten sam producent płyt, nawet piosenki śpiewali niektóre te same... (bo bardziej utalentowani koledzy oddali im dobrodusznie parę kawałków. Zresztą wielu wykonawców korzystało z przebogatych pomysłów Czwórki i dzięki ich utworom miało przeboje). Takie jakieś "słabe" to jest w moich oczach. I dlatego też zawsze nieco ich lekceważyłem i do BTW nie mieli łatwo. Jednak Liverpool pomógł Icon_smile .

Ale mieli 1 rekord, którego Bitle nie ustanowili - ich 3 pierwsze single doszły do pierwszego miejsca w UK, czego nikt wcześniej nie zrobił i dopiero w latach 80-tych ktoś to powtórzył. Także nieźle. Trzecim z nich był właśnie "You'll Never Walk Alone". Ale - trzecim i ostatnim, także szybko opadły im skrzydła...
Rzecz nieco przedziwna i nie do końca dla mnie zrozumiała, dlaczego akurat ten nr stał się taki sławny w muzyce rozrywkowej, bo już w latach 60-tych brzmiał stanowczo staroświecko, a nagrywali go i śpiewali różni wielcy (z tych, którzy się pojawili w Topie to Presley, Vincent, Garland, Charles i Armstrong, a będzie jeszcze sporo spośród kolejnych wykonawców którzy tu będą). Nic dziwnego, że staroświeck, bo jest z 1945 roku, w dodatku z musicalu, autorami naprawdę WIELCY, bo Rodgers i Hammerstein. Ot, taka zagadka historii Icon_wink . Bo że kibice go lubili, to chyba nie jest jedyny powód. Elvis nie znał się pewnie na soccerze Icon_wink2 . A kibice na musicalach tym bardziej zresztą, także co ich zainspirowało - trudno rzec.

Ciekawostka: jednym z tych 3 #1 Gerry'ego i spółki był kawałek "How Do You Do It?", którzy nagrywali także Bitle i naciskano na nich, żeby wydali to jako singiel. Ale chłopaki znały swoją wartość, nie chciały cudzych rzeczy śpiewać i uparli się przy "Please Please Me". I dobrze Icon_smile .
Ciekawostka 2: czytałem kiedyś, że powstanie "We Are the Champions / We Will Rock You" zainspirowało spontaniczne odśpiewanie tej piosenki przez publiczność po jednym z koncertów Queen. Zespół wtedy stwierdził, że oni też chcą mieć taki "stadionowy hymn" w swoim repertuarze, który będzie porywał tłumy do wspólnego zaśpiewu Icon_smile .

Kończymy z 1963 rokiem:

The Trashmen SURFIN' BIRD 1963 singiel / 1964: Surfin' Bird
w BTW od: 2001



Jak to usłyszałem pierwszy raz (było na tej składance, o której wielokrotnie pisałem), to po prostu padłem ze śmiechu Rotfl . Przedziwny kawałek, śmieszna nazwa zespołu, dziwny wokal, abstrakcyjny tekst (czy wręcz jego brak Icon_wink ), ta papa-mama (niczym w muminkach Icon_lol ) i bulgotanie w środkowej części - kojarzyło mi się to wręcz z jakimś totalnym pre-proto-archo-punkiem Icon_wink .
Potem się dowiedziałem, że to w sumie są 2 kawałki połączone w jeden - Papa-Oom-Mow-Mow, oraz The Bird's the Word, żeby było dziwniej - oba tego samego zespołu - The Rivingtons, który nagrał je odpowiednio w 1962 i w 1963. Nie wyobrażałem sobie nigdy, że coś co brzmiało jak totalna improwizacja było coverem i to podwójnym! Icon_mrgreen

Ciekawostka: w 2010 roku utwór ten wybrano do kampanii świątecznej, w której internauci próbowali corocznie (od kilku lat) nie doprowadzić do wygrania świątecznej listy przebojów przez "jakiś syf z programów talent show". Dzięki temu doszedł do miejsca 3 listy w UK Icon_smile (inne kawałki w tej akcji wybrane w poprzednich latach to "Killing in the Name", oraz "(tu zapomniałem, ale chodzi o ileś tam sekund ciszy, autorstwa Johna Cage'a)".

Rzecz potem słynna z powodu umieszczenie a filmie "Full Metal Jacket" Kubricka.

The Beatles A HARD DAY'S NIGHT 1964 A Hard Day's Night
w BTW od: początku, czyli 1995



(live w Paryżu '64)
Kiedyś ich mój nr 1 nawet. Tym bardziej pożądany, że miałem tylko wersję orkiestrową, a oryginalnej nie posiadałem i każde wysłuchanie było jak skarb (tą płytę kupiłem sobie dopiero na CD, czyli najwcześniej na koniec 1997, ale raczej w 1998 roku, nie miałem w ogóle na kasecie).
Przede wszystkim - legendarny pierwszy akord, nad analizą którego biedziły się wszelkie tuzy, różne programy komputerowe, a nawet matematycy (używając takiego wzoru:
[Obrazek: 955d4a0f09782ac9baeafce9afccb637.png] i wyszło im, że coś jest nie tak Icon_wink ).

A w 2001 George (jego 12-strunowy Rickenbacker przeszedł dzięki temu nagraniu do historii Icon_smile ) powiedział, że to F z dodanym dzwiękiem G, a co grał Paul, to nie wiedział Icon_wink (grał D), w dodatku Martin dodał coś na pianinie.

No i kolejny rekord: jako pierwsi mieli #1 jednocześnie na liście singli i albumów, równocześnie w UK i w USA (powtórzyli to już w 1970 Simon & Garfunkel).

Coverek:



Rotfl

Ciekawostka: nie będzie ciekawostki, bo że tytuł wymyślił Ringo po ciężkiej sesji nagraniowej, to nie będę chyba pisał, bo każdy to wie

A z pierwszych trzech płyt (plus singli z tego okresu) blisko BTW mają jeszcze: And I Love Her (chociaż chyba się złamię i wrzucę kiedyś zamiast czegoś bardziej poważanego ogólnie, ale mniej przeze mnie), From Me To You (kiedyś moje Top 3 jeśli chodzi o nich!), Twist and Shout, Till There Was You i Long Tall Sally, które wolę w ich wersji, ale dałem oryginał do Topu.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
29.05.2012 11:42 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #43
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Wykonawcy amerykańscy mieli naprawdę ciężko w tym okresie. Mamy British Invasion, trzeba dać jakoś odpór najeźdźcom zza oceanu, którzy przywłaszczyli sobie rock'n'rolla, śmieli się go ulepszyć i wrócić do jego ojczyzny w triumfalnym (i gromadnym) pochodzie.
Znaleźli się tacy, co próbowali walczyć. Nieraz osamotnieni w tej walce. No i są:

The Beach Boys I GET AROUND 1964 All Summer Long
w BTW od: 2011, "zastąpiło" niejako Surfin' USA



Podobno ten teledysk został zdjęty w Stanach (nie wiem czy to prawda). Jesli dlatego że jest totalnie beznadziejny (aż śmieszny z tego powodu), to w sumie może dobrze Icon_wink . W zasadzie to chłopaki wyglądają tu momentami na lekko upośledzonych (nikogo nie obrażając), a te palmy i samochód dodają całości powabu takiego totalnego kiczu, że naprawdę wolę ich nie oglądać w tym kawałku Icon_mrgreen .

Najfajniejsza jest sama końcówka, kiedy przez chwilę jest a capella.

Ciekawa rzecz - piosenka się zaczyna od refrenu, a dopiero potem są zwrotki. To ich pierwszy #1 w USA (zastąpili oczywiście wykonawcę brytyjskiego, czyli Peter and Gordon. Tak, ten Peter Asher, brat Jane), a w UK pierwsze Top 10 (że niby pomogło tu zachwalanie kawałka przez Micka Jaggera. Może i tak, ale chyba i tak by dobrze sobie poradzili).
Mnie się kojarzy chyba najbardziej z "Good Morning, Vietnam" i niewykluczone, że wtedy usłyszałem to po raz pierwszy.

Ciekawostka: w latach 90-tych autorstwo kawałka (słów) stało się przedmiotem dość żenującego (jak dla mnie) sporu między Love'em, a Wilsonem.

Jeszcze jedno "The Coś". Czyli:

The Kinks YOU REALLY GOT ME 1964 Kinks
w BTW od: ok. 2000. znałem oczywiście dużo wczesniej



Heh, czy ten facet w kapeluszu kucharza nie był też u Hookera? Icon_wink2
Kawałek o energii moim zdaniem mocno wykraczającej poza tamte czasy. W sensie - nie było sprzętu, na którym można (i powinno) się go zagrać z odpowiednią mocą. Na szczęście - zrobili to potem Van Halen, niektórzy mogą nawet tamtą wersję kojarzyć jako "główną". Riff w każdym razie jest absolutnie hardrockowy czy nawet heavymetalowy i jeden z najsłynniejszych w historii, a cała struktura kawałka też zdecydowanie wyprzedziła swoją epokę, mamy też surowe punkrockowe powerchordy i przesterowaną gitarę. Co tu dużo mówić - klasyk!
The Kinks byli czołowym zespołem brytyjskiej inwazji, ale chyba niepotrzebnie im taką łatkę przyczepiono, bo sugerowało to pewną, ograniczoną jednak dość, stylistykę, natomiast mam wrażenie, że mimo że do około 1967 radzili sobie całkiem dobrze, to jednak nie osiągnęli takich sukcesów, jakie mogli i dopiero w erze punka szło im z powrotem nieco lepiej (1975-83). W sumie grali aż do połowy lat 90-tych, w co jakoś trudno mi było kiedyś uwierzyć, bo wydawali mi się zespołem, który po 60-tych już tylko się "snuł", głównie ogrywając stare nagrania i nie wydając nic nowego. A oni owszem, nagrywali cały czas nowe rzeczy.

Ciekawostka: "artysta głodny, to artysta płodny"? Kinks dostali swojego rodzaju ultimatum - albo w ciągu 3 singli osiągną sukces, albo nie wytwórnia nie podpisze z nimi stałego kontraktu. To była ich ostatnia szansa, poprzednie 2 single poległy.

Ciekawostka 2: wg. Raya Daviesa, wokalisty grupy, podobno na początku gitarowego solo słychać "fuck off", które gitarzysta, jego brat Dave, krzyknął do Raya w odpowiedzi na jego próby dodania mu odwagi i energii przed wykonaniem solo. W tym momencie Ray dodał potem "Oh no", żeby nie było tego słychać, ale podobno jak się wsłuchać, to... Icon_smile

Polecam też kawałek "Set Me Free", aczkolwiek do Topu mu daleko. Ma fajne akordy (o ile pamiętam - coś co bardzo lubię, czyli przejście ze zwykłego akordu do 7+ i septymowego zwykłego potem. Zresztą - lubię to w obie strony Icon_smile2 , w tą drugą jest np. w Moonlight Serenade, moment "I stand and I wait for the touch of your hand in the moonlight") i ciekawy klimat, nie wiem dlaczego, ale trochę mi się z Beach Boys kojarzył kiedyś. Z kolei "All Day And All Of The Night" to jakby próba nagrania drugiego "You really got me".

Roy Orbison OH, PRETTY WOMAN 1964 singiel / 1965: Orbisongs
w BTW od: ok. 1999. Ale znałem od 1990 rzecz jasna



Zawsze mnie zastanawiał przedziwny image i w ogóle zachowanie Roya - wyglądał jak beznamiętny, niewidomy wampir Icon_wink .
Utwór oczywiście ogromnie spopularyzowany przez film z Roberts i Gere'em, wtedy też ja go poznałem, pomógł Royowi w nagłym renesansie jego popularności u schyłku życia (niejako oddając mu pod sam koniec to, co mu się należało. ale niestety - los był okrutny i zaraz zabrał co oddał, a nawet więcej...).
Rzecz wydana w 1964, ale Beatlesi, którzy byli z Royem na tournee rok wcześniej, twierdzili że już wówczas grał to na koncertach (ciekawe - kolejne tournee miał z BeachBoysami, a kolejne ze Stonesami). Roy, który już wówczas miał na swoim koncie 2 duże hity, wydawał się już wówczas (i zawsze potem) człowiekiem z innej epoki - epoki lat 50-tych i początków rock'n'rolla, który się nieco spóźnił i nie zauważył, że teraz nadeszli nowi. I tak chyba było z nim zawsze później. Nie zwracał uwagi na to za bardzo i grał po swojemu, co mu wychodziło zresztą bardzo dobrze i nadawało stylowi jego utworów fajnej patyny już w momencie ich wydania. Oryginalny facet, nie ma co - wiecznie nie w czasie, wiecznie "spóźniony". I nawet nagrody dostawał zawsze za późno - złota płyta za ten singiel dopiero w 1969, Grammy za wykonanie tego na żywo - pośmiertnie (w 1991, za nagranie występu z 1988). Naprawdę - dziwna historia.

Ciekawostka: od sierpnia 1963, przez kolejne 68 tygodni, Roy Orbison był jedynym amerykańskim artystą, który miał #1 na liście singli w UK. W dodatku - zrobił to z 2 utworami - "It's Over" w czerwcu i "Oh, Pretty Woman" w październiku 1964.

To był jego trzeci #1 w Stanach, drugi w 1964. Piszę o tym dlatego, że na szczycie zastąpił kawałek, o którym napiszę za chwilę.

Na załamanie kariery Orbisona w latach 70-tych wpłynęły na pewno tragedie rodzinne - pierwsza żona, Claudette (i znowu jakie imię "nie z epoki"!), która się stała inspiracją dla tytułu powyższej piosenki i w ogóle jej powstania (i z którą się rozwiódł w 1964 i ponownie ożenił rok później Icon_wink2 ), zginęła potrącona przez ciężarówkę w 1966 roku. Ich dwóch starszych synów (z trzech) spłonęło w pożarze domu rodzinnego 2 lata później...

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
29.05.2012 11:51 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #44
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Cytat:Piszę o tym dlatego, że na szczycie zastąpił kawałek, o którym napiszę za chwilę.
Słowo się rzekło. Przed Royem na szczycie było:

The Animals HOUSE OF THE RISING SUN 1964 singiel / The Animals [US]
w BTW od: 1995, czyli od początku



Rzecz przeklasyczna, także dlatego że tradycyjna Icon_wink . W sumie nie wiadomo dokładnie, kiedy i gdzie powstała oryginalna melodia, pisze się że w XVIIIw. gdzieś w Ameryce wymyslili ją imigranci pochodzenia europejskiego, sam Alan Price (z Animalsów) twierdził, że rzecz jest z XVI-wiecznej Anglii, etc. Najstarsze zachowanie nagranie tej melodii jest jeszcze z lat 30-tych. A pierwsze nagranie pod tym tytułem było autorstwa znanego bluesmana, Lead Belly'ego, jakoś zaraz po II w.św. Rzecz znalazła się też na debiutach Joan Baez i Boba Dylana (ciekawe, no nie? W 1960 i 1961 mało kto mógł przypuszczać, jaki wpływ będą potem mieli na rocka). I oni się powoływali na to, że słyszeli to gdzieś na południu Stanów (Kentucky?), czyli na "trop amerykański", ten od Belly'ego i nagrań sprzed wojny. Ale np. Eric Burdon z Animalsów, usłyszał ten utwór w Anglii, śpiewany przez jakąś folkową grupę północnoangielską. W każdym razie - zabawnie to wyszło, bo Animals tak rozsławili ten kawałek, że Dylan musiał przestać go śpiewać, bo fani oskarżali go o plagiat (choć nagrał pierwszy przecież) Icon_wink .

Nagrania dokonano w jednym podeściu. Zespół fajnie przyśpiesza w trakcie grania, jakby dając się ponieść melodii, a że to są same zwrotki, bez refrenu, to daje to ciekawy, wciągający słuchacza efekt.

Co do wideo jeszcze - zawsze zadziwiał mnie kontrapunkt między emocjonalnym śpiewem, przekazującym ponury tekst, a beznamiętnym wzrokiem i ogólnie stonowanym zachowaniem zespołu w teledysku. Dopiero po latach się dowiedziałem o czym to dokładnie jest, poza "szyciem niebieskich jeansów" (bo to był jeden z niewielu fragmentów, które rozszyfrowałem z początku Icon_wink ) i wtedy jeszcze bardziej polubiłem ten kawałek.
Jak się słucha Topu chronologicznie to jest to jeden z najdłuższych jak dotąd utworów, dopiero czwarty powyżej 4 minut, a do roku 1967 zdarzy się tylko 1 dłuższy.

Utwór słusznie był nr 1 po obu stronach Atlantyku, w US zresztą pierwszym przedstawicielem British Invasion, niezwiązanym w żaden sposób z The Beatles (a przede wszystkim - w zupełnie innym stylu niż wówczas oni grali).

Nie jestem do końca pewien, czy ta wersja była pierwszą jaką słyszałem, czy jednak najpierw nie była wersja reggae. A skąd taką znałem? Ano - w organach mojej kuzynki były różne melodie zaprogramowane, które można było zarówno wysłuchać w całości (jako demko po prostu), albo też zostawić podkład harmoniczny, a samemu zagrać melodię. I właśnie przy reagge był ten kawałek Icon_smile .

Jeszcze tak wspomnieniowo od siebie: nie wiem jak jest teraz, pewnie większość osób po prostu znajduje chwyty w necie i już. A kiedyś - jaka to była radość, kiedy udało się "wysłyszeć" wszystkie akordy tu grane i zagrać je równo z nagraniem Icon_smile (z racji że są tu wszystkie podstawowe, najłatwiejsze akordy, rzecz jest chyba w elementarzu każdego domorosłego gitarzysty: a C D F a G E a C D F a E a - z pamięci piszę, mam nadzieję, że nie pomyliłem. Pamiętam, że na początku zamiast F grałem E i też pasowało). A zagrać to palcując - o! To była duma! Icon_biggrin

Ciekawostka: kawałek nie znalazł się na żadnej regularnej płycie zespołu w UK, a w USA wydano go owszem na longplayu, ale w wersji singlowej (w Europie singiel miał normalnie, 4:30, w Stanach skrócono to do 2:58. Nie wiem, jak to brzmiało, ale to musiała być zbrodnia na tym kawałku...).

Ciekawostka 2: zastanawiano się często, co to za dom w Nowym Orleanie, o którym tu się śpiewa (jeśli w ogóle mogło chodzić o konkretny budynek, ja wątpię). Udało się zidentyfikować dwóch kandydatów na "Rising Sun", ale oba budynki zburzone zostały jeszcze w XIX wieku. Niemniej - archeolodzy widocznie też bywają fanami rocka, że przekopują ruiny w celu znalezienia źrodeł piosenek Icon_wink .

Do pary, żeby skończyć rok 1964:

Skoro jesteśmy w temacie folk-rocka i w temacie dobrych tekstów. W Topie nadchodzi taki czas, że zaczynają się one właśnie pojawiać. Powoli już nie będzie tylko o miłości, tańcu, etc. Robi się nawet filozoficznie, nie tylko o hazardzie. Czas na jeden z moich trzech ulubionych zespołów dzieciństwa/wczesnej młodości, do którego chyba jeszcze muszę powrócić, bo mam poczucie, że nieco ich odstawiłem na boczny tor, nie zagłębiając się w twórczość, tylko pozostajac na zachwycie niemal tymi samymi utworami, co na początku:

Simon And Garfunkel THE SOUND OF SILENCE 1964 Wednesday Morning, 3 A.M. / 1966: Sounds of Silence
w BTW od: 1995



Tutaj kolejne małe oszustwo, jak przy Boom Boom - tam wolę (i znałem wczesniej) wersję z 1992, ale umieściłem w roczniku 1962. Tutaj nie wiem czy wolę, ale na pewno poznałem, jak niemal wszyscy zresztą, wersję z 1966.
Nie będę dokładnie opisywał za bardzo historii z tym nagraniem. Ale wiadomo wszystkim - wersja pierwotna z 1964 (ta tu wyżej), jak cała płyta, nie odniosła sukcesu, co przyczyniło się do rozpadu duetu, potem bez wiedzy ich (pewnie i tak by się nie zgodzili Icon_wink ), producent wpadł na pomysł "remixu" nagrania, dograno gitarę elektryczną, bas i bębny, dodano charakterystyczny efekt echa i wypuszczono jako singiel. I zajarzyło, bo był nr 1 na Nowy Rok 1966. Dzięki temu Simon i Garfunkel znowu się zeszli i nagrali 3 kolejne płyty. Dlatego warto zapamiętać nazwisko tego pana, dzięki temu mogliśmy poznać więcej owoców pracy tego duetu: to pan Tom Wilson.

2 rzeczy:
Pierwsza - tekst. Tekst! TEKST! Podobno powstał pod wpływem wieści o zabójstwie JFK. Dawniej rozumiałem w całości tylko 2 zwrotki (ta z "Ten thousand people maybe more" i następna) i nie miałem pojęcia za bardzo o czym to jest. Potem niby przeczytałem tłumaczenie oglądając "Absolwenta" (zresztą, mam go na DVD), jeden z moich ulubionych filmów. Ale że rzadko go grali w TV, a w dodatku w czasie oglądania filmu człowiek się skupia na obrazie i jeszcze w dodatku słucha POWALAJĄCEJ melodii (no i te wspaniałe współbrzmienie wokali Paula i Arta!), to na tekście już mniej się skupia.
Potem, już w dobie internetu, zobaczyłem sobie tłumaczenie. I - no kurde! - czy ktoś wówczas śpiewał takie piosenki? Czy ktoś dziś śpiewa takie piosenki? Jeszcze wtedy nie wiedziałem, co było inspiracją dla tekstu i opadła mi kopara po prostu, bo nie wiedziałem, jak się w ogóle do tego odnieść.
Takie pierwsze z brzegu tłumaczenie:
Cytat:Witaj ciemności, moja stara przyjaciółko
Znowu przyszedłem z Tobą porozmawiać
Ponieważ jakaś wizja, zakradając się z cicha,
Zasadziła we mnie swe ziarno gdy spałem,
I ten obraz który zostawiła w mojej głowie
Jest ciągle żywy
w dźwięku ciszy.

W moich niespokojnych snach szedłem sam
Przez ciasne, brukowe ulice.
W blasku ulicznej lampy
Postawiłem kołnierz, chroniąc się od zimna i wilgoci
Kiedy moje oczy zostały przeszyte neonowym światłem,
które rozdarło noc
i poruszyło ciszę

I w plamie światła ujrzałem
dziesięć tysięcy ludzi, może więcej
Ludzi, którzy rozmawiali, nic nie mówiąc
Ludzi, którzy słyszeli, nie słuchając
Ludzi, którzy pisali pieśni, których nikt nigdy nie zaśpiewa
I nikt nie śmiał
zakłócić dźwięku ciszy

"Głupcy", rzekłem, "Nic nie rozumiecie
Cisza rozrasta się jak rak.
Usłyszcie moje słowa, a będę mógł was pouczyć
Podajcie mi dłonie, a będę was mógł dosięgnąć"
Ale moje słowa padały, i jak ciche krople deszczu
rozbrzmiewały
W studniach ciszy

A ludzie płaszczyli się i modlili
do neonowych bogów, których sami stworzyli
I znak ukazał swoje ostrzeżenie
w słowach, które wyświetlił.
I znak rzekł: "Słowa proroków są spisane na dworcach
i w osiedlowych bramach,
i cicho brzmią w dźwiękach ciszy"
Nie mam pytań po prostu. Dziękuję i leżę.

Druga rzecz - na zawsze chyba ich piosenki będą mi się kojarzyły tak: piwnica w naszym bloku, schodzi się do niej, tam siedzi tata i cośtam majsterkuje, a w magnetofonie leci składanka z Simonem i Garfunkelem (taka wydana około 1990) (czasami to były inne kasety, ale najczęściej właśnie ta). Ostatnio coś mówiliśmy w domu o tym, że tata mógłby coś zrobić z piwnicą, bo jest tak zagracona, że nie da się wejśc dalej niż na metr Icon_wink2 (np. wywalić ze 200 kg egzemplarzy czasopisma "Młody Technik" z lat 80-tych, bo już chyba nie są za bardzo aktualne Icon_wink ) i co ciekawe siostra przywołała wówczas dokładnie ten sam obraz: że wszystko ładnie pochowane w swoich szufladach, słoiki też we własnym kącie, stare gazety na swoich półeczkach, etc., a tata siedzi przy stole i "coś tam dłubie", słuchając S&G.
Ot, historyjka prywatna Icon_smile .

Ciekawostka: w 1999 piosenka znalazła się w 20-ce najczęściej odtwarzanych piosenek XX wieku, ranking stworzyło BMI.

Jakby kogoś interesował ten ranking odtworzeń:
http://web.archive.org/web/2001071209394...top100.txt
(miejsce pierwsze to jakiś totalny zaskok Icon_eek2 Icon_eek2 Icon_eek2 )

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2012 11:58 PM przez Miszon.)
29.05.2012 11:57 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #45
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Bob Dylan MR. TAMBOURINE MAN 1965 Bringing It All Back Home
w BTW od: 2011



Najbardziej lubię chyba to lekkie plumkanie gitary elektrycznej w lewym głośniku. Coś mi przypomina, ale nie wiem co i fajnie łagodzi ten niezbyt przyjemny głos Dylana, który dla mnie "brzmi jak koza".
Często się interpretuje ten kawałek jako rzecz o LSD (którego Bob wówczas jeszcze nie znał) lub marihuanie (a ją owszem Icon_wink2 ). Ale też szuka jakichś religijnych konotacji, czy też prośby do muzy, by natchnęła autora. Ten pierwszy trop był w "analizie wiersza" przeprowadzonej przez Michelle Pfeiffer w filmie "Dangerous Minds" i może wtedy zwróciłem uwagę na ten kawałek (tata kupił składankę jakąś Dylana na CD, ale posłuchałem jej raz i więcej nie zaglądałem do niej, dopiero po tym filmie to zrobiłem).
Piosenkę nagrano w czasie sesji do poprzedniej płyty Dylana, Another Side of Bob Dylan, z 1964, ale autor uznał, że nie pasuje do niej i szkoda takiego super kawałka wrzucać do rzeczy w nieco innym stylu.

Po małym wtręcie folkowym ze stanów, jedziemy dalej z brytyjską inwazją. Ten zespół już po raz drugi, co może stanowić dla niektórych zaskoczenie (a bardzo lubię jeszcze jeden ich kawałek):

Gerry And The Pacemakers FERRY CROSS THE MERSEY 1965 Ferry Cross the Mersey
w BTW od: 2009



Nietypowo postawiony głos (jak na rocka, aczkolwiek to raczej zespół popowy był, jeszcze nie ta era) Gerry'ego Marsdena, wraz ze spokojną melodią i oszczędnym akompaniamentem, tworzy tu fajny nastrojowy klimat, dobrze oddając niespiesznie płynący przez rzekę Mersey prom. Ot, takie moje wrażenie Icon_wink .

Rzecz się pojawiła także w filmie o tym samym tytule.

Ciekawostka: w 1965 singiel miał miejsce 8 w USA i 6 w UK (albo odwrotnie Icon_wink ), ale w 1989 powrócił w nowej wersji, aż 3 razy zajmując miejsce pierwsze w UK. Powód był smutny - liverpoolscy artyści, czyli The Christians, Holly Johnson, Paul McCartney, Gerry Marsden, oraz Stock Aitken Waterman wydali go w celach charytatywnych, dla wsparcia rodzin fanów Liverpoolu, którzy zginęli w tragedii na Hillsborough, miesiąc wcześniej. Liverpool nigdy nie rozegrał potem meczu 15 kwietnia... Więcej tu. Wersja charytatywna: https://www.youtube.com/watch?v=8Jyx7bhTWeM&hd=1[/quote]

The Beatles YESTERDAY 1965 Help!
w BTW od: 1995



to chyba jedyny przypadek, kiedy publiczność słuchała utworu w czasie koncertu Beatlesów i nie przeszkadzała w graniu Icon_wink
Nie ma co się za bardzo rozpisywać - wspaniała melodia, świetnie rozwijający się ("i zjadający własny koniec", łącząc go z początkiem) utwór. Jedyny minus - zajechana przez radia całego świata.

Przezabawna historia o tym utworze jest nadmieniona w książce "Liczenie baranów", o której już pisałem na sąsiednim forum i którą polecam - cała melodia przyśniła się Paulowi we śnie. Kiedy wstał, był tak zafascynowany jej pięknem, że pobiegł prędko do pianina, żeby jej nie zapomnieć. Ale cały czas sądził, że to jest jakiś utwór, który gdzieś usłyszał i potem o nim zapomniał. Przez kilka tygodni grał go znajomym, dziennikarzom muzycznym i innym muzykom, pytając się ich, cóż to za kawałek. Wszyscy zgodnie stwierdzali, że nie znają takiego utworu, ale jest wspaniały. Kiedy w końcu doszło do niego, że to chyba faktycznie jest jego własna kompozycja, która mu się cudownie wyśniła, miał problem z wymyśleniem tekstu. Początkowy tytuł brzmiał... "Jajecznica" Icon_lol ("Scram-bled-Eggs/Oh, my baby how I love your leeegs" Rotfl Paul nawet zachował ten cały pierwotny tekst i nawet go kilkukrotnie wykonywał w programach rozrywkowych w TV Icon_smile ). W czasie kręcenia filmu "Help!", nonstop pracował nad tekstem i grał ten kawałek w kółko w czasie przerw w między kręconymi scenami, co wkurzało bardzo reżysera, jak i też w końcu kolegów z zespołu, którzy mieli dość chwalenia się przez Paula, jaką to super piosenkę napisał Icon_wink .

Tak naprawdę rzecz byłaby może ostatecznie gotowa do nagrania już na płytę "A Hard Day's Night", ale zarówno na nią, jak i na kolejną - "Beatles for Sale", nie weszła, bo McCartney nie mógł się dogadać z Martinem co do aranżu, a reszta zespołu uważała, że ten kawałek w ogóle nie pasuje do ich muzyki i nie ma jak go przypiąć do pozostałych kompozycji, burzyłby kompletnie klimat płyty, na którą by wszedł. Nawet po nagraniu - Martin z Epsteinem się zastanawiali przez chwilę, czy można to wydać jako The Beatles, bo to przecież absolutnie solowy utwór Paula. Ale szybko stwierdzili, że to nie byłoby dobre rozwiązanie.

Rzecz nagrano w dwóch podejściach, był to pierwszy utwór Beatlesów wykonywany tylko przez jednego członka zespołu. Potem George Martin dodał do gitary i głosu Paula, także kwartet smyczkowy. Kiedy przygotowywano płyte "LOVE", utwór o mało co się na niej nie znalazł, ale pod naciskiem McCartneya w końcu nie zdecydowano się na taką "zbrodnię" Icon_wink . Problemem nawet nie było to, że utwór został już niemal zajechany przez stacje radiowe, szzególnie jak dorzucić te wszystkie jego wersje, ale od strony technicznej było to trudne - płyta miała być w wersji surround, a z powodu sposobu, w jaki nagrano ten utwór, bardzo trudno było to zrobić właściwie (Paul grał i śpiewał jednocześnie w czasie nagrania, a ponieważ gitara była akustyczna, to miała własny mikrofon, co oznacza że na ścieżce gitary nagrał się głos, a na głosie gitara. Potem dodatkowo obie te ścieżki nagrały się na ścieżce kwartetu, bo muzycy odmówili grania w słuchawkach i Martin puścił im to po prostu z głośników, a oni dograli do tego co słyszeli swoją partię. Czyli - technicznie - totalny bałagan i makabra).

Ciekawostka: utwór tak bardzo różnił się on reszty twórczości zespołu, że nie wyrazili oni zgody na wydanie go na singlu w Wlk. Brytanii (dopiero w drugiej połowie lat 70-tych to się stało), przez co przebojem stał się tam cover niejakiego Matta Monro (w Stanach już nie zawetowali, ciekawe).

Ciekawostka 2: w 2000 McCartney poprosił Yoko Ono, czy na nowo wydanej płycie z antologią nagrań zespołu, może być zapisane przy autorach jako McCartney/Lennon. Ale Yoko odmówiła Icon_wink .

Ciekawostka 3: po nagraniu dema kawałka, podrzucili go Chrisowi Farlowe, czy by nie chciał tego nagrać (heh, niezła wielkoduszność Icon_wink ). Ale... odrzucił, bo stwierdził, że rzecz jest "za delikatna" :jezor: .

Aha - i jednak NIE JEST to najczęściej coverowana piosenka świata (przynajmniej jesli chodzi o wersje, które ukazały się na oficjalnych płytach. O tym potem Icon_wink2 .

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
02.06.2012 11:34 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #46
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Skoro takie romantyczne klimaty się zrobiły, no to jeszcze jeden:

The Righteous Brothers UNCHAINED MELODY 1965 Just Once in My Life
w BTW od: 1998 (zresztą, dzięki wersji U2 Icon_wink )



Znowu wspaniała melodia, w dodatku zaaranżowana zupełnie staroświecko, nawet jak na tamte czasy. W dodatku połowa zespołu, czyli Bobby Hatfield, zaśpiewał również w stylu lat 50-tych (potem zresztą wydał to także pod swoim nazwiskiem). Bo faktycznie - rzecz napisano już w 1955, do filmu "Unchained" (w klimatach więziennych, stąd może ten "odkajdanowiony" tytuł i "long, lonely time" w tekście Icon_wink ), nawet dostała nominację do Oscara. I już w latach 50-tych była kilkukrotnie przebojem, po obu stronach Atlantyku (nawet miejsca w pierwszej trójce obu list się trafiały) także w wersjach instrumentalnych.

Ciekawostka: wg. BBC, istnieją covery tego kawałka w ponad 100 wersjach językowych Icon_eek2

Ciekawostka 2: ta wersja weszła na szczyt listy przebojów w UK dopiero w roku 1990 (w latach 60-tych było "tylko" miejsce 4). Oczywiście - z racji wykorzystania piosenki w filmie "Duch" z Moore i Swayze, z którego to zapewne większość osób kojarzy ten kawałek. W USA była wydana tylko w wersji winylowej i kasetowej, co zapewne przeszkodziło w aż takim sukcesie na głównym Billboardzie, ale i tak były miejsca w 20-ce (i to obu wydań żeby było śmieszniej).

A teraz może jeszcze jeden wykonawca, którego niespecjalnie lubię, podobnie jak dopiero co wrzuconego Boba Dylana:

The Rolling Stones (I CAN'T GET NO) SATISFACTION 1965 singiel
w BTW od: 1995



Trzeba przyznać - to im się udało. Co by nie mówić, porównywanie głównego riffu do wstępu do IX symfonii Beethovena, jak najbardziej słuszne. W sensie - zanuci to każdy, choćby na muzyce się nie znał kompletnie. Ich pierwszy #1 w Stanach i czwarty w ojczyźnie, choć z początku grały go tam tylko radia pirackie nadające z morza (tekst stanowił problem).

Ciekawostka: Kiedyś myślałem, że Stonesi to amerykański zespół, tak odmienne było ich granie od tych pozostałych z British Invasion Icon_smile .

Ciekawostka 2: w pierwszej wersji riff grano na harmonijce, w drugiej tylko na gitarze i dopiero w ostatecznej dodano sax. Popularność piosenki sprawiła, że efekt użyty do zagrania tego riffu na gitarze (fuzz Gibsona) został kompletnie wyprzedany z magazynów do końca roku 1965 Icon_smile .

The Mamas & The Papas CALIFORNIA DREAMIN' 1965 singiel / 1966: If You Can Believe Your Eyes and Ears
w BTW od: ok. 1997. Nie jestem pewien, czy znałem to przed 1996, czyli przed obejrzeniem Forresta Gumpa



Chudzina blondyna i pulchna brunetka, panowie możliwe że też o różnych typach urody, trudno mi powiedzieć. Także - dla każdego coś miłego Icon_wink .

Zespół o bardzo krótkiej karierze (1965-68 plus krótko około 1971), ale sporych sukcesach. Złożony z małżeństwa Phillipsów, oraz jeszczee dwóch osób (w tym jednego Kanadyjczyka, także to był zespół międzynarodowy).
A przede wszystkim znany z tego wspaniałego songu, absolutnie niesamowitego, już pierwsze dźwięki gitary na wstępie wzbudzają we mnie ciarki, a potem świetne przenikanie się chórku z wokalem głównym tworzy magiczny klimat, idealnie oddający ducha czasów i mający w sobie coś z nostalgii za utraconą przeszłością.

Bo trochę też taka była geneza piosenki. John i Michelle Phillipsowie napisali tę piosenkę już w 1963, podczas pobytu w zimowym Nowym Jorku, tęskniąc za słoneczną Kalifornią. W dodatku - drugi raz w krótkim czasie mamy do czynienia z piosenką, która się komuś przyśniła. Konkretniej - Johnowi. Obudził szybko żonę, by pomogła mu dokończyć piosenkę.

Jeden z moich ulubionych utworów i jakby mi kazano z tej części BTW wybrać tylko 20 (a może nawet 10?) utworów, to na pewno by się znalazł w tym gronie. A w kategorii ulubionych melodii ogólnie - myślę, że też pierwsza 20-ka pewna.

Ciekawostka: w lewym głośniku można usłyszeć także głos Barry'ego McGuire'a, który wykonywał kawałek w pierwszej wersji na swojej płycie solowej, w której to Phillipsowie śpiewali mu tylko chórki. Krótko potem nagrano nową wersję, już jako The Mamas & The Papas, zostawiając cały podkład i chórki, dogrywając tylko nowe wokale, solo na flecie i wstęp na gitarze. Ale nie usunięto całkiem wokalu McGuire'a. Singiel początkowo był grany w radiach w Kalifornii, ale tam nie radził sobie za dobrze (nie było za czym tęsknić?), dopiero w Bostonie stał się lokalnym przebojem (bo tam BYŁO zimno, gdyż wydano to pod koniec roku? Icon_wink ), co stopniowo rozlało się na cały kraj.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.06.2012 11:40 PM przez Miszon.)
02.06.2012 11:39 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #47
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
The Troggs WILD THING 1966 From Nowhere - The Trogg
w BTW od: ok. 2006



Mega prosty kawałek - w kółko dosłownie 3 chwyty. Dawniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale The Troggs nie byli pierwszym zespołem, który wykonywał ten utwór. Byli to The Wild Ones ze Stanów. Ale to Brytyjczycy mieli z tego nr 1 w USA Icon_smile .
Tak jak Gerry and the Pacemakers byli taką słabszą kopią The Beatles, tak też The Troggs byli takim odbiciem The Kinks (mieli tego samego menedżera, etc.). Co ważne - tak jak Kinksi - dorobili się chwały głównie dzięki jednemu klasycznemu riffowi. Właśnie z tej piosenki Icon_smile .
kolejne podobieństwo jest takie, że The Troggs byli wyjątkowo długowiecznym zespołem, podobnie jak The Kinks, bo powstali w 1964 i dopiero w tym roku oficjalnie zakończyli działalność (tamci do początku lat 90-tych dociągnęli). Aczkolwiek - po 1970 nagrali tylko 5 płyt z nowym materiałem, z czego ostatnią w 1992 (zresztą - we współpracy z członkami R.E.M., taki wspólny projekt). Mimo to - przez te lata mieli zadziwiająco stały skład, bo tylko 9 osób grało w zespole (z czego dwóch już nie żyje). Liderem był Reg Presley, którego to stan zdrowia (rak płuc) spowodował, że w styczniu tego roku musiał udać się na emeryturę, co oznacza koniec zespołu (chyba, wszak to świeża sprawa jeszcze).

Rzecz poznałem dzięki tej reklamie (albo innej, takiej z bungie zdaje się. Nie pamiętam, która była pierwsza), ok. 1994:




Ciekawostka: w wersji Troggsów ciężko rzec, w jakiej tonacji grają - tak się dziwnie nastroili, że jest to nie co wyżej niż A, a nieco niżej niż B. Niektórzy uważają, że to żart, a ja sądzę że po prostu nie mieli kamertonu i na wyczucie się stroili Icon_wink . Oczywiście - nie muszę wyjaśniać, jak utrudnia to granie tego kawałka wspólnie z zespołem, na własnej gitarze.

Ciekawostka 2: ktoś wysnuł na podstawie tekstu, że muzyka, do której tańczą bohaterowie piosenki, to jakiś kawałek Buddy Holly'ego Icon_wink2 (którego w BTW nie ma. O tak po prostu nie ma i już).

Nancy Sinatra BANG BANG (MY BABY SHOT ME DOWN) 1966 How Does That Grab You?
w BTW od: 2010. Nie ukrywam, że dzięki wersji Ani, która bije tą wg. mnie



bardzo ciekawe wideo, na żywo w TV jakiejś francuskiej, sądząc po zapowiedzi
Ciekawe - trzeci z rzędu kawałek, który został nagrany przez kogoś innego, ale chwilę po tym scoverowany (choć nie wiem czy można mówić o coverze przy California Dreamin', raczej remake zrobiony przez autorów). I to ta druga wersja jest w BTW.
W zasadzie, to ta wersja nie była singlem, ani wielkim przebojem, aż do wykorzystania w filmie Kill Bill. Filmu nie widziałem, ale wersję jakoś słyszałem gdzieś jednym uchem z tej okazji (choć jestem pewien, że znałem to już wcześniej). Ponieważ jednak wersja Cher mnie nie przekonuje, a wersji Ani nie może być w zagranicznej części Topu, to umieściłem w nim wersję Nancy Icon_smile .

Lekka zmiana stylistyczna (która w sumie nastąpiła już kawałek wcześniej). Przy okazji - właśnie odkryłem, że wczesniej miałem źle rok opisany i powinno być wcześniej:
James Brown I GOT YOU (I FEEL GOOD) 1965 singiel / 1966: I Got You (I Feel Good)
w BTW od: 2007



Bardzo nietypowa, bardzo szybka wersja z paryskiej Olimpii, z 1966
Rzecz wiecznie żywa, wiecznie tańczona, wiecznie świeża, przebój prywatek, dyskotek, balów sylwestrowych i wesel (ale tych z DJ-em, bo nie znam zespołu weselnego, który by to dobrze zagrał i zaśpiewał, więc pewnie dlatego nie próbują. I dobrze Icon_wink.

Mamy cała Brownową klasykę - niby 12-taktowy blues, ale przerobiony totalnie, krzyki i wrzaski, niespokojny rytm z przesuniętym akcentowaniem, słynne solo, nagłe pauzy i "wybuchy" dźwiękowe akompaniamentu. Funk i już. No nie ma co - biodra i nóżki same chodzą Icon_biggrin .

Najsłynniejsze jest chyba jednak "wykonanie" przez Robina Williamsa w filmie "Good Morning, Vietnam" Icon_wink :
https://www.youtube.com/watch?v=PV_gycC2...lated&hd=1

Absolutnie - jeden z najbardziej afirmacyjnych kawałków w historii! Icon_biggrin

Ciekawostka: 3 lata wcześniej bardzo podobny kawałek (ale z minimalnie innym tekstem i pod innym tytułem) nagrała jedna z wokalistek Brownowego chórku. James przerobił to całkiem, uzyskując z tego nową jakość i rzeczywiście inny utwór. Wykonywał kawałek już w 1964, wraz ze swoim towarzyszącym zespołem, The Famous Flames. Ostatecznie nagrał jako własny, bo zespół tu faktycznie mu nie towarzyszy.

Na dziś tyle, ale oczywiście to nie koniec 1966. Choć na pobicie rekordu 9 kawałków z 1956 wciąż trzeba będzie poczekać 8) .

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
02.06.2012 11:47 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #48
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Skończyłem na Jamesie Brownie. Dziś od niego zacznę:

James Brown IT'S A MAN'S MAN'S MAN'S WORLD 1966 It's a Man's Man's Man's World
w BTW od: 2007
Niewykluczone, że poznane dzięki jakiejś reklamie, bo był często w nich wykorzystywany.



Ten kawałek w wersjach koncertowych pokazuje prawdziwe, WIELKIE oblicze. Tutaj znowu paryska Olympia z 1966. Niesamowita wersja (a słyszałem/widziałem chyba kiedyś nawet lepszą, także ponad 10 minutową)!

Od siebie za wiele nie napiszę, poza tym, że rzecz jest majestatyczna, wielka wokalnie, o niepokojącym nastroju i mocno trafia w słuchacza. Szczególnie charakterystycznym dla Browna, nerwowym śpiewem, "na podwyższonej adrenalinie" czy innym ADHD Icon_wink .

Ciekawostka: kawałek często jest postrzegany jako szowinistyczny. Tymczasem: słowa napisała kobieta! Betty Jean Newsome konkretnie, która opisała po prostu swoje obserwacje, "samo życie" że tak powiem. Mimo to, Neneh Cherry postanowiła niejako odpowiedzieć na wyzwanie i w 1996 nagrała utwór "Woman", niejako w polemice z J.Brownem.

Ciekawostka 2: wspominany wcześniej przeze mnie towarzyszący Brownowi chórek, The Famous Flames, brał udział w nagraniu, ale jego partie zostały potem wycięte.

The Beach Boys GOD ONLY KNOWS 1966 Pet Sounds
w BTW od: 2011. Dostało się do BTW/2011 dosłownie w ostatniej chwili, może dzień przed Sylwestrem 2011 Icon_smile2



Nie mam pojęcia, czy znałem wcześniej (może tak, nie wykluczam), ale na pewno piosenka trafiła do mnie jakoś tak po raz pierwszy przy Love Actually (jest w pierwszej, a potem w ostatniej scenie filmu). Oczywiście - ponieważ jest tam cała masa innych fajnych kawałków, nie trafiła tak od razu (na pewno z kina zapamiętałem raczej Olivię Olson czy X-mas is all around Icon_wink ), a już na 100% nie skojarzyłem i nie zauważyłem wówczas, że to jest Beach Boys (raczej bym się spodziewał jakiegoś współczesnego zespołu typu Polyphonic Spree, czy coś w tym stylu). Za którymś obejrzeniem dopiero bardziej się temu przysłuchałem, a jak miałem DVD, to wtedy się wczytałem w napisy końcowe i zobaczyłem, że to BB są, co było dla mnie miłą niespodzianką Icon_smile . W zeszłym roku jakoś trochę tego zacząłem słuchać jesienią, a w dodatku oczywiście przed świętami puścili gdzieś film i w ten oto sposób rzutem na taśmę weszło do Topu Icon_smile .
A w tym roku słuchałem sobie jeszcze więcej (pewnie kilkukrotnie więcej niz wczesniej przez całe życie Icon_wink ) i wygląda na to, że to mój ulubiony kawałek zespołu (co nie było łatwo, przebić coś innego po ponad 20 latach Icon_wink2 ). Zapewne przyłożyło się do tego fajne brzmienie dęciaków, takie w stylu kawałków Bitli z okresu "Magical Mystery Tour", oraz klawesyn, nadający temu posmaku pewnego stylu J.S.Bacha (niczym w późniejszym "Fixing a Hole" Bitli, sądzę że jakoś mogło ich to zainspirować). A jeśli dołożyć "nieskończoność" tego utworu, poprzez w kółko się przewijający motyw wokalny, który super wciąga - no, perełka po prostu i myślę, że jeszcze ten utwór ma mi sporo do zaoferowania Icon_biggrin .

Ciekawostka: podobno to pierwszy popowy przebój ze słowem "Bóg" w tytule.

Z Pet Sounds myślałem też o "Woudn't it be nice", bo kawałek jest fajny i dobrze go znam, ale jest zbyt banalny mimo wszystko. Z pozostałych singli żaden mi nie podchodzi, może jak więcej się wsłucham w płytę, to wtedy jeszcze dorzucę jakiś minimum 1 (I Just Wasn't Made For This Days ?, Don't Talk ?). Tymczasem:

The Beach Boys GOOD VIBRATIONS 1966 singiel / 1967: Smiley Smile
w BTW od: 2011



Ten gostek grający na gitarze hawajskiej czy czymś w tym stylu przypomina mi kajmana Icon_wink .

Rzecz znałem na pewno już w latach 90-tych i to całkiem nieźle. Ale potem o niej zapomniałem. I przypomniała mi o niej dopiero ta scena (jeśli ktoś nie oglądał serialu LOST/Zagubieni - nie oglądać! Jedna z najważniejszych scen!):



(dla niewtajemniczonych - chodziło tu o to, że hasłem jest zagranie melodii z Good Vibrations. Ta postać była muzykiem, więc jako jedyna mogła to zrobić. O czym wcześniej nie wiedziano zresztą, w sensie że dlatego właśnie to on tam się powinien znaleźć)
Oglądałem połowę pierwszej serii (bo leciało równolegle z Desperate Housewifes, więc oglądałem odcinek jednego i odcinek drugiego), potem drugiej w ogóle nie oglądałem i całą trzecią. Nie wiem, w której odlecieli, ale dalej nie oglądałem (może fragmenty kilku odcinków). Na końcu tego odcinka puścili właśnie "Good Vibrations", aczkolwiek to nie był dobry koniec odcinka... Icon_sad .

Trochę mnie w BB razi głos tego gostka śpiewającego najwyżej. W sensie - w momencie jak śpiewa już tak naprawdę wysoko, taką "syrenką". Tu trochę tego słychać, ale na szczęście nie za dużo.

Ciekawostka: Brian Wilson twierdzi, że pomysł na piosenkę przyszedł mu, jak wspomniał scenę z dzieciństwa, kiedy to mama wyjaśniła mu, dlaczego na niektórych psy szczekają, a na innych nie, mówiąc że psy odbierają pozytywne (lub nie) wibracje wysyłane przez ludzi.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
05.06.2012 03:30 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #49
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Wracamy do brytyjskiej inwazji. Ale to już ostatni rok takiego poważnego nawału tych zespołów, potem wykonawcy amerykańscy się wyrobili i zaczęli nadążać. Poza tym - śmiało to można powiedzieć - powstał rock jako gatunek muzyczny. No i ogólnie - zrobiło się BARDZO ciekawie i nie zdradzę wiele, jeśli napiszę, że lata 1967-70 będą biły rekordy jeśli chodzi o liczbę utworów z nich pochodzących.
Ale to potem. Na razie jeszcze coś co śmiało można nazwać popem w brytyjskim stylu:

Herman’s Hermits NO MILK TODAY 1966 singiel / 1967: There's a Kind of Hush All Over the World
w BTW od: 2009. znałem oczywiście dużo wcześniej, bo miałem też taką dwupłytową składankę z British Invasion



szkoda, że nie słychać w tym występie bardzo fajnego wstępu na gitarze klasycznej (bo jej nie ma po prostu)
Zespół o dziwo istnieje do dziś, powstał w Manchesterze w 1963 roku, nagrał w ciągu 5 lat 5 płyt (to było z trzeciej z nich), zagrał w kilku filmach, potem w 1971 rozbił się na 2 zespoły konkurencyjne niejako: Herman's Hermits starring Peter Noone (zespół oryginalnego wokalisty), oraz Herman's Hermits starring Barry Whitwam (zespół oryginalnego perkusisty). Mimo tak długiego działania, po 1968 ograniczyli się (jedni i drudzy) jedynie do wydawania singli, zresztą ostatni w 1978.
Czyli taki typowy zespół revivalowy że tak powiem. A raczej - zespoły Icon_wink .

To wcale nie był ich największy hit - mieli dwa #1 w Stanach i jeden w UK, to radziło sobie gorzej. Ale to ten kawałek jest najfajniejszy Icon_smile2 . Prościutkie niby, już nie na czasie wówczas trochę, ale jednak - chwyta i już!

Mimo, że to rok 1966, to wchodzimy do zdecydowanie innej epoki muzycznej:

Janis Joplin SUMMERTIME 1966 singiel / 1968: Cheap Thrills
w BTW od: początku, czyli 1995



absolutnie niesamowita wersja (z występu dla TV w Sztokholmie w 1969)!
W powyższej wersji jest jeszcze więcej zabawnego "wyszywania" na gitarze na początku (trudno to w sumie nazwać solówką, raczej figuracją). Choć nie ma za to dość nieporadnego proto-fuzza, który jest w studyjnej wersji (możliwe że to ten sam efekt, którego użył K.Richards w "Satisfaction". W zasadzie - biorąc pod uwagę rocznik, nawet na pewno był to ten sam fuzzbox Gibsona).

Co do daty jakby były uwagi - owszem, płyta w 1968 wyszła, ale posiłkuję się tu telefonem pana Piotra Kaczkowskiego, który w czasie jednego z Topów (ok. 1996-98 roku) w Trójce zadzwonił ze sprostowaniem (Niedźwiedź podał, że rok 1962), podając dokładną datę (i godzinę nawet! Icon_smile2 ) nagrania tego kawałka - 23 IX 1966 o ile pamiętam (mam to zapisane w każdym razie). A potem nagrano ponownie.

Znałem oczywiście wcześniej wersję Gabriela z 1994 (i cały czas się waham, czy jej nie wrzucić do BTW, bo jest zarąbista), potem też poznałem wersję oryginalną, z "Porgy and Bess". Ale kiedy usłyszałem po raz pierwszy ten kawałek, w Trójkowym Topie w 1994, nagrałem go sobie owszem (bo znałem nazwisko Joplin), ale nie rozpoznałem z początku, że to ten sam kawałek. Dopiero jak się wsłuchiwałem potem w nagranie, to poznałem po słowach, że to jednak to samo jest Icon_wink2 (podobnie było potem z Cockerem i Bitlami. Tylko, że jego wersję znałem wcześniej).

Rzecz legendarna, klasyczna i absolutny trademark Janis. Na zasadzie - słyszysz Janis Joplin - myślisz "Summertime" (nawet jeśli chwilę potem pomyślisz "Piece of My Heart"). Niestety, jakoś na przełomie 1966/67, kiedy zyskała większą sławę, Janis powróciła także do alkoholu, a wkrótce narkotyków, z którymi to używkami miała już wcześniej problemy i z którymi dzięki pomocy przyjaciół zerwała niecałe 2 lata wcześniej...

Pierwsze wykonanie to oczywiście w operze Gershwina, w 1935 roku premiera (napisał muzykę 2 lata wcześniej, rok wcześniej dołożył do tego słowa DuBose Heywarda, autora książki "Porgy", nieco się tu wmieszała też Ira Gershwin i jest współautorem). Heyward (i Gershwin też, stąd nieco bluesowy charakter utworu, z klasyczną pentatoniczną skalą) szukali inspiracji w folku. Podobno była taka piosenka ludowa z Bahamów, gdzie były słowa: "Hush little baby, don't you cry./You know your mama's bound to die". Ale tropów jest więcej - pewna negrospiritual, a nawet piosenki żydowskie z Ukrainy.

Ciekawostka: no właśnie! Właśnie to jest najczęściej coverowany kawałek świata (grubo ponad 30 000 wersji, co przy niecałych 8000 "Yesterday" wygląda absolutnie monstrualnie) Icon_biggrin . Do końca lat 50-tych hitami były m.in. wykonania takich tuzów jak Billie Holiday (z 1936. Myślałem nawet nad umieszczeniem w BTW), Louis Armstrong z Ellą Fitzgerald w 1957, Sam Cooke w tym samym roku 1957, Gene Vincent w 1958 i też w 1958 Miles Davis. No i tak szło potem, że co parę lat był jakiś przebój dzięki temu Icon_smile .

Czwarty z kawałków, które w BTW są dopiero od 2012. Chociaż chciałem go już wcześniej dać i dopiero wyrzuty sumienia spowodowane poczuciem braku tego utworu w zestawie w czasie jego słuchania, spowodowały, że jednak wrzuciłem (mam nadzieję - ucieszy to was):

Frank Sinatra STRANGERS IN THE NIGHT 1966 Strangers in the Night
w BTW od: 2012



Jakoś dziwnie szczerze mówiąc zobaczyć ten kawałek przy tej dacie, a w dodatku przeczytać, że to był nr 1 zarówno w USA, jak i w UK. W dodatku - nagranie dostało kilka Grammy, łacznie z Record of the Year (dopiero drugi kawałek taki w BTW, a w tej części będą jeszcze tylko 2).

Moje skojarzenie jest dość przedziwne - w grze "Blood" (ach! Klasyka! Ależ człowiek się bał, już słysząc tą muzyczkę początkową! Mimo że grafika to były płaskie sprite'y! Icon_wink ), bohater którym sterujemy w którymś momencie do siebie mówi "Strangers in the Night?" (i potem coś dalej). Nie nazwałbym tego śpiewem, raczej mruknięciem, ale podobno to była próba zaśpiewania tej piosenki Icon_mrgreen .

Ciekawostka: pierwotny tytuł kompozycji to "Broken Guitar", potem była instrumentalem z filmu A Man Could Get Killed z tego samego roku, ale z tytułem "Beddy Bye".

Ciekawostka 2: Sinatra nie znosił tego kawałka. Jego krótkie 2 opinie o nim: "a piece of shit," "the worst fucking song that I have ever heard." Icon_mrgreen . Ale - miał dzięki tej "kupie gówna" pierwszy nr 1 od 11 lat! Icon_wink

Ciekawostka 3: na końcu Frank sobie podśpiewuje niezobowiązująco melodię, co bardzo spodobało się fanom, ale zostało wyciszone szybko w nagraniu, co ogromnie ich wkurzało. Dopiero na składance z 2008 roku naprawiono ten błąd, wydłużając piosenkę o 10 sekund, dzięki czemu można posłuchać więcej tego podśpiewywania Icon_smile (tu powyżej jest oryginalna wersja, z "wycięciem").

I jeszcze jedna rzecz z trochę innej epoki muzycznej. A nawet nie epoki, ale też krainy, podobnie jak Brown, Sinatra, czy Sinatra Icon_wink :

Percy Sledge WHEN A MAN LOVES A WOMAN 1966 When a Man Loves a Woman
w BTW od: 2010



(ach ta szpara między jedynkami Icon_wink2 )
Może nie jestem jakimś wielkim fanem tego kawałka, w dodatku nie bardzo pamiętam, którą wersję kiedyś bardziej lubiłem i którą poznałem jako pierwszą Sledge'a, czy Boltona - jak dla mnie są niemal identyczne. Ale co tu dużo mówić - rzecz jest przeklasyczna i megaznana i jej brak w BTW byłby grzechem, nawet większym niż mała ilość Dylana Icon_wink (zresztą - Dylany będą, ale nie w jego wykonaniach Icon_razz2 ).

Jeśli komuś ten kawałek się wydaje podobny do "A Whiter Shade of Payle", to ma rację - bas jest zdecydowanie ściągnięty od J.S. Bacha Icon_wink2 . Ja wybieram interpretację Procol Harum, a najchętniej - oryginał:



To jest dopiero afirmacja! Od razu za życia człowiek jak w niebie! Icon_biggrin

Ciekawostka: jako autorzy piosenki są zapisani 2 członkowie zespołu Percy'ego, ale tak naprawdę napisał go on sam, ale podarował niejako kolegom. Niezły gest! Icon_smile

Ciekowostka 2: tuż przed wejściem do studia, piosenka nie miała w ogóle słów ani tytułu (a nawet melodii konkretnej!). Sesja trwała, zostało trochę czasu i producent poprosił o nagranie jakiegoś wokalu. Percy zaimprowizował więc w trakcie śpiewu słowa, mając wcześniej tylko ogólny obraz, jak mają wyglądać. Zrobiły tak duże wrażenie na obecnych, że stwiedzili, że trzeba je zapisać, bo jest OK. Potem dokonano tylko kilku poprawek. Niezłe, no nie?! Icon_biggrin

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
05.06.2012 03:38 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #50
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Z okresu British Invasion blisko BTW są jeszcze (potem podlinkuję, teraz już się zmywam):
The Searchers - Love Potion no. 9
Manfred Mann - 5-4-3-2-1, oraz Do-wah-diddy-diddy
The Dave Clark Five - w sumie nie wiem co
The Animals - Don't Let Me Be Misunderstood (ale wolę wersję Cockera, ta jest jakaś za nerwowa)
The Zombies - Time of the Season
Myślę, że też coś The Ventures czy The Shadows, ale nie mam pomysłu co konkretnie.

The Who - My Generation nie ma bo zapomniałem po prostu o tym kawałku Icon_redface .

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
05.06.2012 03:40 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #51
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Powrót po grupowej przerwie Euro Icon_wink2 :

Jimi Hendrix Experience FIRE 1967 Are You Experienced?
w BTW od: 1999



(2 spostrzeżenia odnośnie tego video: swoboda i luz z jaką grał ten kawałek - niesamowite! Jakby sobie do ogniska przygrywał Icon_wink2 . Po drugie - wcześniej pisałem o zachowaniu publiczności na koncertach m.in. Bitli - że nie byli przygotowani do odbioru takiej muzyki na koncercie. Tutaj za to widać drugą fazę - wówczas muzyki słuchało się raczej w skupieniu, bijąc brawo w zasadzie tylko między utworami. Choć rzecz jasna bywały wyjątki Icon_wink2 . Zaś dzisiejsza kultura koncertowa, wszelkiego rodzaju zachowania uznawane za powszechne, wykształciła się raczej głównie pod wpływem punkrocka. A przynajmniej wydaje mi się, że tamten okres miał największy wpływ na dzisiejsze zachowania publiczności na koncertach rockowych).

Najpierw coś od siebie - moje skojarzenie już będzie z maturami związane Icon_wink . Otóż - jakoś słuchałem w okresie przedmaturalnym składanki Hednrixa. I włączyłem sobie też ją rano w dzień matur. Nie muszę dodawać, jak mnie ten kawałek zarąbiście naładował energią (nigdy jakoś wcześniej tak go nie odczułem) Icon_biggrin3 . Co prawda - z polskiego co by nie było, to wiedziałem że jestem spokojnie przygotowany napisać na 5, niezależnie od tematu, co więcej, niezależnie od tematu, to wiedziałem, że chce napisać o 1 książce i 1 cytacie (i idealnie pasowały Icon_smile ). Ale z racji, że zadziałała "magia kawałka", no to przed historią (z której miałem już cykora, bo w sumie bardzo dobrze się przygotowałem tylko do końca rozbicia dzielnicowego, które czytałem dzień wcześniej, plus XVII wiek i odkrycia geograficzne) też sobie z rana zapuściłem ten kawałek. No i - było rozbicie dzielnicowe jako jeden z tematów Icon_mrgreen .
Także - thx Jimi, za energię i dobre fluidy Icon_wink . Ta perkusja plus riff w tym kawałku - absolutna bomba energetyczna! Nic dziwnego, że tym utworem często zespół rozpoczynał koncerty.

Ciekawostka: to kolejny przykład na to, że piosenki teoretycznie opowiadające wiadomo o czym (tutaj jasne skojarzenie, że o seksie), mają często różną historię, niekoniecznie wcale powiązaną w jakikolwiek sposób z odczuciami słuchaczy. "Aw, move over, Rover, and let Jimi take over..." to tekst, wypowiedziany do psa basisty zespołu, Noela Reddinga. Noel zaprosił Jimiego i jakąś jego laskę na Sylwestra po występie w Anglii, do domu swojej matki. Było zimno, Jimi zapytał, czy może się przysiąść przy kominku. Matka Noela zgodziła się, ale na drodze stanął jej dog niemiecki, Rover. I właśnie takimi słowami się do niego zwróciła Icon_smile2 .

Ciekawostka 2: utwór był na płycie jużw 1967, ale na singlu wydano go dopiero w 1969. Może i słusznie, publika chyba nie była jeszcze gotowa na takie wyzwania Icon_wink .

Jimi Hendrix Experience HEY JOE 1967 Are You Experienced? [US]
w BTW: od początku, czyli 1995



Byłem mocno zaskoczony, kiedy się dowiedziałem, że to jest cover. W dodatku - o nie do końca sprecyzowanym autorstwie i genezie (w 1962 zarejestrował to jako swoje niejaki Billy Roberts. Ale podobno grał to już około 1956. A niektórzy zaczątków tekstu szukają w jakiejś piosence z początku XX wieku!). Tyle wiadomo, że w 1965 nagrał to zespół The Leaves, a rok później nagrał jeszcze raz Icon_wink , dzięki czemu miał przebój. Co ciekawe - Hendrixa natchnęła raczej nie wersja The Leaves, ale dużo wolniejsza, Tima Rose'a, który twierdził zresztą (także później przez dziesiątki lat), że to jest piosenka tradycyjna, a nie Robertsa. Możliwe też, że natchnęła go wersja zespołu The Creation, podobna w stylu do Rose'a. Ale hicior światowy zrobił z tego Jimi i tego się trzymajmy Icon_smile .
A w zasadzie - nie światowy, bo tylko w UK był przebojem, w Stanach w ogóle nie dostał się na listę przebojów (!).

Jakbym z tych 160 utworów miał wybrać 10, ten na pewno by się znalazł w tej 10-ce. Najwyżej było u mnie na 4. miejscu (w czasach kiedy BTW miało kolejność).

Wcześniej, przy Fire, pisałem o tym, że często inspiracje dla piosenek są mocno odległe od samych piosenek Icon_wink2 . Tak też było tutaj - Sham-rock też miało swojego Hey Joe (a konkretniej - Hej, Joe! Icon_wink ). Niewątpliwie Krzyśka (akordy i ogólna tematyka) z Mariuszem (słowa) natchnęło pod wpływem tego kawałka i stworzyli coś, w czym mocno wysilałem swoją rękę (moja gitara zaczyna kawałek i gra potem zawsze w tej kolumnie. Powinien to być lewy głośnik Icon_smile ) i co zupełnie nie przypomina źródła natchnienia Icon_wink :
http://w85.wrzuta.pl/audio/1o7YH74bapw/s..._-_hey_joe

Ciekawostka: to był ostatni utwór festiwalu w Woodstock, kiedy zostało już tylko 80 000 ludzi, zagrany jako ostatni bis.

The Moody Blues NIGHTS IN WHITE SATIN 1967 Days of Future Passed
w BTW od: 1997 (bo chyba w trzecim trójkowym TW zagrali wersję pełną, która mnie oczarowała totalnie)



Ciekawa sprawa - singiel wydany w 1967 był raczej średnim sukcesem (ledwo Top 20 w UK), dopiero ponowne wydanie w 1972 dało #2 na Billboardzie. Wydaje się, że publiczność nie była jeszcze przyzwyczajona do takich długich piosenek, stąd średni sukces początkowy. W 1979 zresztą wydano kolejny raz, tym razem w UK i tym razem znów weszło do 20-ki.

W tej najlepszej wersji jest ta część orkiestrowa, w której klawiszowiec Mike Pinder recytuje (rewelacyjnym radiowym głosem!) wiersz perkusisty Graeme'a Edge'a (reszta piosenki jest autorstwa wokalisty Justina Haywarda, który zresztą napisał ją mając zaledwie 19 lat!). Ponieważ cała płyta z której pochodzi utwór jest jedną wielką suitą, część tego wiersza pojawia się też na początku płyty (to był ostatni kawałek). Wiersz się zwie "Late Lament". Polecam zresztą całą płytę (mam na półce Icon_smile ).

Ciekawostka: mimo że część brzmień to faktycznie orkiestra, w głównej części utworu wykorzystano przede wszystkim mellotron, na którym grał Pinder. Mellotron oczywiście będzie nam za chwilę częściej towarzyszył w BTW, bo nadeszły jego złote czasy Icon_smile . Brzmienie to było zresztą charakterystyczne dla stylu Moody Blues w tamtym okresie.

Ciekawostka: pod koniec lat 90-tych zrobiła się afera, że niby piosenkę napisał francuski zespoł Jelly Roll, a Moody Blues kupili od nich prawa do niej i podpisali jako swoją. Powoływano się na singiel, który wydał ten zespół we Włoszech, na którym widać napis "This is the original version of Nights in White Satin". Prawda była taka, że owszem istniał taki zespół i owszem nagrał tę piosenkę, ale był to cover. Ale że mieli szansę wydać to kilka miesięcy przed wydaniem płyty Moody Blues, to dla dowcipu wrzucili ten napis na płytkę Icon_mrgreen .

Ciekawostka 2: chyba nawet przez kilka lat zapisywałem ostatnie słowo tytułu jako "sutton", a nie "satin". Podświadomy wpływ Chrisa Suttona, który wówczas miał zdaje się szczyt formy? Icon_wink

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
22.06.2012 12:14 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #52
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Cream SUNSHINE OF YOUR LOVE 1967 Disraeli Gears
w BTW od: 2009




kilka uwag odnośnie tego wideo:
- to pożegnalnego koncertu zespołu, z Royal Albert Hall, z 1968
- nie wiem co brał Ginger Baker, ale stanowczo sprawiło to, że nie wyglądał tu na lat 29, tylko minimum z 10, jak nie 15, więcej Icon_wink
- Clapton pokazuje, że nie tylko "slow hand", ale szybko też umiał grać Icon_smile . W dodatku - wygląda tu trochę jak Harrison Icon_wink

Rzecz o bardzo ciężkim riffie basowym, jeszcze wzmocnionym gitarą grającą dwudźwiękami, plus opętańcze, plemienne wręcz bębnienie. Stanowczo słyszę tu, że m.in. Black Sabbath wzorowali się na Cream.
Trio Bruce-Baker-Clapton było absolutnie jednym z pierwszych prawdziwych zespołów rockowych i w dodatku jednym z najlepszych. Wielka szkoda, że tak krótko razem grali... (i w sumie nie wiem dlaczego).

Dobrze się składa, że dopiero co pisałem o Hendrixie, bo koncert jego zespołu, na którym byli Bruce i Clapton, stał się inspiracją dla powstania tego kawałka (zresztą Jimi grywał to potem na swoich koncertach Icon_smile ). Faktycznie rzecz jest nieco w jego stylu, ale dużo cięższa. A jeśli chodzi o brzmienie, to można tu usłyszeć klasyczne dla Claptona w tamtym okresie brzmienie. Singiel był jedynym w historii zespołu, który w Stanach stał się złotą płytą (a wytwórnia na początku w ogóle nie chciał go wydać, bo uznali go za zbyt ciężki).

Ciekawostka: jako kontrast dla piosenki i słońcu, Eric rozpoczyna swoje solo od tematu z piosenki o księżycu (standard "Blue Moon" Rodgersa i Harta. Tak tak - ten od Manchesteru City! Icon_wink ).

Z Cream blisko BTW jest rzecz jasna jeszcze Badge, także White Room, który kojarzy mi się jako takie połączenie stylu Creedence Clearwater Revival z Black Sabbath.

A z Hendrixa z tej płyty z której 2 powyższe kawałki były, blisko BTW: Foxy Lady, a także (co prawda nie z płyty, bo było tylko na singlu) Purple Haze. To ostatnie chyba jednak niedługo włączę do zestawu bo jakoś razi mnie coraz bardziej jego brak...[/quote]

DUŻA zmiana klimatu:

Aretha Franklin RESPECT 1967 I Never Loved a Man the Way I Love You
w BTW od: 2011

Jak widać - nie tylko rock się znajdzie w BTW w epoce początków rocka. Soul słuchany tak z płyty to nie moja bajka, ale na żywo owszem ciekawy. Dlatego też takie oto nagranie proponuję sobie zobaczyć (wersja płytowa dużo gorsza jak dla mnie):



Kawałek na żywo, nawet tylko oglądany na ekranie, absolutnie poraża swoją energią i wielką siłą. A Aretha miała głos jak piorun! Icon_smile Rewelacja!

Rzecz stała się symbolem feminizmu, choć jak własnie wyczytałem, na początku wykonywał to Otis Redding i 2 lata wcześniej to jego wersja była średnim przebojem na listach R&B (zresztą - napisał to dla innego wykonawcy i wówczas była to ballada. W swojej wersji przyśpieszył rytm piosenki). Ale jego wersja miała nieco inne przesłanie. W wersji Arethy niby tylko nieco zmieniono tekst, ale interpretacja dała największą zmianę - teraz mamy manifest silnej kobiety, żądającej od swego facetu poszanowania. Nawet sam Otis był pod wrażeniem wykonania Arethy, np. w czasie festiwalu w Monterrey mówiąc, że za chwilę zagra piosenkę, "którą ta mała dziewczynka mu ukradła". Było to akurat jak cover był na listach przebojów. I tym razem nie tylko R&B, ale ogólnych i nie tylko w Stanach, ale też w innych krajach, czyniąc z Arethy międzynarodową gwiazdę. Faktycznie - ukradła: wersja Otisa Icon_wink . Otis zginął tragicznie pół roku później...

Ciekawostka: pisałem dopiero co, że Sunshine of Your Love wytwórnia Atlantic nie chciała wydać na singlu. Wydała m.in. dlatego, że klawiszowiec instrumentalnego zespołu R&B, Booker T. & the M.G.'s, który się kumplował z jedną z ważnych figur w wytwórni, powiedział, że bardzo lubi ten kawałek. Przypadek teraz mamy, bo znowu Booker T. & the M.G.'s mają coś wspólnego z BTW. Tym razem ich perkusista, Al Jackson, który podsunął Reddingowi pomysł na piosenkę, odpowiadając na jego marudzenia o ciężkim tournee: "What are you griping about? You're on the road all the time. All you can look for is a little respect when you come home."

Ciekawostka 2: w chórkach śpiewały 2 siostry Arethy

Blisko BTW z tej płyty jeszcze I Never Loved a Man (The Way I Love You). W zasadzie to myślę, że byłoby w BTW, gdyby nie to, że dużo wcześniej znałem wersję Kasi Kowalskiej, która co prawda jest podobna do oryginału, ale jest świetna i za bardzo mi się to zlało właśnie z tą wersją. Wykonanie z Sopotu w 1995 - absolutnie genialne! (zaśpiewała na bis, kiedy wygrała konkurs "A to co mam...", to zaśpiewała jeszcze raz zwycięską piosenkę, a potem ten cover. Przewodniczącym jury był Malcolm McLaren, który fajnie ją przytulił na scenie po przekazaniu nagrody Icon_smile ).

Rok 1967 oczywiście pobije (i to sporo!) dotychczasowy rekord roku 1956, jeśli chodzi o liczbę utworów. No ale, jak powstawały TAKIE rzeczy:

The Beatles I AM THE WALRUS 1967 Magical Mystery Tour
w BTW od: ok. 2000. Wcześniej nie miałem tego nigdzie nagrane, dopiero wtedy kupiłem kasetę. To była zresztą jedna z ostatnich, może 5, kaset jakie kupiłem. Z tego 3 to na wyprzedażach za 5 PLN




Totalna abstrakcja jeśli chodzi o tekst, plus dziwne nieco brzmienie. Miałem trochę pod górkę z tym kawałkiem, chyba był dla mnie zbyt dużym szokiem, że Bitle nagle tak grali (choć znałem wcześniej singlowe nagranie z także późniejszego okresu). Bardzo mnie zdziwiło, kiedy w jakimś plebiscycie na najlepsze autorskie utwory, zorganizowanym przez BBC (zdaje się nie pod koniec wieku, tylko z jakiejś rocznicy okrągłej BBC któregoś, około 1998 roku) to się znalazło w pierwszej piątce (obok m.in. jednego kawałka Robbiego Williamsa Icon_wink ). Z początku tak trochę pod presją "opinii publicznej" zacząłem doceniać, a potem już samemu. Szczególnie jak przeczytałem wreszcie w książeczce do tej kasety tekst i (nie)zrozumiałem o czym jest Icon_mrgreen . Czy też raczej o czym nie jest Icon_wink2 .
Teraz wiem, że to lejące się brzmienie to przede wszystkim zabawa z taśmami. Kiedyś miałem wrażenie, że coś jest nie tak z moim radiem Icon_wink2 . No i rzecz jasna - jakieś dźwiękowe oddanie klimatu LSD-owej podróży (pierwsze wersy powstały w trakcie właśnie takiego stanu. W jednej z nich widział Ginsberga, który opowiadał o Jezusie i Dylanie, a potem szedł w pochodzie Hare Kriszna. Czy jakoś tak Icon_wink ).

Lennon złożył ten kawałek z trzech różnych piosenek, nad którymi pracował - o siedzeniu na płatku kukurydzianym, o siedzeniu w ogrodzie, oraz (tym razem nie o siedzeniu Icon_wink ) o policji. Tytuł wziął z przygód Alicji w krainie czarów, konkretniej z "Po drugiej stronie lustra", gdzie jest postać morsa.


Ciekawostka: część bezsensownych słów, które są w tekście, Lennon dodał specjalnie, kiedy się dowiedział, że nauczyciel z jego podstawówki analizuje teksty Bitlesów na lekcjach. Ach, złośliwiec Icon_wink .

Ciekawostka 2: była to pierwsza piosenka nagrana przez zespół po śmierci menedżera, Briana Epsteina.

Ciekawostka 3: w pewnym momencie słychać w tle fragmenty słuchowiska radiowego BBC, konkretniej "Króla Leara".

Ciekawostka 4: reżyser Jean Beaudin użył tej piosenki jako ścieżki dźwiękowej w swoim filmie dokumentalnym "Vertige" z roku 1969. Ważna uwaga - zwolnił ją 800 razy ( Icon_lol ).

Coverek? Proszę bardzo:



Zaskoczył mnie muszę przyznać JIm Carrey, że ma TAKI wokal, jak pierwszy raz słuchałem tej płyty. W dodatku - dodał tu sporo swojego szaleństwo i wyszło bardzo fajnie Icon_smile . Na płycie wycięli te jego wstawki pod sam koniec.

Procol Harum A WHITER SHADE OF PALE 1967 Procol Harum [US]
w BTW od: 1996-7




(dopiero przed chwilą po raz pierwszy zobaczyłem, jak wyglądali ludzie z zespołu. Odnośnie samego obrazka - jakbym oglądał "Powiększenie" Antonioniego)
Rzecz klasyczna. Także w tym sensie, że po raz drugi mamy wykorzystanego pana J.S.Bacha. Z racji, że już wrzucałem oryginał, tym razem sobie odpuszczę. Chociaż? Może jednak nie, bo pewnie nie wszyscy wiedzą, że to jest nie tylko Aria na strunie G, ale też kantata Wachet auf, ruft uns die Stimme. Leci ona tak:
[video]https://www.youtube.com/watch?v=3sj-NKqR0tw&feature=related&hd=1[/video]
No i też trochę Percy'ego Sledge'a Icon_wink .

Specyficzna produkcja (dużo echa, szczególnie na wokalu i klawiszu), nadaje utworowi nieco nostalgicznego posmaku dźwięków z odległych epok. Przynajmniej ja takie mam odczucia. Plus do tego tekst, z którego najbardziej zapamiętałem fandango (i dzięki któremu dowiedziałem się, co to jest Icon_wink ), dość niezwykły jak na tamte czasy, raczej w klimatach dopiero mającego nadejść rocka progresywnego.

Ale rzecz wcale mnie od razu nie zachwycała. No owszem - jest Bach (którego jakoś o dziwo z początku nie skojarzyłem), ale raz że zdaje się w 1995 swoją wersję wydała Annie Lennox na płycie "Medusa" i nie polubiłem (może nawet nie tyle wersji, ale ogólnie Annie, szczególnie przez pierwszy singiel, "No more I love yous". Dziś inaczej to oceniam, ale tak było). w Trójkowym Topie też słyszałem, nagrałem sobie zdaje się przy trzecim dopiero, co oznacza że jakoś mnie nie ciągnęło do tego kawałka, leciał też w Dozwolone od lat 40 na TVP1. Ogólnie - mogłem słyszeć całkiem często i to różne wersje, ale jakoś mnie nie brało. Dopiero raz zobaczyłem na napisach końcowych australijskiego serialu "Wietnam", który emitowała Dwójka w piątki (w sam raz po LPP3 Icon_smile ) i wtedy jakoś mnie wzięło (na końcu, ale też w trakcie leciała zawsze jakaś "muza z epoki", co oczywiście było dużym plusem serialu Icon_biggrin ). Grała tam młodziutka Nicole Kidman (grała pacyfistkę protestującą przeciwko wojnie, jej brat zaś był jej weteranem. Mniej więcej tyle pamiętam Icon_wink ), a serial opowiadał o wojnie w Wietnamie z perspektywy australijskiej. O czołówka:



Serial polecam, szczególnie jak ktoś lubi klimaty "wietnamskie". Ja uwielbiam, więc zacząłem oglądać od pierwszego odcinka Icon_biggrin (to nie był długi serial, chyba 1 sezon 13 odcinków. Musiałbym spojrzeć do swojego "serialowego zeszytu", kiedy to dokładnie leciało i ile miało odcinków).

A jeszcze co do samego nagrania - jest to jeden z najlepiej sprzedających się singli w historii: ponad 10 milionów na świecie (mimo niedużej promocji w Stanach).

Ciekawostka: w 2004 w UK ogłoszono, że jest to najczęściej grany przez tamtejsze radia utwór w ciągu ostatnich 70 lat.

Ciekawostka 2: oryginalny tekst ma aż 4, a nie 2 zwrotki (faktycznie, to byłoby już nieco za długo), ale trzecią zespół całkiem często wykonywał na koncertach, a bardzo rzadko również czwartą. Co do jego analizy - niektórzy sądzą, że chodzi tu o uwiedzenie spowodowane opiciem się Icon_wink .
Cały tekst wygląda tak:
Cytat:We skipped the light fandango
Turned cartwheels cross the floor
I was feeling kinda seasick
But the crowd called out for more
The room was humming harder
As the ceiling flew away
When we called out for another drink
The waiter brought a tray

And so it was that later
As the miller told his tale
That her face, at first just ghostly,
Turned a whiter shade of pale

She said, there is no reason
And the truth is plain to see.
But I wandered through my playing cards
And would not let her be
One of sixteen vestal virgins
Who were leaving for the coast
And although my eyes were open
They might have just as wellve been closed

She said, Im home on shore leave,
Though in truth we were at sea
So I took her by the looking glass
And forced her to agree
Saying, you must be the mermaid
Who took neptune for a ride.
But she smiled at me so sadly
That my anger straightway died

If music be the food of love
Then laughter is its queen
And likewise if behind is in front
Then dirt in truth is clean
My mouth by then like cardboard
Seemed to slip straight through my head
So we crash-dived straightway quickly
And attacked the ocean bed
Nie będę pisał jako ciekawostki opowieści o nierówno grającym perkusiście sesyjnym, bo to wszyscy znają Icon_wink .

Ciekawostka 3: w 2006 roku organista zespołu wywalczył w Sądzie Najwyższym 40% praw do piosenki (wcześniej całość była Gary'ego Brookera). Aczkolwiek chciał 50%.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
22.06.2012 12:27 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #53
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Kolejny z "zapomnianych" utworów, czy też takich, które dopiero w 2012 dorzuciłem do BTW. Czwarty, albo piąty, nie pamiętam już:

The Beatles LUCY IN THE SKY WITH DIAMONDS 1967 Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band
w BTW od: 2012




kurde, dlaczego nigdy nie widziałem "Yellow Submarine" w TV?
Przedziwnie mi się z początku słuchało tej płyty (jakoś w 1992 tata mi kupił. Na kasecie z Takt Music rzecz jasna Icon_wink ). Na początku nie wiedziałem dlaczego, dopiero potem sczaiłem, że to chyba chodzi o to "radykalne stereo", czyli bardzo dziwne porozdzielanie ścieżek na oba kanały. Tzn. - zauważyłem to od razu i bawiłem się w ten sposób, że przykładałem ucho tylko do jednego głośnika, słuchając, co w nim grają (a czasem np. nie było w nim w ogóle wokalu!) Icon_smile . Ale nie byłem pewien, czy to właśnie spowodowało takie dziwne odczucia przy słuchaniu. Do dziś w sumie nie jestem pewien, ale podejrzewam, że jednak to.

Rzecz nie mogła być singlem (jak i inne z płyty), z powodu wiadomo jakiego - LSD w tytule, choć John wielokrotnie się tego wypierał i twierdził, że to ludzie dorobili sobie teorię, a to po prostu tytuł obrazka jego synka, Juliana. Ale np. Paul stwiedził kilka lat temu, że oczywiście że tak - że kawałek JEST o LSD. Podobnie jak kilka innych traktujących o narkotykach (np. Got to Get You Into My Life, czy Day Tripper). Czyli jednak Icon_wink .

Ta płyta była najlepiej sprzedającą się płytą w latach 60-tych. Nie dziwię się Icon_smile . Osobiście uważam ją za najlepszą w dorobku zespołu (choć nie jest moją ulubioną).

Nietypowe brzmienie organów, zmieniające się ze zwrotki na refren metrum, tajemniczy tekst, nie do końca zrozumiały - to działało na wyobraźnię. Także moją - napisałem inspirowaną (głównie tekstem, ale też chyba pewnym obrazem, choć już nie pamiętam jak się zwał i czyj był) piosenkę. Robocze tytuły były różne, obecny to "Walc na diamentowym niebie (Deszczowy)". Istnieją tak naprawdę 3 wersje - jedna całkiem moja, druga Mariuszowa (zagrałem mu kawałek, powiedziałem, żeby nieco zmienił tekst i dopisał refren. Wyszło coś zupełnie innego tekstowo, ale niesamowicie klimatyczne, szczególnie dlatego że mocno spowolnił tempo utworu, bo zapomniał, w jakim ja to grałem Icon_wink ), oraz trzecia w której połączyłem moje zwrotki z jego refrenem, wyśrodkowując tempo. Niektórzy słyszeli ten kawałek na Zlocie LPP3, który był na Mokotowie (jako ostatni zagrałem. Taki długas ponad 8 minut). Tekst leci tak:
Cytat:Dziewczynę z obrazu na stacji widziałem
Gdzieś w mieście dalekim, raz pierwszy tam byłem
A obraz ten u mnie wszak wisi na ścianie
Jest rzeka i łódka i ona jest na niej

Pogoda jesienna i ptaki gdzieś lecą
To chyba żurawie? A może gęgawy?
Błękitna rzeka hen, do nieba, gdzieś wpada
A ja tę dziewczynę na stacji widziałem

To obraz Lennona, tak - teraz pamiętam
A kiedy o imię dziewczynę spytałem
Bez słowa odeszła, kiwnęła raz głową
Dziewczyny z obrazu więcej nie widziałem.

Ciekawostka: Lennon sam nawiązał do tej piosenki w dopiero co opisywanym "Morsie"

Ciekawostka 2: słynna australopitka (?), odnaleziona w 1974, Lucy, imię dostała właśnie od tej piosenki. Dlaczego? A bo piosenka często leciała na terenie obozu paleontologów Icon_biggrin .

Coveru nie będzie, bo nie znam żadnego naprawdę fajnego. Chociaż? Może ewentualnie Elton John?




A teraz - wg. mnie najlepszy utwór, jaki nagrał najlepszy zespół. Aczkolwiek - to nie jest mój ulubiony kawałek (ich może tak, nie wiem, ale ogólnie na pewno nie). Ot, paradoksy BTW Icon_wink :

The Beatles A DAY IN THE LIFE 1967 Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band
w BTW od: 1998. Wcześniej w sumie nie wiem dlaczego w takim kontekście go nie umieszczałem. Może musiałem do niego dorosnąć? Nie bywał w setce Trójkowego Topu? (czego nie zrozumiem chyba nigdy. A teraz w dodatku nawet nie jest w zestawie...)




Rzecz powstała z dwóch niedokończonych piosenek, które Paul z Johnem postanowili połączyć w jedno. Jak często w takich przypadkach - wyszło im to fenomenalnie!

Tu mamy dobrze słyszalny ten "radykalizm stereo" - z prawej wokal, z lewej gitara, bas i fortepian w obu, perkusja lata po kanałach. Ach ta perkusja! To ona jako pierwsza mnie oczarowała w tym utworze! Cudowna, melodyjna, kojąco-rozbudzająca! Potem doszły niesamowite akordy części lennonowskiej - czasami brałem gitarę (albo lepiej siadałem za pianinem) i mogłem w kółko młócić to początkowe G h e C/C7+/C/C7+ Icon_biggrin . Na gitarze oczywiście z początku nie mogłem sczaić tej septymy powiększonej, ale tu bardzo się okazało pomocne pianino i uwielbiam szczególnie ten moment, jak wchodzi ten akord (już pisałem zresztą, że bardzo lubię przejście z czystego akordu do septymowego powiększonego. Nawet zaaranżowałem jakoś mniej więcej około 1998 "Cichą noc" na same akordy 7+ Icon_wink , zmieniając metrum zresztą na 4/4).

Potem to niesamowite narastanie 40-osobowej orkiestry dyrygowanej przez Martina i McCartneya (w czasie nagrań muzycy klasyczni w ogóle nie chcieli tego grać, buntowali się, bo nie wiedzieli, o co chodzi, nie widzieli w tym sensu) i przejście do części mccartneyowskiej, w zupełnie innym klimacie (i to "psowe" posapywanie Icon_wink ). Tym razem fortepian i bas tylko z lewej, reszta raczej bez zmian (perkusja już w obu kanałach, bez szaleństw).

Potem płynne przejście do części pierwszej, przy mocno odlotowym wyciu Lennona, do którego jak dołożymy dziwną progresję akordów, to mamy niezłą psychodelę. Ale tym razem głośniki zamieniają się miejscami w stosunku do pierwszej części - głos z lewej, gitary z prawej, teraz tylko tam także fortepian.

Potem znowu glissando orkiestry (i te nadnaturalnie głośne dźwięki high-hata raz na jakiś czas, jak zaburzona percepcja) i... niesamowity symbol wielkiej harmonii, wspaniałe zakończenie wspaniałej płyty, grany na trzech fortepianach i 1 organach przez 5 osób (Paul, John, Ringo, George Martin, Mel Evans) czysty akord E. Szukano tu różnej symboliki, przede wszystkim jako harmonia wszechświata. Ale... chwila ciszy i dziwne przeplatające się głosy Paula i jakichś ludzi, z prawej do lewej. I tak bez końca (to był pomysł Paula - aby ludzie mogli się cieszyć ich muzyką bez końca. Zapętlono ostatni rowek na płycie i jeśli ktoś nie podniósł igły lub nie wyłączył sprzętu, płyta grała nonstop. Niestety - na CD nie do odtworzenia... Icon_sad .

Frazy "I had a smoke", oraz "I'd love to turn you on" spowodowały, że utwór dostał bana na nadawanie w radiach i pozostały tylko pirackie rozgłośnie z morza. Niestety, w ten sposób najlepsza płyta nie miała singli, które byłyby przebojami... Niewątpliwie, jest w tym prawda, był to okres głoszenia przez "guru LSD", T.Leary'ego, hasła "Turn On, Tune In, Cop Out". Kiedy Paul z Johnem chcieli jakoś połączyć swoje części piosenki, dorzucili tą frazę, po czym jak opisywał Paul, spojrzeli po sobie znacząco w stylu: "aha, to jest piosenka o narkotykach, wiesz o tym, no nie?". Podobnego zdania był Martin (szczególnie odnośnie fragmentu "I had a smoke, sb spoke and I went into a dream"), który zauważył, że czasem zespół wymykał się ze studia niby "na dymka". I choć nigdy tego nie robili w jego obecności, przypuszczał, że palili wówczas trawkę.

Tekst części mccartneyowskiej odnosi się do jego młodości, co koresponduje z pierwotnym zamysłem odnośnie płyty - miał to być koncept album traktujący o powrocie do czasów dzieciństwa. Koncepcja się nasunęła, kiedy John oraz Paul w tym samym czasie napisali piosenki o takiej tematyce - "Strawberry Fields Forever" i "Penny Lane". Postanowiono to rozwinąć i zrobić taką całą płytę. Ostatecznie w trakcie okazało się, że efekt końcowy odbiegał od pierwotnych założeń i w zasadzie tylko utwór tytułowy i "With a Little Help From My Friends" wypełniają założenia konceptu (może jeszcze w jakimś sensie "She's Leaving Home"). A 2 kawałki, które stały za powstaniem w ogóle tego pomysłu, w ogóle nie weszły na płytę. Co zresztą jest nazywane do dziś przez George'a Martina największym błędem jego producenckiego życia...
Jednak ugiął się tu presji zespołu - w owym okresie Bitle wciąż uważali, że nie uczciwe byłoby wobec fanów umieszczanie na płytach długogrających utworów, które wcześniej ludzie kupili na singlach. Chodziło o to, że niejako drugi raz płaciliby za to samo. W sumie szkoda, że się ugiął, singiel (miał 2 strony A) idealnie pasuje brzmieniowo do Sierżanta Pieprza i w dodatku wtedy już nie byłoby żadnej wątpliwości, co jest najlepszą płytą w historii Icon_wink .

Lennon napisał swoją część z kolei pod wpływem różnych artykułów w gazecie. Natomiast szczególnie ta część o wypadku była często potem wykorzystywana przez zwolenników plotki "Paul is dead" (jakoby opowiada o tym, że to McCartney zginął w wypadku samochodowym, na okładce widać zdjęcie zespołu nad jego trumną, potem występował jego sobowtór, etc. Pisałem już o tym gdzieś tutaj, m.in. przywołując scenę z filmu "Bezsenność w Seattle". Pasjonująca lektura jeśli chodzi o tą plotkę i świetna instrukcja dla wszelkich zwolenników teorii spiskowych, jak i ich przeciwników, ze "smoleńskim spiskiem" włącznie Icon_wink ).

Ciekawostka: bardzo długo fragment między częścią Johna i Paula był pusty. Grano tam po prostu przez 23 takty jeden powtarzany akord na fortepianie, Ringo nabijał rytm, a Mal Evans, techniczny studia, liczył takty, dodano do tego narastający efekt echo, a na końcu uruchamiał budzik trzymany w ręce (czyli można rzec, że ta część to takie stopniowe rozbudzanie ze snu, którym była oniryczna lennonowska partia). Grałem zresztą taką wersję kiedyś w HJ, w audycji o wieloczęściowych utworach (pierwsze w historii HJ na żywo Icon_smile . Zabawnie też w pewnym momencie Paul tam się pomylił i słychać potem jego "oh, shit" Icon_mrgreen ). Chłopaki nie wiedziały, co z tym fragmentem zrobić.

Ciekawostka 2: nic dziwnego, że orkiestra patrzyła na Martina jak na szaleńca, jak im powiedział i pokazał co mają grać - dla każdego instrumentu zapisał najniższy możliwy do osiągnięcia dźwięk, a na końcu najwyższy możliwy dźwięk, jak najbliższy e (bo tak szło dalej). Pomiędzy nimi była wznosząca się linia oznaczająco glissando, a co kilka taktów dopisana nuta, w okolicach jakiej w danej chwili powinni się znajdować muzycy. Zdecydowanie - muzyka współczesna Icon_wink2 . Smyki jakoś dobrze sobie radziły z zadaniem, zaś blaszaki były zdecydowanie bardziej nieposkromione. Tak w ogóle, to McCartney chciał 90-osobowej orkiestry, ale raz że byłby za duży koszt, dwa że ciężko to byłoby ogarnąć. Ostatecznie nagrano cztery podejścia i potem je połączono w jedną ścieżkę, wielkie crescendo. Dodatkowo - co widać na filmiku - muzycy poubierani byli w różne dziwne przeszkadzajki, typu wielkie nosy, maskę goryla, balony doczepione do instrumentów, etc.

Ciekawostka 3: piosenkę nagrywano od połowy stycznia, kończąc dopiero po miesiącu, w sumie zajęło to 34 godziny. Pierwszy CAŁY album zespół nagrał w... 10 godzin Icon_mrgreen .

Ciekawostka 4: końcowy akord początkowo był wymruczany przez 4 Bitli i zwielokrotniony. Ale nie brzmiało to wystarczająco dobitnie (nic dziwnego). W samym zaś nagraniu podobno słychać ruszające się papiery oraz skrzypiące krzesło w studio. Jest tak dlatego, że w miarę jak wygasało brzmienie, zwiększano poziom czułości mikrofonu, tak by nadal było słychać dźwięk.

Ciekawostka 5: cały skład, który brał udział w nagraniu (wg. wiki, tutaj reszta w większości z głowy pisana Icon_smile ) :

Cytat:John Lennon – lead vocal (verses), acoustic guitar, maracas, piano (final chord)
Paul McCartney – lead vocal (middle-eight), piano, bass
George Harrison – maracas
Ringo Starr – drums, congas, piano (final chord)
George Martin – harmonium (final chord) and producer
Mal Evans – alarm clock, counting, piano (final chord)
Geoff Emerick – engineering and mixing
Orchestrated by George Martin, John Lennon and Paul McCartney
Conducted by George Martin and Paul McCartney
John Marston – harp
Erich Gruenberg, Granville Jones, Bill Monro, Jurgen Hess, Hans Geiger, D. Bradley, Lionel Bentley, David McCallum, Donald Weekes, Henry Datyner, Sidney Sax, Ernest Scott – violin
John Underwood, Gwynne Edwards, Bernard Davis, John Meek – viola
Francisco Gabarro, Dennis Vigay, Alan Delziel, Alex Nifosi – cello
Cyril Mac Arther, Gordon Pearce – double bass
Roger Lord – oboe
Basil Tschaikov, Jack Brymer – clarinet
N. Fawcett, Alfred Waters – bassoon
Clifford Seville, David Sandeman – flute
Alan Civil, Neil Sanders – french horn
David Mason, Monty Montgomery, Harold Jackson – trumpet
Raymond Brown, Raymond Premru, T. Moore – trombone
Michael Barnes – tuba
Tristan Fry – timpani

Ciekawostka 6: z racji na "narkotykowość" tych utworów, zarówno ten, jak i wcześniej przeze mnie opisywany utwór, a także "With a Little Help From My Friends" (tu chyba przesada z cenzurą) nie znalazły się na wersjach albumu, które ukazały się w Azji Południowo Wschodniej Icon_facepalm .

Ciekawostka 7: podobno w kwietniu 1967 Paul puścił to nagranie Brianowi Wilsonowi z Beach Boysów. On, nie dość że miał wówczas pewne problemy psychiczne, kompletnie się załamał słysząc ten kawałek. Co spowodowało tym, że przerwał pracę nad płytą "Smile", która miała być opus magnum zespołu. Więcej by się wypowiedzieli tu inni forowicze, ale w każdym razie czytałem w kilku miejscach, że faktycznie tak było.

PS. Aha - 1 czerwca była 45 rocznica wydania płyty! Świętowaliście? Ja tak Icon_biggrin .

Chyba nie ma żadnego satysfakcjonującego coveru tego kawałka. Najbardziej znany i poważany jest chyba ten Jeffa Becka (nagroda Grammy za najlepsze nagranie instrumentalne), ale mnie nie przekonuje. Bez tekstu to nie ma sensu.

Jakby ktoś się przeraził powyższym opisem - mam nadzieję, że nie będzie dłuższego opisu kawałka (bo tu i dużo od siebie wrażeń i sporo faktów) 8) .

Teraz np. mniej, a poza tym spuszczamy nieco z napuszonego może tonu:

Gene Pitney SOMETHING'S GOTTEN HOLD OF MY HEART 1967 singiel
w BTW od: 1999, potem wyrzuciłem nie wiem dlaczego i wróciło w 2009




Najbardziej mi się to video kojarzy z "Dozwolone od lat 40" na TVP, szczególnie w czasach jak była tam jakby taka lista przebojów (ale jak zaczął zawsze wygrywać Scott McKenzie, to zakończyli projekt).
Natchniony, emocjonalny śpiew, w dodatku wysokim głosem, dobrze się zgrywa z bardzo chłopięcym wyglądem Gene'a. Niektórzy mogą też kojarzyć wersję nagraną przez niego wraz z Markiem Almondem w latach 80-tych (nawet na Zlocie LPP3 wspominał o tym djjack). Zresztą, to tamta wersja była największym hitem - oryginał owszem był #5 w UK, ale w Stanach w ogóle nie wszedł do setki. A w 1989 było kilkukrotnie miejsce 1 w UK i także w innych krajach duży przebój.

Mam jeszcze takie skojarzenie, że utwór ten zagrał Piotr Kaczkowski w minimaxie w 2006 roku, zaraz po tym, jak doszła wiadomość o śmierci Gene'a. Zmarł w hotelu na atak serca (Something's Gotten Hold Of My Heart...), kilka godzin po swoim występie, na którego końcu zresztą dostał owację na stojąco, w czasie tournee po Wielkiej Brytanii. Zresztą ten kawałek zaczynał zawsze jakąś audycję w Trójce, zaraz po minimaxie, o 2 w nocy. Więc to było tak, że słuchałem tego i szedłem spać Icon_wink .

Okres największej popularności Pitneya to lata 1966-70. Popularny był głównie w Europie Zachodniej i Australii, w Stanach jakoś nie doczekał się uznania. Od 1970, kiedy postanowił ograniczyć aktywność koncertową (max. pół roku poza domem - tak sobie postanowił i się tego trzymał), nieco spadła jego popularność, ale do połowy lat 70-tych jak najbardziej utrzymywała się na sporym poziomie.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
22.06.2012 12:47 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #54
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Scott McKenzie SAN FRANCISCO (BE SURE TO WEAR SOME FLOWERS IN YOUR HAIR) 1967 singiel / The Voice of Scott McKenzie
w BTW od: ok. 1998




wersja jakaś niemrawa, ale za to można pooglądać sobie obrazki z festiwalu Monterey Pop Festival z 1967, festiwalu który rozpoczął niejako złotą erę hippisów, zakończoną niesławnym festiwalem Altamont Speedway Free Festival w 1969. Oczywiście szczytowym momentem był Woodstock, ale najczęściej się uważa, że muzycznie lepsze dużo były właśnie Monterey, a także na wyspie Wight w 1968.Także - ze względów socjologiczno-dokumentalnych - można sobie popatrzeć Icon_smile

Właśnie dzięki temu festiwalowi piosenka stała się wielkim hitem, nr 1 w USA, UK, oraz wielu krajach w Europie. Zresztą, w Europie stała się swego rodzaju hymnem hippisowskiej wolności, a także jednym z symboli praskiej wiosny 1968 roku. Wg. księgi rekordów Guinessa, jest w pierwszej 50-ce najlepiej sprzedawanych singli w historii (ok. 7 mln egzemplarzy).

Moje skojarzenie jest związane z tym, o czym pisałem przy Pitneyu - Scott nonstop okupował listę przebojów w programie Dozwolone od lat 40 w TVP i radiowej Jedynce. Były tam oczywiście prezentowane różne "oldies", najczęściej z lat 60-tych. Scott jakoś ze 3/4 notowań był na pierwszym Icon_wink .

Ciekawostka: piosenkę napisał John Phillips z The Mamas & The Papas.

Skoro mowa o dzieciach-kwiatach, scenka idealnie pokazująca nastrój tamtych czasów, a w dodatku swego rodzaju wszechświatowy hymn miłości:
The Beatles ALL YOU NEED IS LOVE 1967 singiel / Magical Mystery Tour
w BTW od: zawsze, czyli 1995. A mogłoby oczywiście od ok. 1991 nawet, bo wtedy sobie kupiłem kasetę "Yellow Submarine". Firma Tact Icon_wink




Widok Micka Jaggera wśród publiczności, klaszczącego, bujającego się i śpiewającego wraz z resztą - bezcenny Icon_biggrin3 . Zresztą, to żucie gumy przez Bitle podczas śpiewania też zarąbiste Icon_wink
Na widok tego obrazka od razu śmieje mi się gęba Icon_biggrin . Afirmacja, radość, wspaniała muzyka, nastrój zabawy - po prostu idealnie zrobili to, co zakładali!
A założenie było takie: na zaproszenie BBC napisać piosenkę, która byłaby ogólnoświatowym hymnem-manifestem, zrozumiałym dla wszystkich. Pierwsze wykonanie utworu (to co widzimy na filmiku) odbyło się w czasie specjalnego programu "Our World", który był pierwszą w historii ogólnoświatową transmisją telewizyjną na żywo (IO w Meksyku przecież dopiero rok później!). Program oglądało w 31 krajach około 400 mln ludzi. Oprócz Bitlesów wystąpili w nim też np. Maria Callas, czy Pablo Picasso. Przesłaniem programu było ogólnoświatowej zjednoczenie ludzkości dla dobra pokoju, harmonii, etc. Ta piosenka kończyła program. Wcześniej przeprowadzono tylko 1 próbę. Na widowni, oprócz Jaggera, można wyłowić wzrokiem zresztą więcej znanych muzyków.
Niestety, dziesięć dni przed transmisją, z projektu wycofał się blok wschodni Icon_mad , niby jako protest przeciwko wojnie sześciodniowej. W zasadzie to jestem niemal pewien, że od początku ZSRR nie miał zamiaru brać w tym udziału, tylko szukał pretekstu. No i znalazł niestety...

Program był nadawano czarno-biało, stąd też początek tego wideo jest bez kolorów. Ale na potrzeby "Beatles Anthology", w 1995 pokolorowano obraz, kierując się zdjęciami zrobionymi podczas kręcenia programu. I wygląda to dużo lepiej przyznam szczerze Icon_smile .

Jeszcze ze swoich wrażeń - początek od razu wydał mi się znajomy i pamiętam, jak się ucieszyłem, jak po kilku/kilkunastu przesłuchaniach "odkryłem", że nic dziwnego, bo to wszak... Marsylianka! Icon_smile (moja siostra w ogóle się zakołowała, bo na jakimś meczu na ME w 1996, albo eliminacyjnym do nich jak Polska grała z Francją, jak usłyszała początek hymnu przed meczem powiedziała: "a co to?! Bitelsi?!" Icon_mrgreen ).

Ulubione momenty: oczywiście niesamowita końcówka, kolaż muzycznych motywów z wielu epok. W tym, co zapowiadałem na początku tego Topu - ponownie możemy usłyszeć otwierające BTW... "In the Mood" Glena Millera Icon_biggrin3 . Jest też "She Loves You", którego w BTW nie ma, ale jakoś symbolicznie jednak się dzięki temu znalazło Icon_wink . Zresztą - zawsze myślałem, że to Paul się tak wygłupił, a dopiero po zobaczeniu kiedyś tego wideo się dowiedziałem, że się myliłem Icon_wink . Drugi moment: zarąbiste "wznoszenie się" smyków w jednym z refrenów, a potem pozostawanie na tym wysokim dźwięku do końca. Ciary po prostu jak to jest (ok. 2:40-2:50 na tym klipie).

Ciekawostka: co prawda jako pierwszy (i chyba jedyny) przebój w metrum 7/4 uznaje się "Money" Floydów, ale tutaj też mamy takie "niby 7", ponieważ nie wiem czy zauważyliście, ale we zwrotce jest jeden takt na 4, potem jeden na 3. I tak na zmianę. Ciekawy motyw. Okazuje się, że to wcale nie taki prosty kawałek, no nie? Icon_wink W warstwie harmonicznej też jest ciekawie, bo mamy coś charakterystycznego dla Beatlesów - ta sama melodia jest grana z innymi akordami przy powtarzaniu się tej melodii.

Ciekawostka 2: to nie było całkiem live. Jak widać na wideo - grano do zrobionego już częściowo podkładu (rytmicznego, ale też np. były tam klawisze, klawesyn i coś jeszcze). W dodatku - przed wydaniem singla John nagrał ponownie swój wokal, z którego nie był zadowolony, a także Ringo wrzucił kilka poprawek (np. w nagraniu na początku na "Marsyliance" potrząsał tamburynem, na płycie jest wstawka na werblu).

coverek:



wersja jak wersja, ale za to ta scena w filmie to absolutny wyciskacz łez Icon_wink .

Może tak jeszcze jeden kawałek teraz. Co prawda nie po kolei trochę, ale potem pojadę serią (bo 3 kawałki będą z 1 płyty i przejdziemy do 1968), dlatego teraz rodzynka:
Leonard Cohen SUZANNE 1967 The Songs of Leonard Cohen
w BTW od: 2010




Coś mi się ostatnio pokopało, że największy Isle of Wight był w 1968. W 1970 (oczywiście w 1968 też był, ale to w 1970 grał np. Miles Davis Icon_exclaim ). I z niego ten obrazek
Jeden z największych poetów pogranicza rocka, jak widać głos miał zawsze niski i ochrypnięty, o niewielkiej skali, co pomogło mu zapewne wykonywać w tej chwili stare kawałki tak samo dobrze, jak dawniej Icon_wink .
Suzanne znałem oczywiście dużo wcześniej w wersji polskiej, pana Zembatego, miałem nawet taki śpiewnik turystyczny "Lokomotywa", były w nim piosenki "socjalistyczne", "bieszczadzkie", partyzanckie, a nawet biesiadne, a do tego kilka piosenek Cohena własnie w polskich tłumaczeniach (na pewno jescze "Tańcz mnie po miłości kres" i "Błękitny prochowiec", ale chyba ze 2 inne też).

Oto tłumaczenie pana Macieja [*] :
Cytat:Zuzanna (Suzanne)

W swe miejsce nad rzeką
Zabiera cię Zuzanna
Możesz słuchać plusku łodzi
Możesz zostać z nią do rana
Wiesz że trochę źle ma w głowie
Lecz dlatego chcesz być tutaj
Proponuje ci herbatę
Oraz chińskie pomarańcze
I gdy właśnie chcesz powiedzieć
Że nie możesz jej pokochać
Zmienia twoją długość fali
I pozwala mówić rzece
Że się zawsze w niej kochałeś

I już chcesz z nią powędrować
Powędrować chcesz na oślep
Wiesz że ona ci zaufa
Bowiem ciała jej dotknąłeś
Myślą swą

Pan Jezus był żeglarzem
Gdy przechadzał się po wodzie
Spędził lata na czuwaniu
W swej samotnej wieży z drewna
Gdy upewnił się że tylko
Mogą widzieć go tonący
Rzekł - Żeglować będą ludzie
Aż ich morze wyswobodzi...
Lecz zwątpił zanim jeszcze
Otworzyły się niebiosa
Zdradzony niemal ludzki
Jak kamień zapadł Jezus
W mądrość swą

I już chcesz z nim powędrować
Powędrować chcesz na oślep
Myślisz - chyba mu zaufam
Bowiem dotkną twego ciała
Myślą swą

Dziś Zuzanna za rękę
Prowadzi cię nad rzekę
Cała w piórach i w łachmanach
Z jakiejś Akcji Dobroczynnej
Słońce kapie złotym miodem
Na Madonnę tej Przystani
Są tu dzieci o poranku
Bohaterzy w wodorostach
Wszyscy dążą do miłości
I podążać będą zawsze
Gdy Zuzanna trzyma lustro

I już chcesz z nią powędrować
Powędrować chcesz na oślep
Wiesz że można jaj zaufać
Bo dotknęła twego ciała
Myślą swą
Lubiłem, znałem potem też wersję Cohena, ale zawsze jakoś lekceważyłem w kontekście Topu. Ot, miły utwór z fajnym tekstem z fajną polską wersją. Ale jakoś parę lat temu zdarzyło mi się kilka razy usłyszeć w niedużych odstępach czasowych, potem chyba nawet sam zagrałem w HJ i jakoś tak mnie zaczęło to wciągać. Rzecz jest niewątpliwie hipnotyczna, także przez swoją jednostajność i "bezrefrenowość", swego rodzaju "litanijność". A ja bardzo lubię piosenki "litanijne" (i nie umiem takich układać niestety...). W dodatku Cohen śpiewa ot tak, jakby nic się nie działo, niespiesznie i od niechcenia, niemal beznamiętnie. Ale gdzieś podskórnie czuć powracające wspomnienia owej Zuzanny.

Piosenka była początkowo tylko wierszem i pojawiła się w tomiku Leonarda wydanym w 1966. Potem trafiła na płytę trochę na zasadzie wypełnienia braków czasowych na płycie debiutanckiej artysty (sic!). Zresztą, wcześniej zdążyła ją zaśpiewać Judy Collins na swojej płycie jeszcze w 1966.

Ciekawostka: inspiracją i prawdziwą Suzanne była niejaka Suzanne Verdal, wówczas żona pewnego kanadyjskiego malarza, którą Cohen poznał około 1965 roku w Montrealu. W tekście piosenki zresztą jest sporo nawiązań do tego miasta. Zarówno Suzanne, jak i Leonard, w wywiadach z lat 90-tych stwierdzali, że choć w piosence doszukiwano się erotycznych podtekstów, nigdy nie mieli romansu. A Cohen wprost przyznał, że tylko wyobrażał i myślał o seksie z nią, ale nigdy do niczego nie doszło pomiędzy nimi, bo nie było ku temu sposobności/czasu/okazji. Czyli - takie platoniczne, romantyczne uczucie można rzec Icon_wink . A po tym, jak piosenka stała się sławna, spotkali się tylko dwukrotnie, raz w latach 70-tych, raz w 90-tych. Za drugim razem nawet Cohen prawdopodobnie jej nie poznał Icon_cool .

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2012 12:42 PM przez Miszon.)
22.06.2012 12:41 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #55
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Czas nadrobić zaległości Euro-olimpiadowe:

I oo raz pierwszy taki przypadek - 3 utwory z jednej płyty:

The Doors BREAK ON THROUGH (TO THE OTHER SIDE) 1967 The Doors
w BTW od: ok. 1998




Niepokojący rytm nadawany przez klawisze, jakby przyśpieszonej bossanovy, emocjonalny śpiew przechodzący stopniowo w lekkie szaleństwo, konkretna solówka Hammonda - w sumie kwintesencja stylu Doorsów. Ale oczywiście tej przebojowej ich strony. Idealne rozpoczęcie płyty.

Co ciekawe - w momencie wydania tego na singlu rzecz kompletnie przepadła (nawet nie weszło do Hot 100 w USA!). Mimo to, kawałek stał się wkrótce klasykiem zespołu, stałym punktem koncertów i jak pisałem wyżej - kwintesencją ich stylu.

Ciekawostka: wszystkie wydania płyty i singla sprzed lat 90-tych mają we fragmencie "she gets high" wycięte to "high" (ofkoz ze względu na narkotyki). Jak tak głębiej się zastanowiłem, to w sumie wersja którą ja poznałem jako pierwszą też nie miała tego słowa i niewykluczone, że nawet "z przyzwyczajenia" niektóre stacje nadal nadają tę starą wersję. Jedynie w wersjach koncertowych słychać to wycięte słowo.

Pierwszy to była piosenka otwierająca płytę. Teraz taka kończąca pierwszą jej stronę:

The Doors LIGHT MY FIRE 1967 The Doors
w BTW od: początku, czyli 1995




super wersja! Z DVD Live in Europe 1968
The Doors to był taki dziwny zespół, który: po pierwsze nie miał basisty (sic!) i rolę basu grała lewa ręka klawiszowca. Klawiszowca, który skończył studia filmowe, a wcześniej chciał być kiedyś koszykarzem, ale że trener upierał się, żeby grał jako obrońca, a on chciał być skrzydłowym, to Ray dał koszowi kosza Icon_wink2 . Po drugie - wokalista tego zespołu uważał się bardziej za pisarza i poetę niż wokalistę, a okresie kiedy powstał zespół (w 1965) przez kilka miesięcy żywił się jedynie fasolką z puszki i LSD. Po trzecie - gitarzysta uczył się kiedyś grać na trąbce, a jeśli chodzi o gitarę, to przed założeniem zespołu grał na gitarze klasycznej, w stylu flamenco. Po czwarte - bębniarz poznał resztę zespołu na wykładach z medytacji transcendentalnej.
Dziwny zespół Icon_wink2 .

Co do samego utworu - motyw początkowy grany na klawiszach jest chyba jedną z najbardziej znanych zagrywek klawiszowych w historii. Utwór zresztą stał się największym hitem zespołu, mimo niezwykłej jak na singla długości - 7 minut! (aczkolwiek piszą, że był też wersje 4:40 - "long radio version" oraz 2:52 - "single version" - ta ostatnia wersja to musiała być zbrodnia... :roll: ). Rzecz nagrana latem 1966, osiągnęła szczyty amerykańskich list równo rok później. Mamy tu faktycznie bardzo przebojowy kawałek (choć znowu to "girl, we couldn't get much higher", które - jak widać w filmie "The Doors" - sprawiało problemy np. w amerykańskich telewizjach), ale w środku jest wrzucone coś niezwykłego - na tle hipnotyzującego rytmu zagrane są 2 bardzo długie solówki, najpierw dynamiczna, z narastającym napięciem, na klawiszach, a potem grana w dziwnych skalach i ogólnie nietypowa, niepokojąca, na gitarze).

Duży wpływ na większe polubienie przeze mnie tego kawałka miał właśnie film Oliviera Stone'a. Raz - pamiętna scena w Ed Sullivan Show, dwa - niezmiernie się ucieszyłem, kiedy w filmie podano dokładnie akordy, jakie ułożył gitarzysta, a któregoś z nich nie mogłem do końca rozgryźć wówczas. Ogólnie - bardzo fajnie pokazano to, w jaki sposób powstał ten utwór (i z tego co czytałem potem - faktycznie odbyło się to w ten sposób). Ogólnie - polecam ten film! Icon_smile2

Ciekawostka: w 1967 w UK to się nie przebiło, dopiero w reedycji w 1991 weszło do 10-ki UK Singles Chart.

I trzeci numer. Początek pierwszej strony, koniec pierwszej strony, a teraz koniec drugiej strony:

The Doors THE END 1967 The Doors
w BTW od: 1998




Niepokojący, wężowy rytm nadawany przez perkusję, jakby przyśpieszonej bossanovy, najpierw bezemocjonalny śpiew przechodzący stopniowo w szaleństwo, kołysząca solówka Hammonda, znowu dziwna solówka gitary - w sumie kwintesencja stylu Doorsów. Ale oczywiście tej mrocznej, "nieprzebojowej" ich strony. Idealne zakończenie płyty. Niesamowity kontrast z jej początkiem.
Icon_wink2
Utwór ten kończył też zawsze koncerty zespołu.

Najważniejszy jednak jest środek - niesamowity recytowany fragment, nazwany tragedią Edypa, faktycznie mający dużo wspólnego z jego historią. Jim nie zdobył się jednak na wypowiedzenie pewnego słowa, tylko w pewnym momencie zrobił się mocno niewyraźny. Na koncertach bywało jednak z tym różnie, co się kończyło nawet aresztowaniem za obrazę moralności. I jeszcze ten wąż, niebieski autobus, etc. Krótko mówiąc - WTF i opad szczeny. Takie jest zwykle pierwsze wrażenie przy słuchaniu tej piosenki Icon_wink2 .

Pamiętna też scena z "Czasu apokalipsy" Coppoli, kiedy słyszymy ten kawałek:




Ciekawostka: piosenka opowiada o zerwaniu z dziewczyną Jima, Mary Werbelow. Przez miesiące ewoluowała na koncertach, aż osiągnęła rozmiary niesamowitego, kilkunastominutowego długasa. W czasie rejestrowania płyty nagrano ją bez żadnych dogrywek, najpierw zespół, a potem wokal, praktycznie na setkę.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
02.09.2012 10:22 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #56
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Zdaje się, że piąty utwór z "zapomnianych", dołączonych w tym roku:
Aretha Franklin THINK 1968 Aretha Now
w BTW od: 2012




Tu oryginał, aczkolwiek wolę chyba wersję z filmu Blues Brothers, która jest nieco szybsza i dzięki temu ma więcej poweru (zdaje się, ze ta nowa wersja była też na jej płycie z 1989 roku, choć może jednak to co innego).

Znowu feministyczny hymn, co do Arethy to mógłbym tu w zasadzie powtórzyć wszystko to co pisałem przy Respect, zresztą nie wiem, który kawałek wolę bardziej. Energia, niesamowity wokal, nerwowa nieco melodia (szczególnie staccatowe chórki). Wspaniałe nagranie i kropka.

--------------------------------------------------------------------

O nich pisałem już sporo tak "od siebie", zatem teraz bardziej "na sucho". Chyba największy przebój. I dopiero drugie nagranie w BTW, które dostało Grammy za Record of the Year. Do 1973 będzie jeszcze tylko jedno takie:

Simon And Garfunkel MRS. ROBINSON 1968 Bookends
w BTW od: 1995, ale mogłoby nawet od 1989 Icon_smile2




I pomyśleć, że jeden pan z gitarą, drugi bez - i tysiące ludzi przychodziły na ich koncerty i kupowały płyty!

Chyba najbardziej przebojowy, "komercyjny" ich utwór (może jeszcze "I am a Rock" mogłoby konkurować na tym polu). Rzecz napisana specjlanie dla filmu "Absolwent", gdzie jednak była w nieco innej wersji niż ostatecznie na późniejszej płycie "Bookends" (i częściowo innymi słowami). Reżyser początkowo poprosił o jedną piosenkę, ale kiedy trochę więcej posłuchał ich twórczości, uznał że dobrze byłoby, gdyby ogólnie ich muzyka stanowiła tło filmu. I to był dobry pomysł - świetna muzyka do świetnego filmu! Icon_smile2 Myślę, że film i bez tego stałby się wielkim hitem (o ile kojarzę - dostał Oscara za film roku), ale że Mike Nichols zasłuchiwał się wówczas w muzyce duetu, to "Absolwent" unieśmiertelnił nie tylko Dustina Hoffmana, ale też Simona i Garfunkela Icon_smile2 .
Zresztą, reżyser poprosił ich o napisanie 3 piosenek specjalnie do tego obrazu. Jednak ze względu na brak czasu (ciągłe koncerty), Simon odpowiedział, że ma na razie jedną, a drugiej tylko zaczątek. Ale w dodatku nie jest wcale do filmu, bo jest "o dawnych czasach, pani Roosevelt, Joe di Maggio, etc." Nichols odpowiedział na to: "teraz już nie jest o pani Roosevelt, tylko o pani Robinson". W ten sposób piosenka zmieniła tytuł z "Mrs. Roosevelt" na "Mrs. Robinson" (i pewnie stąd w jej tekście jest o wyborach).

Fajna zabawa z tekstem, np, te "Hide it in a hiding place...", "Coo, coo, could You" (a my to z siostrą śpiewaliśmy jako "ku ku keciu" Icon_wink2 , ogólnie jak potem zobaczyłem tekst, to stwierdziłem, że sporo po przerabialiśmy Icon_mrgreen ), czy "Sitting on a sofa on a Sunday...".

To był drugi nr 1 duetu w Stanach.

Ciekawostka: w tekście mamy wymienionego gwiazdora baseballu - Joe di Maggio. I to mimo, że Paul Simon był większym fanem innego zawodnika. Jednak jego nazwisko nie pasowało do piosenki ze względu na liczbę sylab. Ale w tydzień po śmierci Di Maggoi, w 1999, na specjalnym występie na stadionie, zaśpiewał ku jego pamięci ten kawałek.

Z tej płyty (przyznam, że niestety nigdy nie słuchałem całej Icon_redface2 ) blisko BTW jest jeszcze "America", które wielbię przede wszystkim za te mruczanda na 2 głosy.

----------------------------------------------

Big Brother and the Holding Company PIECE OF MY HEART 1968 Cheap Thrills
w BTW od: ok. 2004




To wideo idealnie oddaje pełną pasji interpretację Janis. Niemal zatraca się w tej piosence, dając z siebie absolutnie wszystko. Niezwykłe wybuchy w refrenach przecinane delikatnym uspokojeniem w zwrotkach. Ale tylko delikatnym, bo pod skórą wszystko się gotuje.

Mogłem to wrzucić w zasadzie zaraz po Arecie, bo tak się fajnie składa, że pierwsza wersja tej piosenki, z 1967 roku, była śpiewana właśnie przez kogoś o nazwisku Franklin. Ale nie Arethę, ale jej starszą siostrę - Ermę. Jednak tamta wersja nie była jakimś dużym przebojem. A wersja Janis - już tak (choć nie wielkim, bo nie weszło do 10-ki w Hot 100). Ale możliwe po prostu, że miało długi rozbieg, bo jednak 500 000 sprzedaży singla (i złoto) było, a kawałek stał się jednym z symboli Joplin i niewątpliwie dziś to klasyka nad klasyki

Ciekawostka: w 1984 na płycie "The Works" zespołu Queen miała się znaleźć piosenka "Let Me Live", w której w pewnym momencie padają słowa (tak, po prostu SŁOWA!) "take another little piece of my heart". Rodzina Ermy, jako właściciele praw do piosenki "Piece of my heart", zablokowali wydanie utworu, każąc zmienić słowa, uznając to za plagiat Icon_facepalm (melodia, jak i cała piosenka, jest zupełnie inna!).
Na szczęście udało się to przeforsować w 1995 i kawałek wszedł na Made in Heaven. Bo to dobra rzecz jest i szkoda, gdyby z tak błahego powodu nie mogła być usłyszana przez ludzkość.

--------------------------------------------------

Para, której losy będą się niestety niepokojąco łączyć w przyszłości. Drugim członem tej pary jest oczywiście:

Jimi Hendrix Experience ALL ALONG THE WATCHTOWER 1968 Electric Ladyland
w BTW od: 2004




Fajne wideo udało mi się znaleźć: Jimi zaczął grać i zorientował się, że tonacja nie pasuje mu do śpiewu. Po czym płynnie, w ogóle bez przerywania, czy zmiany rytmu, wraz z basistą przeszli od razu nieco wyżej i zaczął śpiewać od początku Icon_smile2 . W dodatku super solo, zaskakująco zwyczajne bym rzekł nawet jak na Hendrixa Icon_wink2

Pisałem coś o tym, że Dylan pisał dobre piosenki dla innych? No to mamy przykład Icon_smile2 (nie ostatni, a w jakimś sensie też nie pierwszy). Tutaj wyjątkowo nawet oryginał mi się podoba Icon_wink2 , aczkolwiek z TĄ GITARĄ oczywiście nie może się równać. Dylan nagrał to na swoją płytę w 1967 (i zdaje się jest to najczęściej przez niego wykonywany kawałek na koncertach), Jimi przerobił pół roku później. Co ciekawe - wersja Hendrixa tak się Bobowi spodobała, że potem sam często grał to na koncertach na gitarze elektrycznej, a nawet kiedyś powiedział, że "pisze piosenki po to, by Jimi mógł je zaśpiewać". Jimi miał duży problem z nagraniem tego kawałka - nagrał kilka wersji, nonstop coś poprawiał, dodawał nowe ścieżki, kombinował z brzmieniami i był wiecznie niezadowolony z rezultatu. W końcu utwór jednak wszedł na płytę "Electric Ladyland" i stał się największym jego przebojem (jedynym, który wszedł do czołowej 20-ki w Stanach, oraz czołowej 40-ki w USA! :roll: ).

Moje największe skojarzenia to zdecydowanie filmowe - po pierwsze serial "Wietnam", o którym pisałem, a po drugie "Forrest Gump". Gdzie oczywiście też przy scenach wietnamskich użyto tej piosenki.

Ciekawostka: rzecz wcale nie jest o wojnie w Wietnamie, tylko nawiązuje bezpośrednio do Biblii (w okresie kiedy Dylan pisał ten kawałek, odbywał rehabilitację po słynnym wypadku motocyklowym i m.in czytał dużo Biblii, co znalazło odzwierciedlenie w kilku utworach z owej płyty). CHodzi konkretniej o ten fragment:
Cytat:Zastawiają stół,
nakrywają obrusem,
jedzą, piją...
"Wstańcie, książęta!
Namaśćcie tarcze!"
6 Bo tak powiedział do mnie Pan:
"Idź, postaw wartownika,
iżby doniósł, co zobaczy.
7 Gdy ujrzy poczet jazdy,
jeźdźców na koniach parami,
jeźdźców na osłach,
jeźdźców na wielbłądach,
niech patrzy uważnie,
z wielką uwagą!"
8 I zawołał strażnik:
"Na wieży strażniczej, o Panie,
stoję ciągle we dnie,
na placówce mej warty
co noc jestem na nogach".
9 A oto przybywają jezdni,
jeźdźcy na koniach parami.
Odezwał się jeden i rzekł:
"Upadł Babilon, upadł,
i wszystkie posągi jego bożków
strzaskane na ziemi!"
To fragment z księgi Izajasza (21:5-9), traktujący o upadku Babilonu.

U Dylana mamy z kolei dialog błazna ze złodziejem, a nie Pana ze strażnikiem. Nie będę tu przeprowadzał jakiejś "analizy wiersza", interpretacji tekstu jest zresztą sporo i jak ktoś chce, to możę sobie poszukać i zanalizować Icon_wink2 .

Ciekawostka 2: w pierwotnej wersji dodatkowo na pianinie grał Brian Jones (założyciel i pierwszy lider The Rolling Stones jakby ktoś nie wiedział Icon_wink2 ). Potem jednak zrezygnowano z tego istrumentu w aranżu.

-----------------------------------------------------------

Muzyki filmowej miało być bardzo mało, więc bardzo mało jest. O np. to jest:

Mia Farrow LULLABY 1968 OST: Rosemary's Baby
w BTW od: 2008




Film jest wybitny, przerażający i śmieszny nawet momentami, niesamowicie angażuje widza emocjonalnie i wręcz pogrywa sobie z nim. Ale nie o filmie będzie mowa.

Nawet słysząc te delikatne dźwięki fortepianu na początku i potem, czy też te dziwne dźwięki klawesynu (czy czegoś takiego), mamy lekkie ciarki ze strachu. A jednocześnie - równoważy to bardzo ładna, prosta melodia, typowo kołysankowa, oraz sielskie dźwięki ciągnących się smyków.

Rzecz wielokrotnie przerabiana, przez artystów wielu stylów. Co tylko świadczy o jej wielkości.

Wielka szkoda, że Komeda skończył tak jak skończył. I że tak szybko Icon_frown (w 1969). Szatana do tego nie mieszajmy.

----------------------------------------------------------

Deep Purple HUSH 1968 Shades of Deep Purple
w BTW od: 2009




Na początku tego filmiku można posłuchać także o samym nagrywaniu pierwszej płyty zespołu. Dodatkowo - zespół tu wygląda przedziwnie i wręcz komicznie Icon_lol . Jak widać - mieli się wkrótce mocno zmienić nie tylko muzycznie, ale i wizerunkowo.

Jak dobrze widać też widać w tym wideo - to też Purple jeszcze nie w tym najsłynniejszym składzie. Zaledwie 3/5 zespołu będzie grało w nim dalej (pozostali to Rod Evans na wokalu i Nick Simper na basie i w chórkach). Ale w 1988 zespół nagrał to ponownie w klasycznym składzie, zresztą też czyniąc z tego singla.
Muzyka to raczej hippisowskie klimaty z lekką tendencją do progresji, niż przyszły hardrock. Piosenkowość, a nie wirtuozeria solówek. Mimo to - rzecz kręci i działa Icon_smile2 . Aczkolwiek wydaje mi się, że lepiej znam (a na pewno więcej słyszałem) wersję Kula Shaker, jakoś z okolic 1997 roku. Nie wiem nawet, czy nie jest fajniejsza, dając przede wszystkim w refrenie większego kopa (tutaj jest on taki lekko niezobowiązujący, leciutkawy bym rzekł).
Pierwsza płyta zespołu była dużym, głównie dzięki tej piosence (#4 w Hot 100, #2 w Kanadzie), dużym przebojem za oceanem, a z kolei kompletnie poległa w UK. Dopiero potem, niejako "rykoszetem", zaczęła się sprzedawać na Wyspach i w Europie. Przez długi czas uważałem DP za zespół amerykański (kierując się głównie ich brzmieniem), więc może faktycznie coś w tym było? Icon_wink2

Dodatkowy plus za ten niesamowity, słynny akord. Nie pamiętam już dokładnie, jaki to akord, ale kiedyś kolega muzykolog się nim zachwycał i dał mi nawet długi wykład na ten temat Icon_wink2 .

Ciekawostka: wersja Purpli też była coverem! W 1967 był to niewielki przebój w Stanach (tuż poza 50-ką) niejakiego Billy Joe Royala.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
02.09.2012 10:29 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #57
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Dziś jeszcze dokończenie roku 1968:

The Beatles HEY JUDE 1968 singiel
w BTW od : początku, czyli 1995




zastanawiam się, jak patrzę na Paula - czy on przypadkiem nie jest "na czymś"? Icon_wink2
Wideo z programu TV. Chyba trochę chcieli powtórzyć pomysł z "All you need is love".

Daleki jestem od stwierdzenia, że to ich najlepszy kawałek, w zasadzie to nawet dziwią mnie takie opinie. U mnie to rzecz naprawdę na granicy BTW, raczej z szacunku (że wydali takiego długasa na singlu), niż z uwielbienia (ot, bardzo fajne. I może nawet to tyle).

Jak zapewne wiecie Icon_wink2 , początkowa wersja tego kawałka nosiła tytuł "Hey Jules" i Paul napisał to z myślą o Julianie Lennonie, by pocieszyć go po romansie z Yoko i rozwodzie Johna z Cynthią. Co ciekawe - Julian dowiedział się o tym dopiero 20 lat później Icon_wink2 , Lennon myślał, że to kawałek o nim, a kiedy zapytał o to Paula, ten odpowiedział, że to kawałek o nim (o Paulu), który mniej więcej wówczas rozstał się z Jane Asher. Także - zamieszanie niezłe Icon_mrgreen .

Oczywiście najsłynniejsza i najfajniejsza jest ta coda po czwartej zwrotce, kiedy w nieskończoność rozbrzmiewa to "naaa na na nana na naaa, nana na naaa, hey Jude". Trwa to ponad 4 minuty, co oznacza że kawałek ma ponad 7 minut, przez co dzierży rekord najdłuższego utworu, jaki kiedykolwiek osiągnął szczyt brytyjskiej listy przebojów.

Istnieje teoria spiskowa, mówiąca o tym, że Bitle się rozpadli, bo osobno mogli zarobić więcej niż razem. I że niby zaczęło się właśnie od tego, kiedy założyli Apple Records. To był pierwszy singiel wydany pod tym szyldem. Teoria ma ten spory minus, że Apple przez lata przynosiła straty, bo chłopaki nie znali się na biznesie, podejmowali głupie decyzje, a w firmie był totalny bałagan. Natomiast plus tej teorii jest taki, że faktycznie spory dotyczące tego przedsięwzięcia, zniechęcenie i dezorientacja zorientowana tym biznesem, nie wpływały zbyt dobrze (delikatnie mówiąc) na atmosferę w zespole. Wielokrotnie potem można było przeczytać głosy np. Paula czy Johna, że jakoś wtedy zespół rzeczywiście zaczął się rozpadać. I że być może stałoby to się wcześniej, ale martwili się, jak sobie poradzi potem Ringo, który nie miał swojego repertuaru, a biznesem się w ogóle nie interesował. I że ze względu na niego grali nadal.
Wracając jednak do rekordowości "Hey Jude", miał jeszcze jeden rekord: 9 tygodni z rzędu #1 w Stanach było wówczas najlepszym osiągnięciem w historii (pobiła to dopiero w 1977... Debby Boone z kawałkiem "You Light Up My Life". Kojarzy ktoś? Icon_wink2 ). Sprzedano 8 milionów singla, czyli rzeczywiście niesamowita ilość.

Ciekawostka: piosenkę nagrano w Trident Studios, które dysponowało ośmiościeżkowym sprzętem do nagrywania (Abbey Road miało wówczas nadal tylko 4 ścieżkowca)

Ciekawostka2: aranże orkiestry na końcu dodał oczywiście George Martin. Poprosił muzyków, by na końcu klaskali i śpiewali melodię cody. Dostali za to podwójną kasę Icon_wink2 , ale jeden stanowczo odmówił, nie chcąc się zniżyć do czegoś tak upadlającego, jak śpiewanie i klaskanie piosenki Paula McCartneya Icon_lol .

Ciekawostka3: podobno w okolicach 2:58 słychać gdzieś w tle słowa "Fucking hell!". Różne są przypuszczenia, któż to: Paul? (bo pomylił się w grze na fortepianie) John? (bo ktoś mu za bardzo pogłośnił odsłuch na słuchawkach), Ringo? (nie wiadomo dlaczego Icon_wink2 ). Ale podobno to słychać Icon_cool2 .

-------------------------------------------

Przy Jamesie Brownie (i chyba czymś jeszcze) była mowa o najbardziej afirmacyjnych piosenkach w historii. No to kolejna z nich. Absolutny Top pod tym względem:

Louis Armstrong WHAT A WONDERFUL WORLD 1968 singiel
w BTW od: 1996




wielka szkoda, że bez tego "oh, yeah" na końcu

Cóż można powiedzieć - kiedy tego się słucha, nie tylko słychać, ale wręcz widać ten uśmiech i radość, z jaką to śpiewa! Wspaniałe wykonanie!

Mam jeszcze 2 skojarzenia z tą piosenką - jedno to cover Evy Cassidy:
usłyszałem go kiedyś w Markomanii, zdaje się jakoś na przełomie lata/jesieni 2000. Zachwycił mnie i zaskoczył niesamowicie, bo to była ZUPEŁNIE inna interpretacja tej piosenki - nie afirmująca życia, radosna i pełna uśmiechu, tylko bardzo smutna, przesycona tęsknotą za życiem, jakby coś wspominająca, zostawiająca coś w tle. Kiedy byłem z kolegą na wizycie na LPP3 (notowanie 990, zapowiadaliśmy U2 na miejscu 5 Icon_smile2 ), zapytałem pana Marka: "jest taka bardzo smutna wersja Wonderful World, przepiękna, któż to śpiewa?" Usłyszałem: "Eva Cassidy", nic mi nie mówiące nazwisko. Spytałem: "czy jest szansa jeszcze kiedyś to usłyszeć?" "Myślę, że tak. Wiele osób pyta o to wykonanie." Poleciało następnego dnia w Markomanii (akurat włączyłem radio, bo zabalowaliśmy z kolegą nieco Icon_wink2 ). Eva wkrótce zrobiła w Polsce (i nie tylko) wielką karierę, potem się dowiedziałem, że niestety już nie żyje, a to nagranie było jednym z ostatnich, jakich dokonała. Wtedy zrozumiałem dokładniej, dlaczego ta wersja jest właśnie taka inna...
Potem były oczywiście poszukiwania płyt Evy w sklepach, co nie było łatwe, jak już się udało znaleźć (jakoś na przełomie lata/jesieni 2001), "Live at Blue Alley", gdzie to było w wersji koncertowej, kosztowało 76,99 Icon_eek2 . Sobie bym nie kupił takiej drogiej płyty, ale razem z siostrą cioteczną złożyliśmy się na prezent dla mojej siostry rodzonej, w sam raz na urodziny, które przypadały w grudniu. To był dobry prezent, siostra zachwycona, a i ja posłuchać wreszcie mogłem (nie miałem tego nagranego, wówczas się zagapiłem kiedy w lutym to Niedźwiedź grał, ale w międzyczasie kilka innych jej nagrań sobie nagrałem, które grał potem w Markomanii. Z czego "Somewhere over the rainbow" mnie rozłożyło na łopatki) Icon_smile2 .

Drugie skojarzenie, ZUPEŁNIE inne:
12 małp Icon_smile2
Film jest zarąbisty, bardzo go lubię, Pitt i Willis świetnie grają tam mocno ześwirowanych ludków, dodatkowo podróże w czasie, apokalipsa, etc. No - dla mnie idealne po prostu Icon_biggrin3 . Jeśli ktoś oglądał, to wie o co chodzi i jak się film kończy (zakończenie jest absolutnie rewelka). I na końcu, na napisach ten Louis Armstrong - za każdym razem kiedy to oglądam, brzmi to niesamowicie, też z zupełnie zaskakującą wymową, nie tak jak zwykle to przeżywam.

O i tyle skojarzeń Icon_smile2 .

Co ciekawe - piosenka nie była z początku przebojem w Stanach, bo nie lubił jej szef ABC Records i nie była promowana. Stąd sprzedano zaledwie... 1000 (słownie: TYSIĄC! Icon_eek2 ) egzemplarzy singla. Za to sukces odniosła w Wielkiej Brytanii (#1 i jeden z najlepiej sprzedający się singli roku 1968) i następnie w Europie. Dopiero w 1988, z okazji filmu "Good Morning, Vietnam", wyszło to ponownie na singlu i wtedy było w top 40 w USA.

Ciekawostka: kolejna ze złych decyzji. Bo: rzecz napisali Bob Thiele i George David Weiss i zaoferowali ją Tony'emu Bennettowi. Ale ten... odrzucił piosenkę... Dopiero jako drugi dostał to Louis.

Ciekawostka2: dzięki temu utworowi Louis aż do 2009 roku dzierżył rekord najstarszego mężczyzny na szczycie brytyjskiej listy przebojów. Pobił go Tom Jones, współwykonujący cover "Islands in the Stream" dla fundacji Comic Relief. Aha - Toma Jonesa raczej w BTW nie będzie. W miarę blisko jest "Delilah" (ale i tak daleko) i tyle.

----------------------------------------------------

Steppenwolf BORN TO BE WILD 1968 Steppenwolf
w BTW od: ok. 2001




Rzecz rozsławiona przez film Easy Rider. Dziś po prostu symbol motoru. Kiedy się widzi na ekranie pędzące Harleye, czy inne cięższe motocykle, z dużym prawdopodobieństwem należy oczekiwać, że za chwilę usłyszymy "Born to bi wa-a-ajld!" Icon_wink2 . Motoryczny rytm, zwolnienie w refrenie z zawołaniem kojarzącym się z zabawą manetką gazu, potem znowu odpalamy i jedziemy dalej. Tak - to jest niewątpliwie piosenka na motor! Osobiście lubię jeszcze to pasażowe wejście basu na początku kawałka, chyba mój ulubiony moment.

Drugi element, dla którego pieśń ta stała się sławna: druga zwrotka i fragment "heavy metal thunder". Wg. jednej z dwóch teorii: właśnie stąd wzięła się nazwa gatunku muzycznego. Co prawda heavy metal nie miał za dużo wspólnego muzycznie z tym kawałkiem, ale faktycznie: jak się słyszy tę muzykę, porówna z tym, co prezentowałem tu wcześniej, zobaczy jeszcze image zespołu (te skóry!), to widać że jest to dużo cięższe niż dotychczas i ogólnie "coś jest na rzeczy" (druga teoria przypominam jest taka, że jakiś recenzent określił muzykę Hendrixa, że jest "jak lejący się z nieba ciężki metal").

Ciekawostka: wokalista zespołu, Mark Bonfire (dobre nazwisko! Icon_wink2 ), napisał ten kawałek jako balladę w 1967, kiedy wraz ze swym bratem grali jeszcze w zespole The Sparrows. Następnie zaoferował to innym zespołom, w tym efemerycznemu The Human Expression, ale inni nie byli zainteresowani nagraniem (heh, może dlatego byli efemerydą? Icon_wink2 ). Kiedy powstał Steppenwolf, podkręcono tempo i nieco przearanżowano całość, co dało ten, piorunujący przyznacie, efekt. A jaki był efekt komercyjny? #2 na Billboardzie i wejście do wieczności!

Ciekawostka 2: mi zapadła w pamięć ta wersja, niewykluczone nawet, że poznałem ją wcześniej niż oryginał:





------------------------------------------------------

Co niektórzy typowali, że z tego albumu będzie najwięcej piosenek. No to - kulą w płot! Bo jest TYLKO (?) jedna. Ale za to jaka:

The Beatles WHILE MY GUITAR GENTLY WEEPS 1968 The Beatles
w BTW od: 2002




Co my tu mamy? Przejmująca melodia, fajna progresja (a w zasadzie - regresja Icon_wink2 ) akordów (już wspomniałem o jednej z moich ulubionych, tu jest druga z nich), ciekawa "zatrzymywana" perkusja, twarde uderzenia basu wspomaganego w refrenie przez gitarę rytmiczną, plus bardzo ciekawe, łkające solo. No właśnie - kiedy poznałem ten kawałek (pierwszy raz posłuchałem go jak zdobyłem pierwszą z płytek Białego Albumu, wcześniej nie sądzę abym znał tam cokolwiek poza Ob-la-di-ob-la-da i to dzięki serialowi), zwróciłem uwagę najpierw na bas, potem perkusję, a potem solo. Co mnie uderzyło? "To solo jakoś mało harrisonowe". No i nic dziwnego - gra je Eric Clapton, zaproszony przez Harrisona, który nie był zadowolony z pierwotnej wersji solówki (to było "solo od tyłu" w stylu rzeczy płyty "Revolver").
Pamiętam, jak zaskoczyłem kolegę ze studiów. Gadaliśmy o tym kawałku, on mówi: "a to solo?! Najlepsze, jakie kiedykolwiek zagrał George!". Ja mu na to: "bo to nie George". Się zdziwił i początkowo nie dowierzał Icon_wink2 (nie było wówczas internetu w komórkach, a nawet nie każdy miał w domu i tak szybko nie dało się sprawdzić, kto ma rację Icon_cool2 ).

Ciekawostka: Clapton początkowo odmówił, twierdząc że "nikt nie gra z Beatlesami". W końcu jednak się zgodził, a George był bardzo zadowolony, także dlatego, że jak twierdził - obecność gościa w studio sprawiła, że zespół się bardzo spiął i zagrał dużo lepiej niż zwykle.

Ciekawostka 2: utwór zainspirowała filozofia Wschodu, konkretniej księga "I Ching". George'owi spodobała się zawarta tam myśl, że wszystko jest ze sobą powiązane, co wydawało mu się przeciwieństwem zachodniego twierdzenia, że wszystkim kieruje przypadek (nie wnikam, czy miał rację w tej kwestii, czy błądził). Tak czy inaczej, utwór powstał w ten sposób, że spojrzał na pierwszą z brzegu książkę w domu rodziców i przeczytał pierwsze słowa, jakie mu tam wpadły w oko. Były to "gently weeps". I w ten sposób do tego początku dorobił całą piosenkę.

Ciekawostka 3: kawałek zachwycił mnie tak naprawdę (i wtedy znalazł się w BTW) kiedy usłyszałem wersję demo zagraną przez samego George'a, zamieszczoną na "Anthology". Szczególnie spodobał mi się tam fragment tekstu, którego nie było na wersji ostatecznej: "As I'm sitting here, doing nothing but ageing".
Dlatego też tym razem bez coveru, tylko właśnie ta wersja. Przyznacie, wydobywa z tego kawałka zupełnie inne piękno, jest bardzo delikatna i przejmująca:


[/quote]

--------------------------------------------------------

Mama Cass with the Mamas & the Papas DREAM A LITTLE DREAM OF ME 1968 The Papas & The Mamas
w BTW od: 1997




Tutaj zapis jest nieco niejednoznaczny i mylący, ale to dlatego że utwór ukazał się zarówno na płycie Mamy Cass, jak i całego zespołu, płyta zespołu była co prawda wcześniejsza (maj '68 vs. październik '68), ale na okładce singla widnieje napis Mama Cass with the Mamas & the Papas (ale strona B jest już jako sam zespół, niezłe zamieszanie). I tym się ostatecznie kierowałem. Wcześniej zapisywałem to po prostu jako The Mamas & The Papas. Wynikało to podobno z tego, że zespół miał kryzys jeśli chodzi o popularność, był na skraju rozpadu i w ten sposób próbowano wypromować solowo wokalistkę.

Utwór poznałem nieco przypadkiem, dzięki koledze z zespołu, który pożyczył mi kasetę z jakimś kawałkiem, którego miałem się nauczyć. Były tam także inne rzeczy, w tym na drugiej stronie - właśnie ten utwór, w dodatku nagrany 2 razy pod rząd Icon_smile2 . Co pomagało w tym, żeby spisać sobie tekst (o dziwo - spisałem go w 100% dobrze! Mimo, że niektórych słów jeszcze nie znałem w trakcie spisywania Icon_wink2 ), a także nauczyć go grać (bardzo fajne następstwo chwytów, w tym kolejne z moich ulubionych, które występowało także w reklamie Opla Astra II. Tam było to co prawda tercję wyżej, ale wiadomo o co chodzi). Tak czy inaczej - rzecz mnie zachwyciła swoim klimatem, onirycznością i "taką dziwną nostalgią" (odczuwam coś podobnego jak w California Dreamin' tego samego zespołu).

Ciekawostka: rzecz brzmi staro, bo taka jest. Została napisana w 1931 roku, pierwszym wykonawcą był Ozzie Nelson and his Orchestra. Ojciec Michelle Phillips, wokalistki MamasówPapasów, poznał współtwórcę piosenki, Fabiana Andre, w czasach jej dzieciństwa, kiedy mieszkali przez jakiś czas w Meksyku. Dużo wcześniej przed nagraniem, zespół śpiewał tę piosenkę dla rozluźnienia, czy zabawy, w trakcie prób. W końcu pewnego dnia Mama Cass zasugerowała Johnowi Phillipsowi, żeby nagrali ten kawałek.

Ciekawostka 2: zespół i tak długo nie pociągnął i wkrótce ostatecznie się rozpadł. Na pewno miał na to wpływ romans w gronie zespołu (Michelle, żony Johna, z Dennym Dohertym). Mama Cass rozpoczęła karierę solową, która szła jej całkiem nieźle. W 1974 roku, po jednym z koncertów, zmarła na atak serca. John z Dennym jednak się pogodzili, bo w 1980 zaczęli grać razem ponownie, pod szyldem The New Mamas and The Papas (w składzie m.in. córka Johna i Michelle). Denny odszedł z zespołu w 1987, głównie ze względu na narkotykowy nałóg Johna. Zastąpił go też widziany już w tym Topie - Scott McKenzie. Zespół dotrwał aż do 1994. Michelle po rozpadzie zespołu nie poradziła sobie w muzyce, ale za to całkiem nieźle poszło jej w aktorstwie. Jest w tej chwili jedyną żyjącą jeszcze członkinią zespołu.

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
02.09.2012 10:35 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #58
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
O ile dobrze liczę - dopiero czwarty kawałek śpiewany nie po angielsku. I chyba jedyny w takim "dziwnym" języku, jaki znajdzie się w tej części Topu:

Omega GYÖNGYHAJÚ LÁNY (DZIEWCZYNA O PERŁOWYCH WŁOSACH) 1969 10.000 lepes
w BTW od: 1998




(niestety, to nie jest pełna wersja, tylko jakaś singlowa. Ale w mediaboxie wrzuciłem całą)
Gdzieś przeczytałem na yt, że to jest takie "komunistyczne Stairway to Heaven". Faktycznie - coś w tym jest. Kariera tego kawałka rozpoczęła się wraz z wydaniem go na singlu "Petróleumlámpa / Gyöngyhajú lány" (czyżby strona B?!) w 1970 roku. To też było odważne - taki długas na singlu i tu brawa dla wydawcy za nosa.

W zasadzie nie mam pojęcia (i ciekawe, czy ktoś ma?) jak to się stało, że akurat ten kawałek stał się taką legendą w praktycznie całym bloku sowieckim. Co więcej - wyszedł nawet poza żelazną kurtynę, zdobywając popularność szczególnie w Niemczech (a kiedy Scorpions nagrali w 1995 wersję angielską, "White Dove", to już cała Europa go usłyszała, jeśli przypadkiem tego wcześniej nie znała). Bo owszem - kawałek jest świetny, a jak na 1969, to można śmiało powiedzieć, że nie ustępuje w ogóle zachodnim standardom z tamtego czasu. Ale - ten WĘGIERSKI! Prawie nikt nie wiedział zapewne, o czym tam śpiewają Icon_wink2 (mój ulubiony fragment: "kysz kysz elefant", które tłumaczyłem sobie jako "a kysz, słoniu" Icon_mrgreen ).
Było sporo zespołów, które pewnie jakoś dużo gorzej nie grały, miały inne dobre utwory, ale to właśnie Omega z tym utworem zdobyła sobie nieśmiertelność w całej środkowej Europie (PS. Jugosłowianie mieli swoje Bijelo Dugme, było też Lokomotiv GT, szkoda że jakoś Polacy nie mieli chyba żadnego takiego rockowego hiciora, tylko Czerwone Gitary i Marylę... Bo Niemen raczej aż taki popularny nie był, a Breakout głównie w ZSRR, gdzie indziej już słabiej). Powstało masa coverów w różnych lokalnych językach, włącznie z litewskim. No jak nic - takie nasze komunistyczne "Stairway to Heaven" Icon_wink2 .

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
06.09.2012 10:33 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #59
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
No dobra. Co tu dużo mówić - Abbey Road:

The Beatles SOMETHING 1969 Abbey Road
w BTW od: 2009. Ano jakoś tak późno Icon_wink2




bardzo ciekawe video, gdzie panowie się ze swoimi paniami przechadzają Icon_smile2
Kawałek miał u mnie w BTW nieco pod górę, chociaż w zasadzie nie wiem dlaczego. Możliwe, że przez tą orkiestrową, strasznie słodką aranżację? Bo tekst owszem od razu mnie trafił (i poznałem nowe słowo przy jego spisywaniu: "woose" Icon_wink2 ). Jednak dopiero jak pierwszy raz posłuchałem tego na słuchawkach (około 2006-7, jak miałem przez jakiś czas testowego iPoda nano. A potem sobie kupiłem iRivera i dużo bardziej mi się spodobał), to dostrzegłem/doceniłem masę smaczków gdzieś w tle, wielopoziomowe tło, różne plumkania, po prostu głębię tego aranżu. Które zresztą słyszę i doceniam teraz także jak słucham normalnie Icon_smile2 .
Wspominałem przy okazji "The house of the rising sun", że siostra cioteczna miało to jako jedno z dem wgranych w organy, w wersji reggae. No i właśnie przy slow rocku wgrane było "Something". Kompletnie tego wówczas nie znałem, chociaż pisało jak byk, że to The Beatles. Ale około 1992-93 nie mogłem znać tego kawałka, bo nawet nie miałem pojęcia o istnieniu takiej płyty jak "Abbey Road", myslałem że na końcu były Yellow Submarine i Let It Be. Dowiedziałem się o niej dopiero około 1996/7, kiedy kupiłem w kiosku jakąś płytę Beatlesów, gdzie była dołączona książeczka z historią zespołu i opisanymi wszystkimi płytami (wówczas była stara ustawa o prawie autorskim, prawa wydawcy działały tylko przez 25 lat, w związku z tym każda firma jeśli tylko zapłaciła ZAIKS, mogła wydać taką płytę swoim sumptem, oczywiście zwykle z inną okładką, żeby nie płacić też twórcy okładki. Przez to na rynku były różne dziwne składanki, a także oryginalne płyty w różnych dziwnych wydaniach. Remaster był zwykle niemal zerowy i kolega mówił że to zbrodnia i artyści powinni być oburzeni. Ja się z nim nie zgadzam do dziś, bo gdyby nie te tanie płyty, to pewnie przez wiele lat później, o ile w ogóle, nie poznałbym wielu płyt, m.in. King Crimson, czy Pink Floyd, czy ogólnie te zespoły progresywne. Albo bym je ściągnął z sieci, za co muzycy kasy by nie mieli. A tak to jednak dostali. Plus to, że potem część takich płyt kupiłem również w "bardziej oryginalnej" wersji. Ale np. Dark Side of the Moon, które nabyłem za 14 zeta razem z gazetką o historii zespołu z tego okresu i innymi informacjami, do dziś mam na płycie tylko w tej wersji, która zresztą była największym hitem tego rodzaju wydawnictw i sprzedała się w rok w blisko 9 tys. egz.!
Wracając do wątku - nawet nauczyłem się tego grać (można było zostawić sam podkład i zagrać melodię, albo odwrotnie, a ostatecznie samemu zagrać całość), ale niespecjalnie mi się kawałek spodobał. Inna sprawa, że z tego co pamiętam, to niewiele przypominał oryginał.
Ale - może to i dobrze, że wówczas nie znałem Abbey Road, bo niewykluczone że bym jej nie docenił i odbił się, podobnie jak było z The Wall, czy ogólnie Floydami. Kiedy w końcu pierwszy raz posłuchałem (około 1998/99), doznałem szoku. Kiedy zapuściłem płytę i usłyszałem riff od Come Together, aż zatrzymałem płytkę i ją wyjąłem, by sprawdzić czy na pewno włączyłem dobrą płytę! Przypominało mi to bardziej jakieś The Doors, ciężki bluesowy klimat, zupełnie inny zespół niż znałem, nawet z Białego Albumu (którego znałem wtedy tylko pierwszą płytę). Potem kolejny zaskok, bo zmiana klimatu i po surowym Come Together, rozbuchana aranżacja Something. Wiedziałem już, że ten odsłuch będzie niezwykłym przeżyciem. I był.

Ciekawostka: to był pierwszy (i jedyny) nr 1 Bitlesów autorstwa George'a i pierwsza strona A singla autorstwa George'a (singiel miał 2 strony A, po drugiej było Johnowe Come Together). Był to też pierwszy przypadek, że cały singiel znalazł się w dokładnie takiej samej formie także na płycie. Pisałem o tym wcześniej - Bitlesi nie umieszczali nagrań z singli na płytach, żeby fani nie płacili 2 razy za to samo. Ale w końcu jak widać zmienili zdanie.

Ciekawostka 2: początkowe słowa wzięły się z piosenki Jamesa Taylora "Something in the way she moves". Z kolei druga linijka była napisana na końcu. Wcześniej George śpiewał na próbach ""Attracts me like a cauliflower" albo "Attracts me like a pomegranate." Icon_lol Utwór powstał w czasie sesji do Białego Albumu, ale nie wszedł na niego, bo kończono już nagrania na niego. Wg. jej samej, inspiracją była ówczesna żona George'a, Patti Boyd, której wprost powiedział, że to jest dla niej piosenka. Kobieta miała szczęście do ludzi piszących dla niej piosenki, ale otempotem Icon_wink2 . Zresztą, George potem zaprzeczał, twierdząc że myślał wtedy o... Rayu Charlesie Icon_wink2 (ale to było sporo po rozwodzie, więc kto wie?)

Ciekawostka 3: piosenka długo czekała na swój czas. Nie weszła na Biały Album, nie weszła także na Let It Be, chociaż George ją rozważał. NIe był jednak zadowolony z nagrania "Od Brown Shoe" i obawiał się, że znowu to nie wyjdzie jak należy w czasie sesji Get Back, która miała jak wiemy raczej średnią atmosferę i takie też rezultaty. W międzyczasie rozważał podarowanie piosenki Jackiemu Lomaxowi ze stajni Apple Records (nagrał wcześniej już jeden jego kawałek, "Sour Milk Sea"), ostatecznie dostał ją Joe Cocker. I jego wersja wyszła na płycie kilka miesięcy wcześniej niż wersja Beatlesów! (kogo więc nazwać coverem? Icon_wink2 )

Aha - w nagraniu Abbey Road gościnnie udziela się Billy Preston na hammondzie.

Ciekawostka 3: to drugi, po Yesterday, najczęściej coverowany utwór zespołu. Ulubionym coverem Harrisona, który miał go nawet w swojej osobistej szafie grającej, był autorstwa Jamesa Browna (B-side z 1973 roku). Oto on:


[/quote]

--------------------------------------------------------------------------------

The Beatles I WANT YOU (SHE'S SO HEAVY) 1969 Abbey Road
w BTW od: 2010




Jedna z najcięższych rzeczy, jakie stworzyła czwórka z Liverpoolu (chyba tylko Helter Skelter to przebija). Bardzo prosta, ale bardzo zamieszana. Tylko kilkanaście słów powtarzanych w kółko, pierwsza bardzo bluesowa część (z fragmentem nieco bossanovowym jeśli chodzi o perkusję) i wspaniałymi pasażami Prestona na hammondzie. Kilkukrotnie powtarzana zwrotka za każdym razem jest zagrana i zaśpiewana inaczej - świetny pokaz możliwości interpretacyjnych. Powolny, majestatyczny końcowy riff, narastający biały szum (generowany przez Johna na Moogu) i... nagłe ucięcie. Duże zaskoczenie. Od samego początku (rzecz następuje zaraz po zabawowym "Ogrodzie ośmiornicy"), w trakcie (mało słów, niby w kółko to samo, ale nie to samo, bardzo długie zakończenie i ogólnie długość kawałka zaskakująca), aż po koniec (buch! I koniec strony płyty. Ucięło jakby prądu brakło). Pomysł z tym nagłym końcem był Johna. Oryginalnie kawałek miał 8:04, ale John polecił Geoffowi Emerickowi, żeby uciął właśnie w tym momencie, jak jeszcze słychać instrumenty, a biały szum nie osiągnął maksymalnej głośności, 20 sekund przed końcem.

Ciekawostka: sesja do tego utworu (konkretniej dogrywki, gdzie m.in. obie gitary były dublowane) była ostatnim wspólnym nagraniem całej czwórki przebywającej jednocześnie w studio.

Ciekawostka 2: rzecz jest o Yoko. John tak wyjaśniał krótki tekst: "kiedy toniesz, nie krzyczysz: byłoby mi niezwykle przyjemnie, gdyby ktoś zechciał mnie dostrzec tonącego i przyszedł z pomocą. Po prostu krzyczysz" Icon_lol .

Mój ulubiony cover:




--------------------------------------------------------

The Beatles HERE COMES THE SUN 1969 Abbey Road
w BTW od: 2011 (a tak, dopiero dodałem jak stwierdziłem, że przymało jest z tej płyty)




Czyli zmieniamy stronę płyty i jedziemy dalej.
Dojrzałe utwory Harrisona były albo przesycone niezwykłą lekkością i światłem, albo też były delikatnymi balladami z charakterystycznymi liniami melodycznymi. Something to była ta druga bajka, a ten to ta pierwsza. Rzecz wypełniona naprawdę niezwykłą lekkością i niemal dotykalnymi promieniami słońca. Chwytliwa melodia i ujmująca swoboda śpiewania (te "dududuru"). A jednocześnie - intrygujące zabiegi rytmiczne: ogólnie mamy standardowe metrum 4/4, ale są przejścia na 7/8, a nawet na 11/8. Oczywiście - w wyniku hinduskich inspiracji George'a.

Ciekawostka: utwór miał się znaleźć na pokładzie sondy Voyager 1977 wysłanej w kosmos, na złotej płytce do niej dołączonej, jako uniwersalne przesłanie świadczące o ludzkiej cywilizacji, skierowane do obcych we wszechświecie. Wymyślił to Carl Sagan, Bitlesi się zgodzili, ale głupia EMI odmówiła, sprawa się ciągnęła i w końcu sonda poleciała z innymi nagraniami... (jakie obrazki tam były: http://goldenrecord.org/ zawartość nagrań audio: http://en.wikipedia.org/wiki/Contents_of...den_Record niestety tylko do przeczytania, nie do posłuchania. Polskie "witajcie istoty z zaświatów" brzmi lekko dwuznacznie Icon_wink2 ). Voyagery w tym roku opuściły ostatecznie Układ Słoneczny, także fajnie się złożyło, że teraz o tym napisałem Icon_smile2

Ciekawostka 2: rzecz napisana została w ogrodzie Erica Claptona. George miał dość przebywania w pobliżu siedziby Apple, gdzie jak mówił "musiał udawać biznesmena i tylko 'podpisz to', 'podpisz tamto' ", męczyła go ta sytuacja, plus napięta atmosfera w zespole, w dodatku "zima na początku roku 1969 zdawała się nie mieć końca" i tak z tęsknoty za wiosną i jakimś powiewem pozytywnych emocji, napisał ten utwór.

Ciekawostka 3: w nagraniu nie brał w ogóle udziału John. Tak się złożyło, że miał nieco wcześniej wypadek samochodowy i stąd nie mógł być obecny w studio.

Cover? Chyba w sumie nie ma żadnego fajnego. Mam jeden ciekawy w wersji instrumentalnej, nagrany przez Słupską Orkiestrę Kameralną, ale nie chce mi się go wrzucać na net Icon_wink2 .
W zamian za to: ciekawostka 4:



czyli pozostałe na taśmie matce solo gitary, które nie weszło na ostateczny mix. Icon_smile2

--------------------------------------------------------------------

The Beatles BECAUSE 1969 Abbey Road
w BTW od: 1998 (czyli jakoś od pierwszych kilku przesłuchań)




Chyba bardziej by się nadawało na wysłanie w kosmos Icon_smile2 .

Jakoś od tego momentu płyty (albo od Sun King) to już są wielkie ciary i wzruszenie. Ale o tym może napiszę więcej, jak będę przedstawiał top 50 płyt (albo nawet mniej niż 50. Może 25?). Na początku myślałem przez pewien czas, że to jest kawałek George'a, ta melodyka była taka niejohnowa. Cudowne brzmienie klawesynu (to George Martin), użycie Mooga którego sobie świeżo kupił Harrison (jedno z pierwszych użyć tego instrumentu w rocku), oniryczny, kosmiczny nastrój... No i te wokale. 3 Bitli nagrało swoje partie po 3 razy, aby stworzyć dziewięcioosobowy chórek, brzmiący jak jeden instrument. Już jakoś czujemy, że końcówka płyty to będzie przepiękne pożegnanie ze słuchaczami, pokazanie ostatni raz jedności zespołu i tego, jak świetnie działała synergia w ich przypadku.
Oczywiście pewnie wszyscy wiedzą, że inspiracją dla Johna, który to napisał, był Beethoven. Któregoś dnia Lennon leżał sobie na sofie, a Yoko grała "Sonatę Księżycową". Przerwał jej nagle: "mogłabyś zagrać te akordy w odwrotnej kolejności?". I na tej podstawie ułożył "Because".
Utwór jak napisałem wcześniej, zrobił na mnie duże wrażenie od samego początku, ale jeszcze większe jak usłyszałem na Anthology wersję z wyrzuconymi instrumentami, tylko same wokale. W tym momencie okazało się, że to jest jeden z tych utworów Bitlesów, kiedy im mniej instrumentów, tym dzieło brzmi wspanialej. Pojawiły się nowe odczucia i nowe wzruszenie. Absolutnie kosmiczna muzyka!
Utwór ma też arcyciekawą strukturę harmoniczną, ale nie będę się tu nad tym rozwodził. W każdym razie - te wszystkie zawieszenia, niedopowiedzenia, intrygujące następstwo akordów idealnie wspógrają ze stonowaną aranżacją.

Bez ciekawostek? A może tyle, że nagranie zajęło 5 godzin, więc dość sporo. Przykładali się, aby wyszło dobrze, bo Paul i George uważali ten utwór za swój ulubiony na płycie.

Cover: podobnego zabiegu, polegającego na skupieniu się na wokalu, użył Elliott Smith. Wykorzystano to w niezapomnianym filmie "American Beauty". Jego wersję słyszałem chyba nawet wcześniej przed tą z Antologii, więc może dlatego zrobiła na mnie wrażenie:



[/quote]

------------------------------------------------------------------

Już ostatni z Abbey Road. Co oznacza, że ta płyta ma najwięcej przedstawicieli w BTW - pięciu. Czyli punkty idą do: Kertoipa, albarna i thestranglersa. I jak pisałem wcześniej, do albarna aż 2, bo zgadł liczbę utworów Icon_smile2 .

The Beatles GOLDEN SLUMBERS 1969 Abbey Road
w BTW od: 1998 (równie szybko się znalazło jak Because)




W tym momencie wielka gula rośnie w gardle, bo już czuć, że to jest naprawdę pożegnanie. Piękne, ale pożegnanie. Z fanami, z zespołem. Już nigdy... nie będzie... takiej muzyki... Już nigdy... nie będzie... (i tu wstawiamy dowolny fragment z Filandii).

Paul mówił, że w refrenie starał się zaśpiewać najmocniej jak się dało. I mam mu to za złe. Wydarcie się w refrenie w dużym stopniu burzy bajkowy, kołysankowy nastrój zwrotki. Paul inspirował się XVII wiecznym wierszem "Cradle Song", autorstwa Tomasza Dekkera, który zobaczył (wraz z nutami) gdzieś w domu rodziców, zdaje się kartka z nim leżała na pianinie. Ponieważ nie znał nut, ułożył własne. Nieco zmienił też tekst. Mimo to, nie wpisał Dekkera jako współautora.
Druga rzecz, jaka mnie wkurza w tym kawałku, to to że nie potrafię go zaśpiewać. Albo zwrotkę, albo refren mogę. Jak próbuję całość, to wtedy niestety w jednym lub drugim nie daję rady. Icon_redface2
W nagraniu nie brał udział John, bo jak pisałem już wcześniej, odbywał na początku lipca 1969 rekonwalescencję po wypadku drogowym. Dopiero w dogrywkach brał udział.

Ciekawostka: ale nie historyczno-encyklopedyczna, tylko związana z moim odbiorem tego utworu. Oczywiście nauczyłem się go grać na pianinie i spisałem słowa. Ale nieco się przesłyszałem, bo zamiast "to get back homeward", usłyszałem "to get back hope world" Icon_smile2 . Też pasuje, zmienia nieco sens, ale w sumie może być, no nie? Icon_wink2

Coveru tu nie będzie, ponieważ cover też się znajduje w BTW. Ale to dopiero w jego czwartej lub piątej części będzie. Czyli hoho, ile to lat! Icon_razz

edit:
Co do Abbey Road jeszcze - o ile dobrze liczę, to będzie jeszcze conajmniej jedna płyta z pięcioma kawałkami w BTW. Ale to już nie w tej części. I pewnie niektórych zaskoczy, jaka to płyta Icon_wink2 .

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
06.09.2012 10:44 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Miszon Offline
Stały bywalec
*****

Liczba postów: 5,742
Dołączył: Aug 2008
Reputacja: 0
Post: #60
RE: Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.1.
Co by teraz nie było, to by zabrzmiało słabo (no, może przesadzam, ale jakoś tak wyszło, że teraz kilka kawałków z innej półki). Zatem - zmieniamy klimat na mniej podniosły:
Shocking Blue VENUS 1969 At Home
w BTW od: 2011 (dopiero przy tworzeniu płytki dodałem)




(rozwala mnie anemiczność zespołu, a szczególnie perkusisty, w tym video Icon_biggrin3 )
Lubię zarówno wersję Iry (naprawdę ładna moc), pierwszą pewnie poznałem Bananaramy i też lubię, bardzo lubię to tańczyć z Anią na weselach (wtedy śpiewam tekst Irowy: "you're my Venus, you're my fire" Icon_biggrin3 ), oryginał niewykluczone że poznałem jako ostatni. Ostatecznie jednak, ponieważ wszystkie te wersje są bardzo podobne, wybrałem jego w BTW.
Kawałek ma bardzo fajny akord na samym początku (troszkę w klimatach wstępu do "A hard days night"?) a potem jest równie przyjemnie Icon_smile2 .

Zespół nietypowy w tym zestawieniu, bo holenderski. Typowy "one hit wonder", bo mieli nawet z tym utworem #1 w Stanach, ale ogólnie za długo nie podziałali (1967-74).

Ciekawostka: to był pierwszy w historii holenderski nr 1 w Stanach. Sprzedali tego singla tam ponad milion sztuk, na świecie ponad 7 mln, także naprawdę hicior. Mieli jeszcze 2 single ponadmilionowe za oceanem, potem już głównie w Europie odnosili sukcesy. Ale nigdy tak wielkie jak tym jednym razem.

Ciekawostka 2:



I Big 3 nie skarżyli Holendrów o plagiat![/quote]

-------------------------------------------------------------------

Kolejny niedługowieczny zespół. Ale taki, który sprzedał dziesiątki mln płyt! I to mimo jednej z najmniej medialnych nazw zespołów. Czyli coś, co trudno było mi bardzo długo zapamiętać:
Creedence Clearwater Revival PROUD MARY 1969 Bayou Country
w BTW od: ok. 1997




Przedstawiciele typowo amerykańskiego gatunku, czyli southern rocka. Nazwa w zasadzie wszystko wyjaśnia: już w myślach stają nam panowie w kowbojskich kapeluszach, sunący swymi wielkimi ciężarówkami (albo harleyami) przez niekończące się połacie południowych stanów USA, mający konserwatywne poglądy, ale słuchający muzyki, która poza elementami country, do swej rockowości dołącza sporo południowego bluesa. Może bardziej białego, nowszego bluesa, na pewno nie czarnego nowoorleańskiego, ale jednak bluesa. Mniej więcej stała była też tematyka tekstów (Missisipi, sumy, bagna, bayou - nie wiem jak to po polsku można nazwać). Będzie tu kilka takich grup, na czele ze sztandarowymi dla gatunku Eagles. I Creedence Clearwater Revival. Tak, nazwa powala i zdumiewa Icon_wink2 . Poznałem ją po raz pierwszy u kolegi, który miał dwupłytową składankę z ich kawałkami. Słuchało się tego miło, tylko ta nazwa! Icon_facepalm Nie do ogarnięcia i przez pewien czas mówiliśmy na to "cośtam Water cośtam" (albo jakoś podobnie).
Zespół wcale nie pochodził z południa, tylko z zupełnie innej klimatami muzycznymi (i światopoglądowymi) Kalifornii. Na czele stało dwóch braci Fogerty, John i Tom.

Szczyt popularności zespołu to właśnie przełom lat 60/70 i to bardzo ściśle pojmowany, bo podstawowy skład grał tylko 5 lat (67-72). 1969 i 1970 to te szczytowe lata, kiedy np. Proud Mary było #2 na Billboardzie (mieli takich #2 aż 5 z rzędu! Ten był pierwszy). Na tej samej płycie znalazło się też takie dziwadło jak 8-minutowy utwór, gdzie przez cały czas zespół gra tylko 1 (słownie: JEDEN!) akord Icon_mrgreen (dla ciekawych: E7). Zespół w ogóle był dość niezwykły, bo niby wszystko już wyjaśniłem, ale nie było wcale tak prosto ich określić. Z jednej strony grali archaicznie i nawiązywali do klasyki rock'n'rolla: Little Richarda, Elvisa, Berry'ego, etc. Z drugiej: byli mocno związani z ruchem hippisowskim i psychodelią. A także stali się legendą wśród weteranów wojny wietnamskiej.

Piosenkę rozsławiła potem Tina Turner z Ike'iem, których cover przebił popularnością nawet Kredensów. Jestem pewien, że wersję Tiny słyszałem wcześniej niż oryginał. I tu...

...ciekawostka: John Fogerty po rozpadzie zespołu miał najbardziej udaną ze wszystkich jego członków karierę solową. Mimo, że sam na siebie nałożył "zakaz" grania utworów dawnego zespołu. Złamał go dopiero w 1987, za namową Boba Dylana i George'a Harrisona, którzy zresztą towarzyszyli mu na scenie wówczas. Publiczność żądała bisów. Bob i George namawiali Johna: "zagrajmy Proud Mary! Jeśli tego nie zrobisz, do końca świata wszyscy będą myśleć, że to kawałek Tiny Turner". No i zagrali, ku ekstazie publiki Icon_biggrin3 . Od tego czasu zaczął już grywać te kawałki.

Ciekawostka druga będzie później, bo CCR jeszcze powrócą w BTW Icon_smile2 .

-----------------------------------------------------------------------

A teraz coś, co lubi kajman (który jednak nie zagląda do tego tematu):

Blood, Sweat And Tears SPINNING WHEEL 1969 Blood, Sweat And Tears
w BTW od: ok. 2008 (przypomniało mi się o tym utworze, jak ktoś go wrzucił do którejś Naszej Listy. Może nawet kajman? Nie wiem która to edycja i który rok, ale od wtedy)




(troszkę dziwna wersja)
Sztandarowy zespół nurtu jazzrocka. Takiego "popowego jazzrocka". W swoim największym przeboju. I chyba największym przeboju w ogóle tego gatunku. 3 tygodnie na pozycji nr 2 Billboardu to godne uwagi osiągnięcie. A jak dodamy jeszcze Grammy za najlepsze nagranie instrumentalne (chociaż nie było instrumentalne, dziwna kategoria Icon_wink2 ), nominacje do nagrania roku i czegoś jeszcze, oraz nagrodę dla albumu za album roku (pokonało Johny'ego Casha, Erę Wodnika, Crosby/Stills/Nash, oraz Abbey Road!), to widać że zespół zgarnął naprawdę spore splendory.
A warto wspomnieć, że przed nagraniem tej płyty z zespołu odszedł główny wokalista i jeszcze dwóch innych członków zespołu. Zastąpił go David Clayton-Thomas, który napisał właśnie ten numer, z nim święcili największe triumfy i aż trzykrotnie potem odchodził z zespołu. Zespół z przerwami istnieje do dziś, a grało w nim sumie pewnie ze 100 osób Icon_wink2 .
Ode mnie nie będzie żadnych prywatnych historii. Po prostu - dobry numer i z ciekawych zastosowaniem klasyki na końcu (jakaś austriacka pieśń ludowa. W wersji singlowej to wycięli, podobnie tutaj w tym video). Zresztą, na płycie był jeden kawałek (w zasadzie w dwóch wersjach) będący w całości wariacją na temat muzyki "poważnej".

Ciekawostka: jednym z wokalistów rozważanych zanim zaangażowano Claytona-Thomasa, był Stephen Stills. Konkurent do Grammy w 1970 jak pisałem wyżej Icon_smile2 . A jeszcze ciekawsze jest to, że innym z wokalistów, który odmówił zespołowi, czego później żałował był... Czesław Niemen!

[Obrazek: jswidget.php?username=Miszon&num...gewidget=1]
13.09.2012 12:03 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Cytowanie selektywne Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Bezustanny Top WszechCzasów I.5 Miszon 199 10,735 06.05.2019 08:21 PM
Ostatni post: Miszon
  Bezustanny Top WszechCzasòw odsłona I.4 (1989-1994) Miszon 14 2,094 28.08.2018 02:22 PM
Ostatni post: AKT!
  Bezustanny Top Wszechczasów - odsłona I.3 (1982-1990) Miszon 161 29,404 28.10.2016 12:56 PM
Ostatni post: Miszon

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości